Bydgoszcz
2C
93% wilgotność
Wiatr: 4km/h NE
H 2 • L 2
-2C
Czw
-4C
Pt
-0C
Sob
-2C
Nd
6C
Pon
Metropolia BydgoskaBydgoszczPolitykaAnna Mackiewicz: Nie jestem panienką pensjonarką. Wiem, po co staję do wyborów [STUDIO METROPOLIA]
Anna Mackiewicz Bydgoszcz
01.06.2018 | 06:00

Anna Mackiewicz: Nie jestem panienką pensjonarką. Wiem, po co staję do wyborów [STUDIO METROPOLIA]

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Anna Mackiewicz od 2014 roku jest zastępczynią prezydenta Rafała Bruskiego. Wcześniej była miejską radną.

Fot. Stanisław Gazda

Rozmowa z Anną Mackiewicz, zastępczynią prezydenta Rafała Bruskiego i kandydatką w prawyborach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, które wskażą kandydata partii  w wyborach na prezydenta Bydgoszczy.

Eryk Dominiczak: Zagłosowałaby pani w wyborach prezydenckich na Jana Szopińskiego?
Anna Mackiewicz (zastępczyni prezydenta Bydgoszczy, kandydatka w prawyborach SLD na stanowisko prezydenta): Tak, ale nie wiem, czy mogę na to liczyć w drugą stronę. (śmiech)

– Pytam, bo zastanawiam się, czy SLD to jest faktycznie sojusz czy dzisiaj grupa złożona z indywidualistów.
– Mam możliwość porównania tego, z racji bycia wiceprzewodniczącą SLD, na terenie całego kraju. I wiem, że na tle innych partii politycznych nie jest u nas pod tym względem ani lepiej, ani gorzej. Wszystko musi opierać się na indywidualnościach, osobach, które przyjmą rolę przywódcy. W każdej partii dochodzi do rywalizacji wewnętrznej czy sporów, ale na przykład nasz statut zakłada, że w radzie wojewódzkiej reprezentowane są wszystkie powiaty, co tę rywalizację tonuje. Ale walka jest wpisana w istnienie partii politycznej.

– Cztery lata temu to władze partii wskazały panią na kandydatkę na prezydenta Bydgoszczy. Teraz musi pani stanąć do prawyborów, a z kilku stron słyszałem, że nie do końca jest pani do tego przekonana, bo woli pani pracę u podstaw.
– Akurat jestem tak skonstruowana, że mam dosyć kreatywny umysł i potrafię znaleźć wiele nowych rozwiązań, jestem twórcza w jakiejkolwiek działalności, nawiązuję szybki kontakt z ludźmi, co faktycznie sprzyja pracy od podstaw. W przypadku prezydenta czy radnego oznacza to jednak kilka etapów – trzeba coś wymyślić, opracować, zdobyć pieniądze, doprowadzić do końca, a ostatecznie cieszyć się, że się udało.

– Pani sama napisała ostatnio, że ma problem z autopromocją.
– Może nie problem, ale to jest taka cecha charakterystyczna u pań – szkoda nam czasami czasu na promocję, a wolimy poświęcić go na rodzinę czy odpoczynek. Mamy w swoich szeregach radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów i widzimy, że wielu z nich ma asystentów, którzy zrobią im zdjęcia i je opublikują. A w naszym sekretariacie z Mirosławem Kozłowiczem pracują dwie panie, których nie sposób takimi zadaniami obarczać. Nie jesteśmy posłami, którzy mają kilku asystentów, szefami spółek z rozbudowanymi sekretariatami czy nawet prezydentem z dużym sztabem ludzi.

