Bydgoszcz
17C
Niebo częściowo zachmurzone
63% wilgotność
Wiatr: 6km/h NNW
H 17 • L 17
13C
Pt
16C
Sob
17C
Nd
20C
Pon
17C
Wt
Kolizja samochodu osobowego z tramwajem linii nr 4 na Szpitalnej. Ruch w kierunku pętli Glinki wstrzymany.
Metropolia BydgoskaBydgoszczSportJakub Bednaruk: Chcę wprowadzić fantazję do klubu i miasta
jakub_bednaruk_KJanik
28.08.2017 | 13:14

Jakub Bednaruk: Chcę wprowadzić fantazję do klubu i miasta

Na zdjęciu: Na pewno polubiłem Wyspę Młyńską - mówi Jakub Bednaruk.

Fot. Krystian Janik

Jakub Bednaruk przyznaje, że zaryzykował, budując kadrę Łuczniczki na nowy sezon. O poznawaniu nowych podopiecznych, wieczorze pod bydgoskim mostem, wyjeździe do Potulic i wychowywaniu syna opowiedział w wywiadzie dla MetropoliiBydgoskiej.pl.

„Od jakiegoś czasu czułem, że coś mnie z tą Łuczniczką połączy”. To pana słowa z pierwszej konferencji prasowej w Bydgoszczy. Co to więc było?
Jeszcze gdy grałem w siatkówkę, miałem propozycję przyjścia do Bydgoszczy. Później było blisko, abym przejął zespół po Vitalu Heynenie, ale wtedy postanowiliśmy zostać w Warszawie. Skoro więc już kilka razy rozmawialiśmy, utrzymywaliśmy kontakt, to w końcu musiałem tu trafić.

Wcześniej rozmawiał pan też z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle.
Może nie tyle rozmawiałem, co po prostu byłem jednym z kandydatów. Ale też nie mówię o tym, żeby tworzyć jakieś historie, jakie to miałem oferty, ale żeby było wiadomo, że polski trener też może być kandydatem do objęcia czołowego zespołu w lidze.

Ostatecznie padło jednak na Łuczniczkę. Jakie są więc pierwsze wrażenia? Warto było?
Przede wszystkim mogę wykorzystać moją fantazję na sali, bo nikt mnie z niej nie wyrzuca. W Warszawie były z góry narzucone godziny, a tutaj jest jedna hala dla dwóch zespołów i możemy się nią dzielić z Piotrkiem Makowskim. Tylko zawodnicy płaczą, bo cały dzień siedzą w hali i nie mogą wcześniej wracać do domów.

Piotr Makowski prowadził zespół przez większość poprzedniego sezonu. Rozmawiał pan z nim o swoich nowych podopiecznych?
Rozmawiamy codziennie, bo nasze biura sąsiadują ze sobą przez ścianę. Najczęściej dyskutujemy o siatkówce, o tym, co było w poprzednich latach, jak ten zespół funkcjonował i co teraz może się wydarzyć. Mam już pewne spostrzeżenia.

Na razie postawił pan na integrację – escape room, wakepark, basen u prezesa. Tego wcześniej w Łuczniczce nie było.
Nie wiem, czy nie było, może po prostu teraz więcej tego pokazujemy. Chciałem zrobić jeszcze kilkudniowy obóz, ale Metodi Ananiew przyjechał tydzień po rozpoczęciu zajęć, Edi Goas dopiero teraz, więc nie było sensu. Chcę, żeby ci zawodnicy spędzali razem czas, lubili ze sobą przebywać, bo to na pewno zaprocentuje na boisku.

Zawodnicy jeszcze się poznają, ale pan szybko, bo już po tygodniu w Bydgoszczy, napisał, że miastem jest zachwycony. Które miejsca tak przypadły do gustu?
Bardzo mi się spodobało centrum miasta. Codziennie jeżdżę wzdłuż rzeki z Miedzynia na halę, często odwiedzam Myślęcinek, który bardzo polubiłem, ale w wielu miejscach jeszcze nie byłem, bo nawet nie miałem po co. Na pewno polubiłem Wyspę Młyńską. Można na niej spokojnie usiąść i uśmiechnąć się, choć jak ostatnio wieczorem spędziłem półtorej godziny pod mostem w deszczu, to mi do śmiechu nie było. Ale w porównaniu do tego, co inni ludzie przeżyli podczas tych nawałnic, to nie jest to żaden problem.

