Bydgoszcz
12C
Słonecznie
71% wilgotność
Wiatr: 2km/h ESE
H 12 • L 12
17C
Czw
14C
Pt
10C
Sob
13C
Nd
15C
Pon
Metropolia BydgoskaBydgoszczSportLeszek Tillinger: Cały czas trzymam kciuki za Polonię. Wobec Golloba będzie jeszcze jeden pozew [STUDIO METROPOLIA]
Leszek Tillinger_SG (2)
21.09.2018 | 06:00

Leszek Tillinger: Cały czas trzymam kciuki za Polonię. Wobec Golloba będzie jeszcze jeden pozew [STUDIO METROPOLIA]

rozmawiał Szymon Fiałkowski | s.fialkowski@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Leszek Tillinger był prezesem Polonii Bydgoszcz do 2009 roku.

Fot. Stanisław Gazda

Do tej pory nie wypowiadał się dla bydgoskich mediów. Były prezes żużlowej Polonii przerywa milczenie i na naszych łamach opowiada o sporze z Władysławem Gollobem, długu klubu z ul. Sportowej i o tym, czy zaufałby nowemu prezesowi.

Szymon Fiałkowski: Strasznie cicho było o panu ostatnio w bydgoskich mediach. To była świadoma decyzja, aby nie udzielać wywiadów?
Leszek Tillinger (były prezes Polonii):
Generalnie nie wypowiadałem się w bydgoskich mediach, ale całkowicie nie odciąłem się od żużla. To dyscyplina, która jest bardzo bliska mojemu sercu.

Jest rok 2009, który okazuje się przełomowym. Pan podejmuje decyzję o odejściu ze stanowiska prezesa Polonii. Świadomie, czy też dalej chciał pan pełnić tę funkcję?
Byłem przygotowany już do następnego sezonu, ale zostałem dość mocno skrytykowany przez kibiców, a poza tym zbliżały się wybory. Udało mi się jednak poderwać zespół po historycznym spadku z ekstraligi w 2007 roku, przygotowałem się tak, że w następnym sezonie udało się po roku powrócić do grona najlepszych drużyn w kraju.

Pan jest zadowolony z tego okresu czasu, kiedy piastował funkcję prezesa klubu z ul. Sportowej 2?
Panie redaktorze, ja jestem zadowolony z całego okresu, kiedy zarządzałem i działałem w żużlu. Zaczęło się to od jesieni 1980 roku, kiedy zostałem kierownikiem sekcji. Przechodziłem przez różne szczeble, a w 1989 odszedłem na około cztery miesiące, ale po transformacji wróciłem, kiedy klub przestał być klubem gwardyjskim. Powołano nowy zarząd, a ja piastowałem funkcję dyrektora ds. żużla, potem wiceprezesa fundacji i to był moment, kiedy żużel został porozumieniem z klubem przejęty przez fundację Polonia Speedway. W 1994 roku, kiedy wiceprezesem został Władysław Gollob, ja pełniłem funkcję menedżera sekcji żużlowej.

Skąd się wziął pana konflikt z dzisiejszym prezesem żużlowej Polonii Władysławem Gollobem?
To, że między nami jest jakiś konflikt, to jest wyimaginowany twór. Żadnego konfliktu nie było, kiedy Władysław Gollob wraz ze swoimi synami (Tomaszem i Jackiem – dop. red.) w 2003 roku podjął decyzję o odejściu z Polonii, to o jakim konflikcie mówimy? On wrócił dopiero w 2015 r., kiedy załatwiał sprawy przejęcia klubu. Przez tyle lat go nie było w klubie. Ani razu bezpośrednio się ze sobą nie pokłóciliśmy, a jeśli nawet taka sytuacja miała miejsce, to niech ktoś to pokaże. Jeśli była krytyka – to krytykować można, tylko że jak ja go krytykowałem, to on mnie atakował. A to, co krytykowałem, to się sprawdziło. Przeciwstawiłem się mu w kwestii budowy składu o wychowanków, a potem on sam przyznał, że nie idzie tak budować drużyny, a to można było zrobić w latach 80., 90.
Władysław Gollob może ma do mnie uprzedzenia, co do Piotra Protasiewicza. Pojechaliśmy razem do niego, kiedy chcieliśmy go ściągnąć do klubu, gdy był bardzo młodym zawodnikiem. Wtedy to się nie udało, mogę się tylko domyślać z jakich powodów. Gdy pojechałem sam i go ściągnąłem, to były nieprzyjemne sytuacje, bo było to nie na rękę panu Gollobowi, bo przyszedł zawodnik kreowany na trzeciego lidera i to było takie wrzucenie kamyczka do ogródka.