– Ale jako kobieta lewicy raczej nie startuje pani tylko po to, żeby realizować kilkakrotnie pojawiający się postulat, że kobiety „muszą startować w wyborach”.
– Radną zostałam po raz pierwszy jeszcze na studiach, w czerwcu minie 30 lat mojej pracy samorządowej, sześciokrotnie była skutecznie wybierana do rady miasta, w tym dwa czy trzy razy z najwyższymi wynikami w mieście. A po ostatnich wyborach zdecydowałam się, jak się śmieję, przejść piętro niżej (sala sesyjna rady miasta znajduje się na drugim piętrze ratusza, gabinety prezydenta i jego zastępców – na pierwszym – dod. red.). Nie sposób dojść do tego gabinetu, nie podejmując wyzwań, uciekając od trudnych sytuacji czy będąc biernym radnym. Mam w sobie duże pokłady, jak sądzę – zdrowej, ambicji. Wywodzę się z ruchów organizacji pozarządowych i nadal jestem związkowczynią. To akurat świat, któremu konflikt nie służy, w odróżnieniu od partii, gdzie walka jest wpisana w system. Niemniej, gdy dowiedziałam się o prawyborach, ten pomysł spodobał mi się od razu. Kandydata nie wskaże naczelnik państwa ani władze krajowe, ale ludzie na miejscu i kandydat ten będzie „nasz” lub „nasza”. Gdyby głosowała rada miejska, to pewnie byłabym już kandydatką SLD, ale od strony demokratycznej takie rozwiązanie mi się podoba.

– I to mimo wątpliwości, czy w kampanii będziecie jednym zespołem?
– Wątpliwości nie ma, choć każdy ma innych charakter i osobowość. Dla mnie zawsze ważniejsze od autopromocji było rozwiązywanie w kolejnych kadencjach różnych spraw. Na przykład z radną PO Bernadettą Różańską-Majchrzak czy Markiem Gralikiem z PiS stanowiliśmy pod tym względem znakomity tercet. Mamy takie charaktery, że skupiliśmy się na pracy np. przy świetlicy w Łęgnowie i nikt później nie krzyczał, że taka a taka partia zrobiła w tej materii więcej. Bo, potocznie mówiąc, sprawa dziury w jezdni nie jest sprawą polityczną. Wszystko zależy jednak od ludzi, którzy się tym zajmują. Taka już jestem – gdy mam problem do rozwiązania, to pozyskuję sojuszników, mam oparcie w przyjaciołach, znajomych, i to takie ludzkie, nie wyrachowane. A zdarzało mi się zastanawiać, czy ktoś podaje mi rękę, bo jestem zastępczynią prezydenta czy dlatego, że się znamy i lubimy.

– Ale uszczypnąć też pani umie. Choćby ostatnio wspomnianego Marka Gralika.
– Widzę, że śledził pan moje ostatnie wpisy na Facebooku. W niektóre dni staram się tam jednak nie wchodzić. Czasami bowiem kończy się to tak, że zaczynam czytać publikowane artykuły i mnie to pochłania. I patrzę na zegarek, a tam pierwsza w nocy. Dochodzę do wniosku – czytaj, kiedy chcesz, a nie kiedy musisz. Pewnie inaczej by to wyglądało, gdybym prowadziła autopromocję planowo.

– Dla prezydenta Rafała Bruskiego pani wybór na kandydatkę SLD będzie korzystniejszy. Jako jego zastępczyni trudno będzie pani krytykować jego i jego administrację.
– Trudno będzie mi krytykować prezydenta za coś, co zrobiłam sama. Miałam zresztą chwilę zawahania, gdy dla moich koleżanek i kolegów przygotowywałam sprawozdanie z tego, co udało mi się zrobić w tej kadencji. Wiadomo, że prowadziłam i prowadzę ważne duże inwestycje za duże pieniądze. Ale dla mnie równie istotne są i mniejsze inwestycje, które mają jednak większe znaczenie dla jakości życia mieszkańców. Poza tym, gdyby każda decyzja zapadała kolegialnie, jak w czasie, gdy pracami miasta kierował zarząd, to mogłabym powiedzieć, że odpowiedzialność jest „fifty-fifty”. Ale tak nie jest. Prezydent ma bowiem zawsze decydujący głos – szczególnie w sprawach strategicznych czy wszystkich związanych z wydatkowaniem pieniędzy.

