Bydgoszcz
8C
Niebo częściowo zachmurzone
100% wilgotność
Wiatr: 1km/h N
H 8 • L 8
13C
Czw
13C
Pt
14C
Sob
16C
Nd
13C
Pon
Kolizja samochodu osobowego z tramwajem linii nr 4 na Szpitalnej. Ruch w kierunku pętli Glinki wstrzymany.
Metropolia BydgoskaREPORTAŻDom bezdomności
SAMSUNG
21.10.2015 | 13:04

Dom bezdomności

Odwiedziliśmy bydgoskie Centrum Pomocy dla Bezdomnych Mężczyzn.

Na zdjęciu: Centrum Pomocy dla Bezdomnych Mężczyzn w Bydgoszczy mieści się przy ulicy Fordońskiej.

Fot. Edyta Szulc

Centrum Pomocy dla Bezdomnych Mężczyzn w Bydgoszczy przy ulicy Fordońskiej. Solidne ogrodzenie i brama na domofon. To ze względu na bezpieczeństwomówi oprowadzający mnie po obiekcie kierownik schroniska, pan Maciej Zabielski. – Trzeba pilnować, by nie wszedł nikt nietrzeźwy czy awanturujący się. Pracy jest mnóstwo, a pracowników tylko trzech.

Schronisko ma do dyspozycji trzy budynki, jeden dwukondygnacyjny i dwa parterowe. Miedzy nimi jest piękny, doskonale utrzymany ogródek. – To dzieło mieszkańców? – pytam, choć odpowiedź jest oczywista. – Tak, staramy się angażować naszych podopiecznych w życie ośrodka.

Ogród, mimo późnej jesieni i małych rozmiarów, robi wrażenie. Aż szkoda go opuścić i wejść do budynku, w których mieszkają ci, o których przyszłam tutaj rozmawiać. – Dysponujemy 165 łóżkami stacjonarnymi. Ponadto, jesienią i zimą mamy do dyspozycji dwa dodatkowe pomieszczenia, gdzie łózek jest 56. Z doświadczenia jednak wiemy, że to za mało, więc dostawiamy polowe łóżka w świetlicy. W marcu mieliśmy tutaj 248 osób. Za mało jest łóżek w gminie, ta liczba zabezpiecza nas jedynie na okres letni, a z roku na rok pojawia się coraz więcej osób potrzebujących pomocy.

– Dlaczego wzrasta liczba bezdomnych? – pytam, bo podobno w Polsce żyje się coraz lepiej. – Powodów bezdomności jest wiele. To może być alkoholizm czy niezaradność życiowa. Problem z powrotem do społeczeństwa ma też wielu ludzi, którzy opuszczają zakłady karne. Więzi społeczne rozsypują się, do tego dochodzą konflikty rodzinne. Niebagatelną przyczyną zjawiska są eksmisje na bruk. Brakuje mieszkań chronionych czy socjalnych. Problemem są osoby starsze, schorowane, które nie mają rodziny i nie ma kto się nimi zająć, trafia do nas coraz więcej osób, które powinny być hospitalizowane. Zlikwidowano oddziały dla osób przewlekle chorych, znacznie zmalała liczba zakładów pielęgnacyjnych. W Bydgoszczy jest tylko jeden, to za mało.

– Macie tutaj pielęgniarkę?

– Nie, zatrudnionej na etat nie mamy, choć bardzo by się przydała. Dochodzi do nas Pani z pobliskiego ośrodka zdrowia.

Wchodzimy do wyższego budynku, a pan Zabielski kontynuuje: – Dawniej przy domach pomocy społecznej istniały miejsca, gdzie można było takie osoby przyjąć, choćby na kilka miesięcy, aż ich stan się poprawi. Tak zwane “Gubiki”. Niestety, zostały zlikwidowane ze względu na niezgodność z Ustawą o pomocy społecznej. Do nas powinny trafiać tylko osoby zdrowe, zdolne do samodzielnej egzystencji, a jest zupełnie inaczej. Schronisko powoli przekształca się w namiastkę zakładu pielęgnacyjnego, a my nie mamy ani lekarza, ani pielęgniarki, ani nawet ludzi, którzy mogliby pracować na etacie. Brakuje pieniędzy.

Wchodzimy po schodach na piętro budynku. Po obu stronach wąskiego korytarza ciągną się drzwi do pokoi, otwieramy pierwsze z nich. W pokoju przestrzeni jest niewiele, pod jedną ze ścian stoją dwa piętrowe łóżka, naprzeciwko nich szafa pełna osobistych rzeczy mieszkańców, pamiątek i zdjęć. Jest wieża stereo i sporo płyt. Led Zeppelin i AC/DC. Jeden z mieszkańców czyta książkę o asertywności. – To z naszej biblioteki – mówi. – Bałagan tutaj – mówi pan Zabielski, wskazując ubrania na jednej z górnych prycz. Po kilku sekundach dodaje jednak: – Na takiej przestrzeni ciężko zachować idealny porządek.