WIĘCEJ WYWIADÓW Z CYKLU STUDIO METROPOLIA


Ostatnio usłyszałem taką tezę, że w żużlowej Polonii zdecydowanie lepiej niż planowanie przyszłości wychodzi rozliczanie przeszłości. Pan by się pod taką tezą podpisał?
Uważam, że trzeba iść do przodu, a nie cofać się wstecz do nie wiadomo jakiego okresu czasu. Kibice – wiadomo, że wszystko chwytają, ale nie o wszystkim wiedzą. Ja też świadomie wyłączyłem się z mediów, aby nie jątrzyć.

Bywa pan na meczach ligowych na Sportowej 2?
Nie. Od momentu, kiedy Władysław Gollob przejął drużynę (jesienią 2015 – dop. red.), to nie chodziłem. Między innymi z uwagi na to, jak się wypowiadał na temat byłych prezesów, czy osób zarządzających klubów.

W jednym z wywiadów przyznał pan, że zadłużenie klubu jest. Prezes Gollob wyliczał, że to było 5 milionów złotych.
I to jest nieprawda. Prawdą jest, że dług jest. Według mnie i dokumentów wynosi on 4,1 mln zł. Pan Gollob sobie wymyślił, że znalazł stare pisma Roberta Kościechy i Grega Hancocka, iż klub im zalega z pieniędzmi. Ja powiedziałem, że tych pieniędzy nie liczy się do długu, bo to nie jest żaden dług, a z góry było wiadomo, że Hancock sprawy z klubem nie wygra. Była to druga umowa stworzona nieprawnie, co żaden sąd by nie podważył to, co zrobił Polski Związek Motorowy i nie przyznał racji Hancockowi.

Prezes Polonii przedstawił kartkę z wyliczeniami w jednym z programów zawodów w ubiegłym roku, w której dopisał takie zdanie: Panie Tillinger, gratulacje za świetną organizację Grand Prix w 2014 r. 
Gollob tam również dopisał, że 2 miliony złotych wynosiła strata za ten turniej i że ja sądownie wystąpiłem o zapłatę, ponieważ mi nie zapłacono za ten turniej (prezes Tillinger przedstawił nam kartkę z wyliczeniami, które przedstawił wtedy prezes Gollob – dop. red). To jest nieprawda.

Gdyby dzisiaj Leszek Tillinger odpowiadał za organizację turniejów Grand Prix w Bydgoszczy, zrobiłby pan taką rundę tak samo, jak w przeszłości, czy wprowadziłby pewne zmiany?
Generalnie nie, zrobiłbym tak samo, jak miało to miejsce w latach wcześniejszych.

Miał pan poczucie, patrząc choćby na trybuny podczas tego turnieju Grand Prix w 2014 roku, że to pożegnanie Bydgoszczy z cyklem indywidualnych mistrzostw świata wyglądało bardzo smutno?
To prawda, na trybunach było około pięciu tysięcy widzów. Trzeba jednak na samym początku wczytać się w umowę, jaka była między klubem a BSI (organizator cyklu Grand Prix – red.). Inaczej się to organizuje, gdy jest się prezesem. Klub jest wtedy najważniejszy, a ja jako że nie byłem prezesem, to miałem inny zakres obowiązków i musiałem się wywiązać z tego, co było podpisane. Na mocy umowy, po raz pierwszy w Polsce klub był współorganizatorem i zapłacił jedynie 30 tysięcy funtów brytyjskich za tę imprezę, natomiast resztę – do 200 tys. funtów nie płacił, tylko oddał to BSI w ramach sprzedaży biletów, bo to był jeden z warunków. BSI wzięło na siebie produkcję i sprzedaż biletów. Wpłaciło na rzecz klubu kwotę 350 tys. zł i do tego z puli, która była na Grand Prix, miasto dołożyło 100 tysięcy. Preliminarz na tę imprezę wynosił 580 tys. złotych.
Trzeba pamiętać, że klub miał dochody m.in. ze sprzedaży programów, niektórych reklam, czy gastronomii. Tutaj nie ma żadnego 2-milionowego deficytu. BSI po sprzedaży biletów powyżej wspomnianej kwoty 200 tys. funtów, resztą zysków miał podzielić się z klubem, ale do tego nie doszło, bo za mało biletów zostało sprzedanych. Jest nieprawdą, że ja wystąpiłem do sądu o zapłatę za Grand Prix z 2014 roku. Między innymi dlatego jest proces przeciwko Gollobowi (toczy się on w bydgoskim Sądzie Okręgowym – red.).