– Czyli w niektórych sprawach w ogóle się z wami jako zastępcami nie konsultował?
– Jeżeli chodzi o nasze decernaty, to taka sytuacja chyba nigdy nie miała miejsca. Raczej to działało w drugą stronę, to my proponowaliśmy jakieś rozwiązania i o tym rozmawialiśmy. Oczywiście nie konsultował z nami rozwiązań będących w wyłącznych kompetencjach pozostałych zastępców, chyba że w pewnym zakresie je opiniowaliśmy. Wszystkie zaś konsultowane są na poziomie klubów radnych i koalicji. Czy była taka sytuacja, w której prezydent coś nam narzucił, a ja nie chciałam tego robić? Była taka duża sprawa…

– Czyli?
– Chodziło o system gospodarowania odpadami. Wchodząc w rok 2016 mieliśmy nadwyżkę, ale już budżet systemu za sam rok 2016 się nie domknął, brakowało dwóch milionów złotych na przeszło 70 mln zł. Wiedzieliśmy, że podobnie będzie w roku 2017. Dlatego rozpoczęliśmy ponowne analizy sytuacji w innych miastach. Choć wiedzieliśmy, że mimo kontroli i naszych działań nigdy nie osiągniemy 100 procent złożonych i opłacanych deklaracji od mieszkańców i z terenów niezamieszkałych…

– Prezydent mówił wówczas, że brakuje 50 tysięcy deklaracji.
– W porównaniu z danymi z GUS-u. Według jego wyliczeń Bydgoszcz ma 352 tysiące mieszkańców. Mamy tyle? Nawet gdybyśmy doliczali cudzoziemców, których jest w naszym mieście coraz więcej? Opracowujemy obecnie pomysł, aby również ich objąć systemem. Do tego potrzebna będzie jednak współpraca z wojewodą, jego zrozumienie i wsparcie, a to – jak pokazują doświadczenia całego kraju – nie jest pewne, bo wojewodowie w różny sposób się zachowują. Ale wracając do tematu – analizowaliśmy efektywność systemów w miastach, gdzie opłata za odpady zależy nie od liczby osób, ale powierzchni lokalu. I prezydent polecił nam przygotować taki wariant do skonsultowania go z mieszkańcami.

– I pojawiła się krytyka, że samotna osoba zamieszkująca dużą powierzchnię będzie płaciła nieadekwatnie dużo.
– Taki system łatwo jest zamknąć, bo metry to są metry. Nie ma pola do nadużyć. Wykonaliśmy więc kalkulacje, poddaliśmy propozycję pod konsultacje. Ja zawsze byłam i jestem zwolenniczką pozostania przy systemie opłat za osobę. Wobec propozycji prezydenta przekonałam go i przygotowałam program osłonowy, który miał chronić osoby samotne np. wdowę, która została w dużym lokalu. Chodziło o to, aby osoby z najmniejszymi dochodami nie musiały płacić za wywóz odpadów więcej niż do tej pory. Nie mogłabym później podczas konsultacji mówić, że nie, to nie ja, to prezydent Bruski.

– Ale ze zmian się ostatecznie wycofaliście.
– Prezydent uznał wynik konsultacji.

– Ba, nawet ogłosił go dwa dni przed ich zakończeniem.
– Przygotowane były projekty uchwał dla obu wariantów, w zależności od wyniku konsultacji. Zatem wtedy zależało nam na czasie…

– Zamiast tego była propozycja podwyżki stawek za wywóz odpadów dla przedsiębiorców.
– Tak, ale myślę, że to była symboliczna podwyżka – dzisiaj opłaty dla terenów niezamieszkałych rekompensują wydatki. I dzięki temu rok 2017 zbilansowaliśmy. Do momentu wejścia w życie w Bydgoszczy w 2020 roku zmian w ustawie, gdy potrzebnych będzie więcej pojemników, nie trzy, a w niektórych miejscach pięć, nie będziemy robili przymiarek do zmian w systemie. Ale później będą one nieuniknione, bo koszty obsługi wzrosną.

– Jak tak pani słucham, to okazuje się, że w ciągu czterech lat kadencji współpraca w gronie prezydenckim układała się nadzwyczaj harmonijnie.
– Nie, to nie tak, są sytuacje, które nas różnią. Choćby realizacja celu zrównoważonego czy też – choć to inne pojęcia – zintegrowanego rozwoju miasta. Ja rozumiem to tak, że zmieniamy warunki w całym mieście, a cała energia i środki nie idą tylko w przebudowę dróg czy zmiany w komunikacji. Przez lata na przykład w wielu parkach prowadzono wyłącznie prace interwencyjne. Ile było pretensji, gdy chciano dokonać wycinki w parku Kochanowskiego, gdzie przez 20 lat nie robiono żadnych planowanych prac. A park miejski ma być zorganizowaną przestrzenią, a nie laskiem w centrum miasta.

