Bydgoszcz
5C
Słonecznie
65% wilgotność
Wiatr: 9km/h SW
H 5 • L 5
1C
Sr
2C
Czw
2C
Pt
5C
Sob
4C
Nd
Kolizja samochodu osobowego z tramwajem linii nr 4 na Szpitalnej. Ruch w kierunku pętli Glinki wstrzymany.
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCIKażdy narkoman to indywidualność, której trzeba umieć pomóc
Marek Południak  fot. Stanisław Gazda
24.11.2017 | 06:25

Każdy narkoman to indywidualność, której trzeba umieć pomóc

Na zdjęciu: Dopalacze są szczególnie niebezpieczne – często ich skład terapeuci poznają dopiero od pacjentów – podkreśla Marek Południak.

Fot. Stanisław Gazda

Współcześni narkomani niewiele mają wspólnego z dawnymi wąchaczami kleju, ćpunami dającymi sobie w żyłę kompot z makowin po to, żeby był „odlot”, by znaleźć się w „innym wymiarze”.  Dzisiaj są to ludzie albo bardzo młodzi, z biednych rodzin, albo bardzo bogaci właściciele firm po trzydziestce, dla których narkotyk jest lekarstwem na „porypaną psychikę”. To także biorący dla szpanu, dla rozrywki, by wyrwać się z depresji, albo na złość rodzicom. To są też ci, którzy mimo młodego wieku czują się znudzeni życiem i otaczającą ich rzeczywistością.

1 czerwca 2006 roku. W tym dniu przy ulicy Świętej Trójcy 15 (wejście od ulicy Chwytowo) zaczęła swoją działalność Poradnia Profilaktyczno-Konsultacyjna Stowarzyszenia MONAR. Jakiś czas była jeszcze  Młodzieżowym Ośrodkiem Profilaktyki Wczesnej Terapii Stowarzyszenia MONAR.  A jeszcze wcześniej, gdy ośrodek otrzymał od miasta budynek po sanepidzie przy ul. Polnej, były groźby podpalenia, więc czym prędzej musiał się stamtąd wycofać. Argumenty były takie, że okoliczne dzieci mogą się zarazić wirusem HIV poprzez… kanalizację.

Po dwóch latach poszukiwań poradnia mogła wprowadzić się do innego otrzymanego od miasta budynku – właśnie przy ul. Świętej Trójcy. Jednak nie tak od razu. Był świeżo po pożarze. Całe szczęście, że los zesłał jej Oddział Brda Rotary Club z Bydgoszczy, który sfinansował remont.


Artykuł pochodzi z listopadowego numeru czasopisma MetropoliaBydgoska.pl.
Wszystkie archiwalne wydania można znaleźć w zakładce Gazeta.


Czy okolica zaakceptowała nowych lokatorów budynku przy ul. Świętej Trójcy? Trudno powiedzieć. Po prostu tolerowała. Polubiła, gdy powstała świetlica środowiskowa dla dzieci z okolicznych ulic. Dziś, można powiedzieć, poradnia na dobre wrosła w tę tkankę śródmiejską, ba, jedno pokolenie wychowało się przy udziale poradni. To było nie tylko wyciągnięcie ręki do lokalnego środowiska, ale przede wszystkim realizacja zadań statutowych, wśród których jest – oprócz terapii i pomocy osobom uzależnionym – także profilaktyka. Kto wie, czy nie jest to jedno z ważniejszych zadań.

Po jedenastu latach istnienia poradni jej kierownik Marek Południak uzbroił się przede wszystkim w pokorę. Przyszła wraz z coraz większą dojrzałością zawodową, ale też ze zderzeniem się z rzeczywistością.  Hurraoptymizm, nadzieja na  współpracę z miastem i różnego rodzaju instytucjami  w „zbawianiu lokalnego świata” szybko zostały sprowadzone na ziemię. Pracownia stała się standardem. Ot, kolejna instytucja, która powstała by… samodzielnie sobie radzić, czyli prosić, błagać i zabiegać o wszystko. Głównie o finanse.

Gdy jest kasa, można działać na bardzo dużą skalę. Przede wszystkim potrzeba było – i nadal jest – pieniędzy na wspomnianą profilaktykę, czyli na działającą cztery razy w tygodniu świetlicę środowiskową dla dzieci, na zatrudnienie w niej osób fachowo do tego przygotowanych. Liczba dzieci z roku na rok rosła. Niestety, coraz większa ich liczba ma problemy. I to nie, jak niegdyś, tak „zwyczajne” jak: ubóstwo, trudności wychowawcze w rodzinie, patologia, którym stosunkowo łatwo jest zaradzić. Problemem współczesnych dzieciaków jest zdrowie: zarówno fizyczne, jak też, a może przede wszystkim, psychiczne.