STUDIO METROPOLIA – W KAŻDY PIĄTEK NA METROPOLIABYDGOSKA.PL


Idąc do tematu procesu – ile jeszcze pozwów przeciwko Gollobowi seniorowi pan planuje? Bo o takiej deklaracji ostatnio było głośno po jednym z pana wywiadów.
Jeszcze jeden na pewno, będzie on z prywatnego aktu oskarżenia. Zwróciłem się z pismem do prezesa Golloba, aby odwołał nieprawdziwe rzeczy.

O jakich nieprawdziwych rzeczach mowa?
Mówimy o tym, że on napisał do BSI podważając moje dobra osobiste, że on dostał pieniądze na spłatę długów z miasta i napisał, że nie może spłacić do BSI za Drużynowy Puchar Świata dlatego, że wasz dyrektor Tillinger zrobił 5 milionów złotych długu w klubie. Również pozwę go za to, co pisał o działaczach, złodziejach w ostatnim programie.

W tym tekście Gollob wspominał też o innych działaczach.
Ale mówiąc o innych działaczach, a pisząc czy mówić imiennie, to są dwie różne rzeczy.

Wracając do zadłużenia Polonii – pan bierze na siebie część odpowiedzialności za to, w jakiej sytuacji klub jest? Bo mówił pan: dług jest i tego nie można podważyć.
To prawda, ten dług jest i tego nie można podważyć, tylko trzeba najpierw wziąć dokumenty i zobaczyć, jak ten dług został zrobiony. Prezes Gollob kłamie też, że były podpisywane zawyżane kontrakty z zawodnikami. Napisał to, że ja dostawałem miliony z miasta, podpisywałem kontrakty na takie kwoty z żużlowcami, którzy potem przychodzili do mnie, dawali mi pieniądze pod stołem i były prane brudne pieniądze.
Ja od jesieni 1970 roku jestem związany z tym klubem, byłem piłkarzem, potem kierownikiem. Za dobre zarządzanie  sekcją piłkarską zostałem skierowany do sekcji żużlowej. Klub przechodził różne historie. Jeżeli Gollob mówi różne historie i tak mnie osądza, to chcę zapytać: jeśli klub przechodził w 2003 roku w stan likwidacji – z BKS-u w BTŻ, to dlaczego mnie nie było na sprawach? Pan Gollob chodził po urzędach skarbowych. Jak ja bym miał konflikt z Gollobem, to oni byliby w klubie, a mnie by kazali pożegnać? Tutaj jest kłamstwo na kłamstwie.

Chcę wrócić do 2003 roku, kiedy Polonia w ekstralidze zdobywała brązowy medal. Była taka sytuacja, że bracia Gollobowie mieli się pokłócić z zarządem i potem przenieśli się do Unii Tarnów.
W 2003 r., w stan likwidacji postawiono klub BKS Polonia i nie chcąc, by zginęła ta sekcja, zebrało się 15 osób, założyli stowarzyszenie Bydgoskie Towarzystwo Żużlowe, które podpisało umowę z BKS-em o przejęciu sekcji żużlowej pod warunkiem spłacenia zadłużeń, które wynosiły około 1,1 mln zł. BTŻ po podpisaniu porozumienia przejął tę sekcję, ale nikt nie chciał jej przyjąć do ekstraligi i chciano, by zaczynał od II ligi. Byłem wtedy w Głównej Komisji Sportu Żużlowego, potem były wybory i ja zrezygnowałem z tego, bowiem miałem pracować w klubie jako wiceprezes. Udało mi się obronić, że klub pozostał w elicie i nikt mi tego nie odbierze. Zaczęliśmy wtedy od ekstraligi, a nie od niższych klas rozgrywkowych.