– Pani nawet zarzucano, że najchętniej z siekierą udałaby się w nocy na plac Kościeleckich i wycinała kasztanowce. I w parku Witosa tak samo.
– Tam też przez dwadzieścia lat nie dokonywano żadnych prac planowych. Było tak – reagowano, gdy gałąź spadła lub drzewo uschło. W tym czasie wyrosły samosiejki, a z czasem drzewa lub krzewy, które niszczyły architekturę krajobrazu. Do parku Kochanowskiego większość już się przekonała. Podobnie będzie z parkiem Witosa. Tam bilans będzie dodatni, za jedno stare drzewo posadzimy przynajmniej dwa młodsze. Niedawno miałam spotkanie z osobą uznawaną za autorytet i usłyszałam, że przychodzi czas, gdy drzewa nie należy już bronić. Taki jest cykl w naturze, gdy drzewa trzeba zastąpić nowymi.

– Ale pamięta pani te nagłówki – 100-letnie drzewa na placu Kościeleckich do wycięcia czy 100 drzew w Witosie do wycięcia. To są stwierdzenia-klucze działające na wyobraźnię.
– I to jest taka sytuacja, gdy u każdego z prezydentów dochodzi do dyskomfortu. Najpierw długo dyskutowaliśmy nad koncepcją rewitalizacji placu Kościeleckich, w tym samego skweru i propozycją miejskiego i wojewódzkiego konserwatora zabytków – odtworzenia jego historycznego kształtu z dwoma podwójnymi rzędami, szpalerami drzew. Zdecydowaliśmy o wprowadzeniu deptaku, ponieważ dzisiaj to jest wielki przystanek autobusowy! I wtedy doszło do wywrotu jednego drzewa, a następnie po wichurach dwóch kolejnych. Zrobiliśmy nowe badania, konserwator zrobił swoje. Oba potwierdziły bardzo złą statykę i stan drzew z winy wcześniejszych przebudów skweru. Zastanawiałam się, co zrobić przed zapowiadanymi wichurami – zamknąć skwer dla ludzi, żeby nikomu nie stała się krzywda? I dlatego wróciliśmy do koncepcji konserwatorów i złożyliśmy projekt przewidujący wycinkę. A niektórzy radni krzyczeli, że zabijamy 100-letnie drzewa, choć o wszystkim ich informowaliśmy i opublikowaliśmy wszystkie ekspertyzy.

– Radna Grażyna Szabelska już widziała tam teren dla deweloperów.
– Och, tak, a byliśmy bardziej zdezorientowani, gdy na konferencji prasowej obok niej siedziała dyrektor delegatury wojewódzkiego konserwatora zabytków. I wyszło na to, że my chcieliśmy drzewa zabijać, a pani Szabelska ratować. To był okres masowej nierejestrowanej wycinki drzew w wyniku polityki ministra Szyszki. Poszukaliśmy więc kolejnej specjalistycznej firmy, aby przyciąć i podwiązać konary. I teraz mamy pat. Nie wiem, czy uda się do końca kadencji przeprowadzić rewitalizację skweru i całego placu. Wątpię w to.

– Takie sytuacje nie zniechęcają pani do kandydowania?
– To jest chyba źle zadane pytanie. Ja już przecież raz tę decyzję podjęłam, nie jestem jakąś panienką pensjonarką, o, szukałam jakiegoś porównania. Jestem kompetentna, dobrze wykształcona, nabrałam przez 30 lat doświadczenia i w dodatku, co niektórych drażni, z natury się angażuję.

