Bydgoszcz
21C
Słonecznie
60% wilgotność
Wiatr: 3km/h NE
H 21 • L 21
19C
Sr
16C
Czw
20C
Pt
19C
Sob
15C
Nd
PILNE: Utrudnienia w ruchu przy CH Rondo. W związku z pracami drogowymi wyłączony jest jeden pas ruchu
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCICo kominiarz widział w kominie?
komin-dom-dach shutter stock_1200x800
27.04.2016 | 20:53

Co kominiarz widział w kominie?

Na zdjęciu: Komin.

Fot. Shutter Stock

Marian Dąbrowski  – najstarszy bydgoski kominiarz z  ponad pięćdziesięcioletnim stażem kominiarskim  w rodzinnej firmie z tradycjami od 1936 roku, od kilku lat jest na emeryturze. Ale nie dla niego kapcie, leżanka, ogródek, gapienie się w telewizor. Dla człowieka, który  przepracował w tym zawodzie ponad pięćdziesiąt lat, nagłe odstawienie się na boczny tor, byłoby jak wyłączenie lampki z gniazdka. Ciągnie go do tej pracy. To już jest po prostu nawyk.  Nie umie żyć bez  pracy, bez swoich klientów. Z nami podzielił się swoimi bydgoskimi wspomnieniami…

-Komin jaki jest każdy widzi, ale to co jest w jego wnętrzu widzę tylko ja. Przeróżne, dziwne rzeczy się znajdowało. Bydgoscy Niemcy czując zbliżający się koniec wojny w panice uciekali z miasta, wierząc, że prędzej czy później tu powrócą. Ukrywali więc na poddaszach, w częściach międzystropowych ale także w przewodach kominowych, wszystko to co mogło im się po powrocie do Bydgoszczy przydać. Rok 1966. Szkoła „przemysłówka” – technikum mechaniczno-elektryczne – a w niej kotłownia z czterema kotłami podłączonymi do jednego kanału. Wiedziałem że jest też drugi komin, duży, nie wykorzystywany. Miałem określić jego stan techniczny i udrożnić z myślą o wykorzystaniu go dla planowanej tam szkolnej kuchni. Chcąc nie chcąc musiałem wejść pod ten komin. Wtedy przyglądający się wszystkiemu szkolny pedel Sucholas wypalił: Marian, a ino tam dobrze posznykrej czy te „hitlery” tam czegoś nie zostawili? Chyba w złą godzinę to wypowiedział, bo po chwili miałem w rękach: karabin maszynowy, cztery skrzynki z amunicją na taśmach, sześć pistoletów „Walter”, dwa  karabiny „mauzery”, pasy z napisem „Gott mit uns”, czapki zapakowane w płócienne worki impregnowane czymś co sprawiało, że nie dostawały się do wewnątrz ani brud ani wilgoć. Ktoś zaalarmował „smutnych” , którzy natychmiast zaopiekowali się „arsenałem” a mnie przez kilka godzin przesłuchiwali na komisariacie przy Kanałowej, czy czegoś sobie przypadkiem nie przywłaszczyłem. W innych miejscach częstymi znaleziskami były zasmołowane słoiki a w nich ważne dokumenty niemieckie: kenkarty, arbaitskarty. Zdarzało się drobne uzbrojenie, biała broń – zwłaszcza sztylety SS i Hitler Jugend. Na rodowe srebra nie trafiłem, ale koledzy pracujący na Długiej, gdzie ongiś mieszkali starozakonni, w budynkach 22, 44  i 56 znajdowali słoiki z precjozami. Chciwość ich zgubiła, nie potrafili się podzielić. Zrobił się szum, przyjechali „smutni” i było pozamiatane. Jeden tylko Aloś był na tyle mądry, że co tam złapał do butów pochował i potem paradował z sygnetem wysadzanym rubinem. Aż któregoś razu tak się „zaprawił”, że nawet nie zauważył, kiedy mu go ukradli.

Przyszło mi przeczyścić komin w dawnym instytucie weterynaryjnym przy dzisiejszej ul. Świętej Trójcy, gdzie mieściło się zwierzęce krematorium. Smród był totalny. Dostałem od prof. Dziekońskiego maskę na twarz skropioną  jakimiś perfumami, co nie było najszczęśliwszym pomysłem, bo nie ma nic gorszego jak wąchać perfumowane gówno. Przy okazji oględzin stwierdziłem, że przewód kominowy nagle w piwnicy gdzieś „ginie”. Nawet nie można go było osłuchać. Ale gdy wszystko pomierzyłem wiedziałem, że musi być gdzieś tu, czyli w ścianie. Wziąłem potężny prawie czterokilowy młot i przez dziurę w murze wpadłem do korytarzyka prowadzącego do dwóch-trzech pomieszczeń. Momentalnie przeniosłem się w czasie gdy w jednym z nich zobaczyłem stojące biurka, wieszaki na ubrania z zapleśniałymi mundurami SS i dwoma karabinami maszynowymi oraz drewniane szafy pełne dokumentów. Mając nauczkę z „mechanika”, wycofałem się czym prędzej i wolałem już się tym nie interesować. Później dowiedziałem się, że w tym budynku mieściła się filia Geheimstadtpolizei.

Praca przy dawnym klasztorze benedyktynów pozwoliła mi mieć przekonanie, że istniało podziemne przejście stamtąd pod Brdą aż do Fary. Dzięki mojemu zawodowi historia Bydgoszczy, odkrywanie dziwnych zakamarków stały się moim największym hobby. Poza tym kominiarz widzi więcej, bo z góry, słyszy lepiej i musi  dotrzymać tajemnicy. Nierzadko stawałem się mimowolnym świadkiem „szczerzenia kłów” sąsiadów na sąsiadów. Gdybym tak jednej sąsiadce powiedział, co mówiła o niej druga, musiałbym wracać do domu z obitą gębą. A i przed niechybną śmiercią udało mi się kogoś uratować wezwawszy milicję, widząc z dachu awanturę domową z walką na noże. Latem z kolei, gdy wszystkie okna pootwierane, a myśmy mieli tak zwane ranki, by poczyścić piece i kominy zanim kuchary zrobią ogień, wystarczyło tylko spojrzeć to tu to tam i pomyśleć: o, kurde, znowu się mnożą… Czasem dochodziło do sytuacji, których sam mistrz Bareja pewnie by nie wymyślił. Na ulicy Świętej Trójcy pod numerem 8 na drugim piętrze odbywało się weselicho. Czerwiec, piękna gorąca noc. Okna pootwierane, goście się bawią, muzyczka gra, a mi przyszło czyścić kocioł i komin w „Pralchemie.” Jak ta sadza ruszyła i zaczęła ładować przez otwarte okna, to weselnicy zanim się zorientowali, że czas zwiewać wszyscy byli czarni niczym Murzyni z Afryki Centralnej. Dobrze, że portierka w „Pralchemie” ich nie wpuściła, bo pewnie by mnie zlinczowali. Odśpiewali „Kiedy ranne” i jako „czarnoskórzy” rozjechali się do domów.

Kominiarz, to naprawdę ciekawy zawód…

Powiązane treści