Na naszych łamach ujawniliśmy, że z początkiem października w Polonii może być zmiana na stanowisku prezesa i właściciela klubu. Pan będzie trzymał kciuki za Jerzego Kanclerza?
Ja będę cały czas trzymał kciuki za Polonię. Co do Jerzego Kanclerza – on już był kilka razy w Polonii, potem odchodził i wracał. Ja sobie cenię honor. Mówił, że nigdy więcej do takich sytuacji nie dojdzie. Będąc menedżerem i dyrektorem klubu doszło do konfliktu za czasów, gdy prezesem był Marian Dering, a potem Jarosław Deresiński. Został na własne życzenie i chciał, aby zarząd powiększyć do dwóch osób, bo chciał mieć wgląd do dokumentów finansowych. Pytanie, czy można do końca zaufać. Ja bym mu nie zaufał, gdyby miał ze mną pracować. Bo to zrobiłby to samo.

A może patrząc na obecną sytuację klubu, warto było zrobić przysłowiowe dwa kroki do tyłu, żeby w przyszłości zrobić trzy do przodu?
Ja już mam swoje lata, mogę trzymać kciuki za Polonię. Dzisiaj ani doradzać, ani kierować klubem to już raczej nie, choć jeszcze w 2013 roku chciałem wrócić i coś zrobić, ale nie doszło do tego.

Mógłby pan ujawnić więcej kulisów tej sytuacji? Bowiem w mediach nie było głośno na ten temat.
Chciałem wrócić do klubu i złożyłem u jednego z wiceprezydentów propozycję, jak naprawić sytuację, żeby klub wrócił na dobre tory, które były kiedyś. Zaproponowałem osobę, która potem się spotkała na prezesa klubu, jednak nie doszło do porozumienia i ten temat upadł.
Przypomnę tylko, że w 2010 roku, po turnieju w Bydgoszczy, kiedy Tomasz Gollob świętował tytuł mistrza świata na Sportowej, BSI się odwróciło, bo byli okłamywani w kwestii remontu stadionu. I kiedy prezydentem miasta został Bruski, to zwrócono się do mnie, abym te kontakty z BSI naprawić i doprowadzić do rozmów. To się udało i przyznano nam półfinał Drużynowego Pucharu Świata (2012 rok – red.), chcąc zobaczyć jak ta współpraca będzie wyglądała. Potem obiecano nam baraż i finał DPŚ w 2014 r., była spisana w tej sprawie umowa. Po jej podpisaniu miasto wystąpiło, aby zrobić Grand Prix w 2014, ale my nie chcieliśmy tego organizować. Mieliśmy bardzo rozległe patrzenie i chcieliśmy DPŚ zrobić jako święto miasta i zorganizować dużą imprezę, ale miasto na początku się tym faktem przejęło, lecz potem potraktowano to po macoszemu i wtedy sytuacja Polonii w 2013 r., była ciężka, bowiem pojawiły się długi, odszedł prezes Deresiński, potem Jerzy Kanclerz. Uzgodniliśmy wtedy te warunki z BSI o których była mowa wcześniej. Dostaliśmy pomoc finansową z miasta, ale była rozmowa o innych finansach i cała sprawa finansowa spadła na klub.
Przed Drużynowym Pucharem Świata w ratuszu było spotkanie przedstawicieli BSI, firmy Monster (sponsora cyklu Grand Prix) i firmy, która miała zainstalować scenę, światła na Starym Rynku, gdzie miała być cała impreza po treningu przed finałem. Miała być prezentacja czterech drużyn, to planowana była impreza z pompą, otwarta dla wszystkich. Po tym spotkaniu, przesłano protokół z tego spotkania, co kto ma zrobić i miasto miało zrobić taką część dla VIP-ów (zaproszonych gości) na Starym Rynku i dać dostęp do prądu. Potem zrzucono to wszystko do nas, a ratusz się wycofał.

Panu serce krwawi, jak pan patrzy na sytuację Polonii i jej walkę w II lidze?
Poziom II ligi nie może być lepszy. Gollob nic nie zrobił, by było lepiej. Po spadku do II ligi nadal nie ma żadnej koncepcji. Spadek do najniższej klasy rozgrywkowej kosztował znów 5 mln zł. Problemem też jest to, że tutaj nie przyjdzie żaden sponsor i nie wyłoży na stół od razu dwóch milionów złotych.

Powiązane treści