– Ale to nie jest tak, że bardziej odpowiada pani spotkanie z mieszkańcami w konkretnej sprawie niż potyczki medialne z radną Szabelską?
– Jestem wszechstronna (śmiech), zresztą na sesjach czy komisjach z potyczkami sobie dobrze radzę, a gdy byłam radną, to sama do nich doprowadzałam, jeszcze za poprzednich prezydentów. Wydaje mi się, że ze wszystkich wiceprezydentów mam największy kontakt z ludźmi zwracającymi się do prezydenta ze swoimi problemami, chyba wespół z Iwoną Waszkiewicz, ale ona ma pod sobą wszystkie szkoły i przedszkola, i pomoc społeczną. To, co mnie zdziwiło na początku kadencji bardziej, niż sądziłam, to porozumiewanie się wydziałów czy innych jednostek pismami. W takich sytuacjach wolę wszystkich decydentów posadzić przy stole i rozwiązywać problem. Przykład z dzisiaj – jedna z pań mieszkała w budynku, warto dodać – prywatnym, przeznaczonym do wyburzenia. Spotkałam się z nią i pomogliśmy jej, na okres przejściowy mieszkała w hotelu i oczekuje na lokal z zasobu miasta. Teraz poleciłam pilne spotkanie w ADM z udziałem inspektora referatu mieszkaniowego i uzgodnienie dalszych skutecznych kroków w jej sprawie.

– Ostatnio na komisji gospodarki komunalnej pojawiła się podobna sprawa – mężczyzny, który ma być wyeksmitowany z budynku z uwagi na rozbudowę Grunwaldzkiej. Bardzo emocjonalnie wypowiadał się na ten temat choćby radny Szopiński.
– Próbuję od dwóch miesięcy uświadomić mojego kolegę, który wespół, jako rada miasta, uchwalił prawo o zasadach wynajmowania lokali miasta, że to, co robi, działa na niekorzyść tej rodziny. Przez takie ruchy trzech najemców z prywatnych kamienic przez dwa lata od informacji, że budynek będzie wyburzony oraz potem, gdy właściciel budynku już został „spłacony”, nie zrobiło nic. Dlaczego? Bo przekonywano ich, że mają zostać tam, gdzie są, bo dostaną mieszkania od miasta.

– Narracja jest taka, że prezydent naciska na eksmisję na bruk.
– Nikt nie jest eksmitowany na bruk. Ta rodzina dopiero pod koniec kwietnia złożyła wniosek o przydział lokalu z zasobu miasta, a na liście pojawi się dopiero pod koniec czerwca. W takiej sytuacji wojewoda wzywa ich do opuszczenia mieszkania, wskazując możliwość zamieszkania w pomieszczeniu tymczasowym. ADM przygotowuje już taki lokal tymczasowy, jeżeli osoba wykwaterowywana przyjmie je, może się tam od razu przeprowadzić. I w nim oczekiwać na decyzje społecznej Miejskiej Komisji Mieszkaniowej oraz wybór lokalu, a następnie podpisanie umowy najmu.

– Nie tęskni pani za działką oświatową?
– Powiem tak – był krótki moment zawahania, bo po 20 latach bycia radną specjalizującą się między innymi w sprawach edukacji i polityki społecznej wydawało się naturalne, że zajmę się tymi problemami. Uznałam jednak, że skoro przez te lata wszystkie projekty czytałam „ze zrozumieniem” oraz konsultowałam je z mieszkańcami i specjalistami, żeby wiedzieć, za czym głosuję, oraz ukończyłam podyplomowo administrację publiczną oraz wiele kursów i warsztatów, to potraktuję nowy obszar działania jako wyzwanie. A ja lubię nowe wyzwania. bo to droga do samorozwoju i w jakimś stopniu ucieczka przed wypaleniem. Poza tym pracownicy wydziałów urzędu to osoby doświadczone oraz kompetentne i działamy zespołowo wspomagani przez skarbnika, zespół prawny oraz właścicielski. A z kolei Iwona Waszkiewicz była odpowiedzialna za edukację już w poprzedniej kadencji i była osobą zaufania prezydenta. Nie było więc zaskoczeniem, że jej chciał ponownie powierzyć tę rolę.

– W kampanii planuje pani szukać kolejnych nowych wyzwań, ot choćby zająć się miejskim in vitro?
– Roboczy projekt programu kandydatki SLD Lewica Razem jest zbudowany. Było łatwiej, bowiem jestem współtwórczynią krajowego programu samorządowego (z przewodniczącym SLD Irkiem Nitkiewiczem) oraz założeń do programu partii na wybory parlamentarne. A in vitro nie jest wyzwaniem. Wiemy, jak funkcjonowało, zanim państwo nie zrezygnowało z pomocy parom w potrzebie, wiemy, jak funkcjonuje w innych miastach. W Bydgoszczy też już by funkcjonowało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Pojawił się projekt Nowoczesnej, więc jako SLD uznaliśmy, że rezygnujemy z dokończenia naszego programu budowanego z udziałem profesora Szymańskiego. Radni z koalicji PO – SLD Lewica Razem głosowali za przyjęciem projektu, jednak wojewoda znalazł pretekst do podważenia decyzji rady miasta. I dlatego na miejskie in vitro trzeba jeszcze poczekać.