Wśród komentarzy do tego wpisu o Bydgoszczy znalazła się opinia, że Jakub Bednaruk robi miastu dobrą, promocyjną robotę i urzędnicy powinni to wykorzystywać.
To nie był mój cel, ale zdajemy sobie sprawę, że musimy poprawić wizerunek klubu w kraju i wśród kibiców. Ja działam na trochę innych zasadach niż większość trenerów. Nie ograniczam się do zajęć, ale przez osiemnaście godzin dziennie myślę o tym, co można byłoby zrobić w klubie, bo po prostu to lubię. Mam kilka pomysłów jeszcze z Warszawy i chcielibyśmy je tutaj przenieść, aby o Łuczniczce i Bydgoszczy mówiono z uśmiechem na ustach. Dużo pracy przed nami, ale już udało się zrobić fantastyczny moim zdaniem konkurs na hashtag. Jeden z kibiców wymyślił #BydziaDobrze i przez cały rok na wszystkich możliwych platformach, koszulkach i plakatach będziemy wykorzystywać to hasło.

W Warszawie też angażował się pan w akcje marketingowe, a nawet szukał sponsorów dla klubu.
Jak przyszedłem do Politechniki to klub prowadziły dwie czy trzy osoby, a teraz jest ich pewnie z dwanaście. Było dużo wolnej amerykanki. Łuczniczka jest bardziej poukładana, ma podstawy. Ja chcę wprowadzić trochę żywiołowości i fantazji do klubu i miasta, choć najważniejszy będzie oczywiście wynik. Jak będziemy grali słabo, to zaraz nam wypomną aktywność marketingową, lecz to będzie normalne. Na pewno nie wygramy wszystkich meczów w tym sezonie, ale chcemy pokazywać jakość.

Trudno było po ośmiu latach opuścić stolicę?
Na pewno przez tyle czasu człowiek się przyzwyczaja, ale w Warszawie może nawet za bardzo się do siebie przyzwyczailiśmy. Powstawały wymagania jednej i drugiej strony, których nie powinno być. Ja do pewnych rzeczy przywykłem, ale Stephane (Antiga – dod.red.) na pewno tego nie zrobi. A to rozstanie będzie chyba dobre i dla mnie, i dla klubu.

Ale nastąpiło w momencie, gdy po latach ograniczonego budżetu klub pozyskał nowego, dużego sponsora. Pojawił się żal, że z efektów całej pracy sportowej i marketingowej, jaką zrobiliście w ostatnich latach, będzie czerpał korzyści Stephane Antiga, a nie pan?
Może przez kilka dni myślałem, że wykonaliśmy mnóstwo pracy, a teraz nie mogę z tego skorzystać i nie zadzwonię do tych zawodników, do których Stephane będzie dzwonić. Ale nie ma co przeżywać, bo spełniłem się w Warszawie i mogę tam wrócić z wypiętą klatą. Teraz bardziej interesuje mnie to, że już w 1. kolejce zagramy z Politechniką.

Zawodnicy, do których zadzwonił pan już jako trener Łuczniczki to m.in. nieznani dotąd w Polsce obcokrajowcy. Kibice mogą pytać, co to za siatkarze.
Sam jestem ciekaw (śmiech). Drużyny są różnie budowane. Czasami chcesz utrzymać poziom, ale uniknąć ryzyka. Myśmy w tym roku zaryzykowali. Ściągnęliśmy dwóch ludzi, którzy nigdy nie grali w Polsce i jednego, który jak próbował, to mu się krzywda działa. Taki jednak jest ten zawód i potrzeba w nim odwagi. Najbliższy sezon będzie bardzo, bo dwa zespoły spadną, a jeden zagra w barażu. Ważne więc będzie, aby zawodnicy, trenerzy, działacze i kibice nie reagowali nerwowo.

Ten zespół ma potencjał, żeby stać się kolejną odsłoną „Wilków Bednaruka”?
Na razie jeszcze się poznajemy. Staram się dowiedzieć, kto ma jaki charakter, kto będzie walczył do końca, a kto przy wyniku 12:24 będzie już myślał, co o nim napiszą w gazecie. We wtorek mieliśmy iść do koszar na musztrę, trochę się przetarzać, bo chciałem zobaczyć jak zawodnicy zareagują. Nie udało się, ale w przyszłym tygodniu na pewno pojedziemy.

