Bydgoszcz
10C
Słonecznie
93% wilgotność
Wiatr: 3km/h NE
H 10 • L 10
23C
Pt
23C
Sob
23C
Nd
24C
Pon
27C
Wt
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCICo się pali na Gdańskiej?
Halina Tarkowska_SG (2)
04.05.2018 | 09:37

Co się pali na Gdańskiej?

Na zdjęciu: Pani Halina Tarkowska nie może się nadziwić, że od wielu lat sprawa szczelności jej komina pozostaje niezałatwiona.

Fot. SG

Pani Halina Tarkowska bezskutecznie walczy od miesięcy ze Zrzeszeniem Właścicieli i Zarządców Domów o naprawę komina odprowadzającego dym z jej pieca. Nie robi tego dla siebie, tylko po to, żeby ratować sąsiadów, bo dym przenika do ich mieszkań. Załamana postanowiła szukać pomocy w naszej redakcji…

Jej rodowe korzenie sięgają czasów Bolesława Śmiałego. Przodkowie byli bartnikami. Prapradziadek za uratowanie życia królowi dostał tytuł szlachecki i posiadłość w okolicy Tarkowa Dolnego. Od tego czasu w drzewie genealogicznym zaczęło pojawiać się nazwisko Tarkowski.

Ojciec – nauczyciel, dyrektor szkoły, artysta-malarz. Człowiek znany, lubiany i szanowany w Bydgoszczy. Mama była z rodziny Konieczków. Hieronim, jej brat, jest dzisiaj patronem bydgoskiego teatru.

Ale to już przeszłość. Skończyły się znajomości, szacunek, życzliwi ludzie na każdym kroku. Od czterech lat jest sama jak palec.

Zawsze kochała i kocha ludzi oraz zwierzęta. Nie lubi się wadzić, ale jak trzeba – wali prosto z mostu, to co myśli i czuje. I robi to zawsze z tak dobrotliwym uśmiechem, że nikt nie potrafi na nią się gniewać. Taka jest pani Halina.

Kotkę ciężarną wykopaną przez kogoś z domu na podwórze przygarnęła. Ma teraz nie tylko najlepszego przyjaciela, ale również „domowy monitoring”. O jego istnieniu wiadomo już od progu – z  plakatu na drzwiach wejściowych do jej mieszkania w kamienicy przy ulicy Gdańskiej 158.

Tu się urodziła i mieszka od blisko siedemdziesięciu lat. I od zawsze były tu piece. Paliło się węglem albo drewnem. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby wrzucić do paleniska jakiś szajs.

Wszyscy sąsiedzi za własne pieniądze zmienili już sobie ogrzewanie na gazowe. Jej na to nie stać. Emerytury ma 1400 złotych. 500 złotych idzie na czynsz, reszta na światło, gaz, wodę. Kotka jeść musi. Jak trzy-cztery stówki zostaną pani Halinie na przeżycie przez miesiąc, to miesiąc jest na bogato. Zwykle zostaje połowa z tego. Szczęściem w nieszczęściu jest choroba pani Haliny, z którą się urodziła – zespół Gilberta, schorzenie występujące zaledwie u siedmiu procent populacji. Z powodu nadprodukcji żółci pani Halina nie może dużo zjeść. Gdyby jadła jak normalny dorosły człowiek, to… nie miałaby za co kupić jedzenia.

Gdy żył ojciec pani Haliny, to ktoś mu zmajstrował specjalną grzałkę elektryczną do pieca. Stara kaflowa poczciwina nie spodziewała się doczekania takiego postępu, że będzie dzieliła się ciepłem z prądu. Ale po śmierci ojca i utracie przez panią Halinę pracy, ogrzewanie prądem stało się za drogie.  Zostało po nim tylko wspomnienie i widoczny na ścianie „pstryczek-elektryczek”.

Pierwszy raz zdarzyło się to zimą 2000 roku. Później coraz częściej, ale nie było to tak dotkliwe. Pani Halina nie wie, dlaczego. Może dlatego, że paliła węglem i drzwiczki od pieca otwierała? Ale niedawno, tuż po Wielkanocy, gdy napaliła drewnem i przymknęła drzwiczki pieca, po pół godzinie przyszedł sąsiad z drugiego piętra, a zaraz po nim przybiegł też ten z trzeciego – i mówią, że u nich w mieszkaniach pełno dymu. Przeciska się przez podłogę przy listwach przyściennych. A u pani Haliny cieplutko, cichutko i przyjemnie, jak u Pana Boga za piecem…

Z Jacka, którego Zrzeszenie Właścicieli i Zarządców Domów przysyła do sprawdzania kominów, to taki kominiarz jak… ot, zwyczajny „złota rączka” – człowiek od wszystkiego. Kiedyś powiedział pani Halinie, że na dach nie wejdzie, bo życie mu jeszcze miłe. Ale nawet z tej jego pobieżnej obdukcji wynikało, że przyczyny zadymiania sąsiadów należy szukać w kominie, a nie w piecu u pani Haliny. W styczniu, gdy udało mu się dotrzeć do komina na wysokości strychu i trochę go poprzetykać, to, jak opowiada pani Halina – tony sadzy zleciały. I kobieta dodaje, że taki zabieg powinien być przeprowadzony co roku, o czym wszyscy wiedzą, tylko nie Zrzeszenie.