– Nie zawsze jako koalicji byliście tacy zgodni. Kilka tarć było.
– Ale proszę mi pokazać partie czy koalicje, gdzie tak nie jest. Każdy zaangażowany autor projektu rozwiązania jakiegoś problemu powinien po pierwsze zadbać o doprowadzenie do sukcesu. Lecz przy tym ważne, aby nazwać i docenić autora. To dotyczy przede wszystkim rad osiedli, organizacji pozarządowych, organizacji przedsiębiorców i radnych właśnie.

– Ale bywaliście niezadowoleni, że o niektórych sprawach mówił jako pierwszy prezydent Bruski.
– Były takie sytuacje, no cóż – jesteśmy aż, lecz równocześnie – tylko zastępcami prezydenta. W wielu takich sytuacjach ważnych dla realizacji programu SLD, reagowaliśmy jako koalicjant przy udziale władz statutowych partii. Najświeższy przykład, bowiem ze skutkiem otwarcia kolejnego placu w środę, 30 maja, to integracyjne place zabaw – to właśnie SLD przekonało prezydenta, że to jest priorytet, dzięki inicjatywie i akcji Irka Nitkiewicza z silną grupą mam dzieci z niepełnosprawnościami, która m.in. zebrała podpisy pod inicjatywą.

– O wynik prawyborów jest pani spokojna?
– Prawdą jest, że po dużej krytyce stagnacji w SLD za wcześniejszego przewodniczącego przez większość członków partii, ci wybrali Ireneusza Nitkiewicza. I to on miał być naszym kandydatem na prezydenta. Bydgoskie SLD zaczęło żyć, już nie tylko radni spotykają się i konsultują sprawy z mieszkańcami, ale też partia skutecznie współpracuje z innymi organizacjami, związkami zawodowymi i grupami nieformalnymi, a sam przewodniczący jest bezdyskusyjnym liderem zmiany. Razem z Mirkiem Kozłowiczem jesteśmy także inicjatorami, współautorami i współwykonawcami wielu z nich. Tak dzieje się w całej Polsce – stąd zwyżkujące samorządowe wyniki sondażowe SLD są wypracowane. To nie cud.

– 9,9 procent w sondażu Ibris dla Onetu to powód, żeby w niektórych regionach syczały szampany?
– Na pewno wyniki wpłynęły na relacje wewnątrz partii pomiędzy członkiniami i członkami. Jak jest gorzej, to zazwyczaj panie trzymają w partii standardy. Jak jest lepiej, to panowie są bardziej aktywni. Wracając do wyborów na prezydenta – Irek Nitkiewicz w pewnym momencie zrezygnował i uznaję jego argumenty. Nadal aktualna była deklaracja startu w wyborach Jana Szopińskiego i moja, wcześniej wyłączył się z listy Mirek Kozłowicz. Było zatem oczywiste, że staję do prawyborów. Utwierdzili mnie w tym mieszkańcy i lewicowi przyjaciele, w tym nasz europarlamentarzysta Janusz Zemke. Do kandydowania na prezydenta Bydgoszczy byłam przygotowana 4 lata temu – a teraz tym bardziej. Wiem, jakie są oczekiwania bydgoszczan, jakie są możliwości miasta. Wiem, jak powinna zmieniać się Bydgoszcz i jak dostosować do tego pracę urzędu, jednostek i spółek miasta.

– Celem jest faktycznie prezydentura czy określony wynik?
– Odpowiedź brzmi – jestem przygotowana do pracy na rzecz mieszkańców i miasta jako prezydentka i będę skuteczną prezydentką dla i z bydgoszczankami i bydgoszczanami. Lepszą niż obecny prezydent i inni kandydaci.

Powiązane treści