Idziemy do kolejnego pokoju. Tam również mieszka czterech mężczyzn, w pomieszczeniu obecnie przebywa trzech. Starszy pan śpi, najmłodszy zerka z zaciekawieniem, natomiast mężczyzna w średnim wieku natychmiast zeskakuje z łóżka i wita nas z entuzjazmem. Pytam go, jak wygląda codzienne życie w schronisku. – Proszę pani, dzień jak co dzień. Tutaj z kolegą – wskazuje chłopaka na dolnym łóżku – udzielamy się społecznie, kolega na kuchni pracuje, ja na rampie. I tak od poniedziałku do piątku.

– Sporo macie tu książek – mówię, rozglądając się po pokoiku.
– To wszystko prywatne – wtrąca pan Zabielski. – My dajemy tylko pokój i łóżka. Rozmowny mężczyzna przesuwa się, żeby pokazać mi półkę pełna zdjęć i bibelotów.
– Jak długo pan tutaj mieszka? – pytam, oglądając jego skromny dobytek.
– Trzeci rok.
– Jest pan zadowolony z pomocy, która pan tutaj otrzymał?
Mężczyzna śmieje się i odpowiada:
– No oczywiście.
Pan Zabielski również się śmieje i dodaje:
– Nawet jak mnie nie ma?
Cały czas. Czekam na mieszkanie, może coś się ukroi, wie pani… Zobaczymy, co to będzie dalej.
– Ściśle współpracujemy z ADM – mówi Maciej Zabielski. – Czasem nasi podopieczni dostają mieszkania. Bywa, że w roku trafi ich się 15, ale bywa też, że dwa.

Wychodzimy z pokoju i idziemy dalej. Po chwili opuszczamy pierwszy budynek. – Współpracujemy z PUP. W ramach robót publicznych urząd zatrudnia naszych podopiecznych do pomocy w ośrodku. Prowadziliśmy też kilka projektów ze środków unijnych. „Zielona strzała”, „Nasza szansa”, „Powrót 1”, „Powrót 2”. Zatrudniono doradców zawodowych i prowadziliśmy tutoring. Chodzi o to, żeby tych ludzi pobudzić, rozwinąć umiejętności zawodowe, zmobilizować do aktywności na rynku pracy. Pracować nad osobowością i umiejętnościami społecznymi.

Przypomina mi się książka o asertywności, którą czytał jeden z podopiecznych ośrodka. Wchodzimy do kolejnego budynku, pan Zabielski zaprasza mnie do dyżurki. – Projekt składał się z trzech części. Pierwsza – „miękka” to właśnie rozmowy z pracownikiem socjalnym, doradcą zawodowym, psychologiem. Potem jest część szkoleniowa. Beneficjent zdobywa zawód. Cześć trzecia, niestety nie zawsze występująca, to staż opłacany ze środków unijnych. Wszystkie zdrowe osoby w wieku produkcyjnym mają obowiązek rejestracji w PUP i prowadzenia Karty Aktywności Zawodowej.

Nagle zza okna dobiegają jakieś hałasy, wulgaryzmy. Pan Zabielski przeprasza mnie i wychodzi na dwór, wyprasza za bramę awanturująca się osobę. Gdy wraca, mówi tylko: Widzi pani – ludzie są tu różni, nie można wszystkich wrzucać do jednego worka, ale mamy też ciężkie przypadki. Niektórzy nie chcą dostosować się do zasad tutaj panujących, a my musimy być konsekwentni. I kontynuuje: Mamy tutaj 197 podopiecznych, osiemnastu pracuje, dwudziestu ma emeryturę, trzynastu – zusowską rentę, a 60 – zasiłek stały. Każdy z nich jest zobowiązany do partycypacji w kosztach utrzymania w wysokości 55 procent faktycznego dochodu netto. Załóżmy, że ktoś pracuje i kupuje sobie leki, odzież, spłaca długi. Dostarcza nam faktury, my to odliczamy od jego zarobku netto i z tego, co zostaje, bierzemy 55 procent.

Pytam, czy mogę zrobić kilka zdjęć i porozmawiać jeszcze z mieszkańcami. – Oczywiście. Nie mamy nic do ukrycia. Opuszczamy dyżurkę, mijamy bibliotekę i wchodzimy do pierwszego z brzegu pokoju. Jest tylko trochę większy od tych, które widziałam wcześniej, ale mieszka w nim osiem osób. Jedna z nich porusza się na wózku. Gdy pytam, czy mogę zrobić zdjęcia, reagują niechętnie, jeden z nich się zgadza, ale zaznacza, że wyjdzie z pokoju. To starszy mężczyzna o twarzy mocno zniszczonej życiem. Jak na komendę pozostali mężczyźni opuszczają pomieszczenie. Pomysłodawca jednak zostaje, krzyżuje ręce na piersi i mówi: Jestem zmienny, rozmyśliłem się. Zapada chwila ciszy, mężczyzna patrzy na mnie wzrokiem, który najłatwiej określić jako zadziorny. – Taki mam kaprys i nie wyjdę. Nie będzie zdjęć. – A może chciałby pan porozmawiać ze mną na temat przytułku? – Powiem krótko, uratowali mi życie.

Gdy wracam do domu, dokładnie sprzątam swój pokój. Cztery razy większy niż ten, w którym rzekomo był bałagan.

Podobne wpisy

Powiązane treści