– Komin jak nic jest pęknięty na wysokości mojego sufitu, czyli podłogi sąsiadów z góry – wyrokuje pani Halina i dodaje, że sugerowała Zrzeszeniu, że jest na to prosty sposób, o którym dowiedziała się od prawdziwego kominiarza.

 – A oni mi na to, że to jest takie drogie! Któregoś ranka dzwonię do Zrzeszenia i mówię, że znowu dym leci do sąsiadów i słyszę w słuchawce przeciągłe: „Znowuuu?”. Tłumaczę, że przecież na złość im tego nie robię. Teraz co dymienie, to ja dzwonię. Któregoś razu nie wytrzymałam i mówię im, że skoro naprawa tak drogo kosztuje, to załóżcie mi gazowe ogrzewanie i będzie spokój. Ja jeszcze jak miałam pieniądze, to na własny koszt wszystkie okna powymieniałam, a wy teraz żałujecie forsy na naprawę komina albo zmianę ogrzewania? Przecież to jest wasze mieszkanie, a nie moje! A oni w kółko to samo, że to jest takie drogie. I jak by tego było mało, Jacek „złota rączka” powiedział, że może przed zimą zabiorą się za ten komin.

Pani Halina z natury jest bardzo spokojną osobą, ale wtedy się tak wkurzyła, że wystukała numer do naszej redakcji, który znalazła w gazecie przyniesionej akurat przez szwagra.

– Pomyślałam sobie, że może MetropoliaBydgoska.PL coś pomoże, bo ja już nie mam ani zdrowia, ani siły. Chwilę po mnie szwagier zadzwonił do radia, ale stamtąd do dziś nikt się nie pojawił.

– Tu nie o mnie chodzi. Ja nie chcę niczego innego, tylko tego, żeby dym nie leciał do sąsiadów – tłumaczy pani Halina. – Nie dalej jak trzy dni temu powiedziałam do pana Weyny ze Zrzeszenia, że mi się wydaje, że ono tylko czeka na to, że zamknę na wieki oczy, a wtedy będzie można wprowadzić tu kogoś, kto będzie płacił Zrzeszeniu grube pieniądze i na własny koszt zainstaluje sobie ogrzewanie gazowe. Wtedy wreszcie Zrzeszenie będzie mieć i mnie i problem z głowy…

Sławomir Weyna, inspektor ds. technicznych z ZWiZD zapytany, czy naprawdę problem naprawy komina jest nie do załatwienia dla Zrzeszenia, odpowiada że tu nie o to chodzi…

– To musi być bezpieczne, szczelne. Naprawiamy, ale po jakimś czasie coś znów się zawsze dzieje w kominie. To nie jest takie proste – mówi Weyna.

– Co nie jest proste? Z czym jest największy problem? – naciskamy.

– Trudno powiedzieć. To sprawdza kominiarz i on musi dokładnie wiedzieć, co się dzieje. Trudno powiedzieć. Jakieś parę dni jest dobrze, potem znowu coś się dzieje. Czy to wynika z warunków atmosferycznych czy innych rzeczy, trudno mi powiedzieć.

– Ale tu chodzi o życie i zdrowie ludzi zamieszkujących kamienicę. To nie jest tylko problem pani Haliny. Czy nie można tego załatwić raz a dobrze? – nie dajemy za wygraną.

– Oczywiście, to musi być bezpieczne. Można palić w piecu i korzystać z komina dopiero, gdy to jest bezpieczne. Innej możliwości nie ma. Ale od tego jest kominiarz. On to sprawdzi i musi dokładnie wiedzieć co się dzieje.

– To nie jest problem znany od wczoraj. Sprawa ciągnie się od miesięcy, jeżeli nie od lat. Naprawdę do tej pory nie można było z tym coś zrobić?

– Z tego widać, że nie można… Musi to być bezpieczne. To jest podstawa, a nie inne względy. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Trudno rozmawia się z inspektorem ds. technicznych ZWiZD, więc na zakończenie rozmowy pytamy wprost: Kiedy planujecie załatwić tę sprawę? W głosie Weyny słychać wyraźne podenerwowanie.

– No nie wiem dokładnie, kiedy. Kominiarz będzie dzisiaj na budynku, będzie to sprawdzał i zobaczymy. Terminu nie określę. Musi to być bezpieczne i dopuszczone. Jak będzie wszystko bezpieczne i dopuszczone przez kominiarza, pani Tarkowska będzie mogła z pieca korzystać.

Podobne wpisy

Powiązane treści