Niezależnie od miejsca, które ostatecznie zajmiecie, pewną miarą sukcesu tych wszystkich prowadzonych ostatnio akcji będzie frekwencja na trybunach?
Oczywiście. Gramy, bo lubimy siatkówkę, ale skądś się nasza pensja bierze. Jak są kibice, to są sponsorzy. Za nimi idą pieniądze, które przekładają się na lepszy wynik. To jest koło, które cały czas się nakręca. Poprzedniego sezonu Łuczniczka nie może uznać za udany, ale średnia ok. dwóch tysięcy widzów na mecz to jest bardzo dobry wynik. Część klubów nieźle sobie te liczby zawyża, ale widać, że w Bydgoszczy jest potencjał dla siatkówki.

Tym bardziej, że piłka nożna i żużel przeżywają w mieście największy kryzys od lat. Łuczniczka może to wykorzystać i ściągnąć kibiców do siebie?
Z piłką nożna zawsze przegramy. Z żużlem też, bo to bardzo atrakcyjny sport. Do tego człowiek potrzebuje jeszcze czasu na odpoczynek. Dlatego my musimy wyjść do kibiców i przyprowadzić ich na mecz za rękę. Nikt nie przyjdzie tylko dlatego, że my jesteśmy Łuczniczka Bydgoszcz.

A dzisiaj sport rywalizuje też z innymi formami rozrywki, jak kino czy koncert.
To też zależy w jakim mieście, bo inaczej jest w Jastrzębiu, Kędzierzynie czy nawet Rzeszowie, w którym jest jedna dyscyplina, a inaczej w Warszawie czy Bydgoszczy. W dodatku nie walczysz o kibica zwycięstwami. Samych wygranych oczekują może w Skrze albo Resovii, a tutaj kibic chce obejrzeć dobre widowisko, fajnie się bawić i zbliżyć do sportowca, który nie jest już tylko zdjęciem w gazecie. Teraz dzięki rozwoju technologii  zawodnik wchodzi mu do domu, żeby zaprosić na mecz.

Pan za to zapowiedział, że pójdzie na mecz Zawiszy. Udało się już?
Jeszcze nie, nie miałem okazji. Muszę się przede wszystkim dowiedzieć, gdzie w ogóle jest ta miejscowość, w której grają. Na razie jednak mamy dziesięć treningów w pięć dni i wolne w weekendy, więc kiedy jest możliwość, to staram się złapać oddech. Widziałem, że w Myślęcinku jest fajne miejsce na golfa, ale też się jeszcze nie wybrałem. Dzisiaj o ósmej przyszedłem na trening, później byłem jeszcze na godzinę w domu i wrócę o 22. Tak wygląda cały nasz sierpień. Ale jak będę miał chwilę, to pójdę, bo ja lubię futbol.

Rodzinie też się podoba w Bydgoszczy?
Na razie jak jestem w pracy, to oni często wyjeżdżają. Sam jestem ciekaw, jak to będzie wyglądało, bo w Warszawie mieliśmy rzut beretem do szkoły, a teraz syn chce chodzić do klasy siatkarskiej w szkole sportowej, więc trzeba będzie jeździć przez pół miasta. Miedzyń, na którym mieszkamy, jest świetny. Po Ursynowie, który lubiłem, ale wszystko było tam tak blisko siebie, że sąsiad zaglądał sąsiadowi do okna, fajnie jest zamieszkać w takim spokojnym miejscu.

Syn już trenuje w Chemiku. Idzie w ślady ojca jako rozgrywający?
A ja nawet nie mam pojęcia. Na początku podobała mu się piłka nożna, teraz siatkówka. Trenował w Metrze Warszawa, a w poniedziałek jedzie z Chemikiem na obóz. Zauważyłem, że jest tak, że jeśli siedzisz w sporcie, to dajesz dziecku większy luz, a jak nie, to naciskach, żeby został sportowcem. Na razie mu się podoba. A ja mam bicz, bo jak dostanie słabą ocenę, to mu zagrożę że nie pójdzie na trening i on się wtedy na pewno poprawi.

Rozmawiał Sebastian Torzewski

Powiązane treści