Prowadzącym poradnię i świetlicę zależy na tym, aby dzieci tu przychodzące, dzięki systematyczności w pracy pomocowej, jak najlepiej się uczyły, a w następnej kolejności, by poznawały zasady higieny, zdrowego stylu życia bez wszelkiego rodzaju używek, z rozsądnym podejściem do zdobyczy techniki takich jak komputer czy telefon komórkowy. Szesnaście godzin tygodniowo pozwala na poruszanie wielu aspektów związanych ze współczesnymi zagrożeniami. I to jest bardzo cenne, zwłaszcza że…
– W lokalnym środowisku jest mnóstwo „niezagospodarowanych” dzieci, którymi nie bardzo ma się kto zajmować. „Zagospodarowane” dzieci nie przyjdą do poradni z problemami uzależnienia – podkreśla Południak.

One właśnie stanowią pierwotny profil działalności poradni. Parter jest miejscem, gdzie pomoc uzyskują nadużywający narkotyków. Nie ma potrzeby się ich obawiać. To nie są osoby uzależnione, naćpane, mające „fazę”. Tacy tu nie trafią. Używający bądź nadużywający narkotyków też sami tu nie przyjdą. Do poradni przyprowadzeni zostają albo przez rodziców, którzy nie mogą poradzić sobie z sytuacją, albo są skierowani przez dzielnicowych, Policyjną Izbę Dziecka, szkolnych pedagogów czy kuratorów sądowych.

Istną zmorą współczesności stały się dopalacze. Nie są owiane tak złą sławą jak narkotyki, więc postrzega się je jako coś lepszego od nich, atrakcyjniejszego, bo tańszego i w sumie przez pewien okres  legalnego. Tymczasem stanowią one ogromne zagrożenie, gdyż tak naprawdę nie wiadomo, co się pali, łyka albo wciąga. Problem z dopalaczami polega również na tym, że zanim trafią one na listę środków zakazanych, mija ponad pół roku. Jest  więc możliwość przez sześć miesięcy zażywania czegoś, co nie jest zabronione. I jakby tego było mało – rynek dopalaczy jest tak dynamiczny, że terapeuci o nowościach nierzadko dowiadują się od swoich pacjentów…

W bydgoskiej poradni nikt z biorących nie usłyszy: „Nie bierz” i natychmiast przestanie brać. Perswazja czy zakaz mogą tylko spowodować bunt, zadziałanie na przekór prowadzącemu terapię. Ona zwykle jest procesem żmudnym i długotrwałym. Zażywanie narkotyków lub dopalaczy przez rok powoduje tak poważne zmiany w psychice, że nie ma szans, by jej odbudowanie mogło potrwać krócej niż następny rok. I  wcale nie oznacza wyleczalności.

Jeszcze gorzej jest z uzależnionymi. U nich może dojść do nawrotu po dwóch, a nawet po pięciu latach niesięgania po narkotyki. Największym wrogiem jest alkohol. To on powoduje, że obniża się krytycyzm, w kąt idzie samodyscyplina, puszczają hamulce. I znów się bierze…

– Prowadzimy terapię behawioralno-poznawczą, przebiegającą dwutorowo poprzez dostarczenie wiedzy i zmianę zachowania. Mówimy więc, co to jest narkomania, uzależnienie, jak wygląda wchodzenie w uzależnienie, jakie są jego mechanizmy, co się dzieje z rodziną, w której ktoś jest uzależniony. Z drugiej strony uczymy, jak nie brać narkotyków, co robić w sytuacjach kryzysowych, które powodowały sięgnięcie po narkotyk, jak nie ulegać naciskom grupowym na branie. Złe zachowania staramy się zastępować  wyuczonymi nowymi, dobrymi. Uczymy, co zrobić w momencie, gdy chce się brać, by nie wziąć. Na tym w największym skrócie polega nasza terapia  – wyjaśnia Marek Południak. Ważnym aspektem jest danie coś w zamian narkotyku. To musi być zmiana towarzystwa z tego, w którym się bierze, na inne, zagospodarowanie czasu wolnego, gdyż nuda jest największym wrogiem osoby uzależnionej.

Powiązane treści

Program do mailingu FreshMail
 

Program do mailingu FreshMail