Bydgoszcz
7C
93% wilgotność
Wiatr: 1km/h N
H 7 • L 7
3C
Pt
1C
Sob
6C
Nd
5C
Pon
1C
Wt
Metropolia BydgoskaBydgoszczSportŁukasz Miedzik: Adrenalina w bobsleju uzależnia. Choć czasem wychodzi się zakrwawionym [STUDIO METROPOLIA]
Łukasz Miedzik - arch. prywatne
02.03.2018 | 06:00

Łukasz Miedzik: Adrenalina w bobsleju uzależnia. Choć czasem wychodzi się zakrwawionym [STUDIO METROPOLIA]

Urodzony w Bydgoszczy Łukasz Miedzik wystartował na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich.

Na zdjęciu: Łukasz Miedzik na ceremonii podczas igrzysk w Pjongczangu.

Fot. arch. prywatne

Jeszcze kilka lat temu trenował lekkoatletykę. Teraz jest członkiem czwórki bobslejowej, która w Pjongczangu zajęła 13 miejsce – najlepsze w historii polskich występów na igrzyskach. Jak został bobsleistą? Na co musi uważać, gdy wskakuje do wartego kilkaset tysięcy złotych boba? I co robił przez prawie miesiąc w wiosce olimpijskiej? Dziś w Studiu Metropolia pochodzący z Grupy w powiecie świeckim Łukasz Miedzik.

Sebastian Torzewski: Uprawia pan widowiskową, ale jednak niezbyt popularną w Polsce dyscyplinę sportu. Jak więc zostaje się bobsleistą? Od dziecka oglądał Pan ślizgi w telewizji i mówił, że w przyszłości to właśnie chce robić?
Łukasz Miedzik (bobsleista, olimpijczyk z Pjongczangu):
Od dziesiątego roku życia trenowałem lekkoatletykę. Rzeczywiście kiedyś na Eurosporcie leciały bobsleje i w Polsce była dosyć spora oglądalność. Ja lubiłem przyglądać się zwłaszcza rywalizacji czwórek. Myślałem, że może bym się nawet nadawał do tego, ale nie spodziewałem się, że będę trenował.

– No właśnie, lekkoatletyka. Większość bobsleistów zaczynało od niej. Bez takiej bazy trudno zacząć karierę w bobslejach?
– Większość zawodników pochodzi z lekkoatletyki z tego względu, że w naszej dyscyplinie czas startu jest bardzo istotny. Bez startu nie ma jazdy, więc przeszłość na bieżni bardzo pomaga. Najlepiej, żeby zawodnik w bobslejach był wcześniej lekkoatletą, ale są też futboliści amerykańscy i rugbiści. To jak wiadomo też są ludzie, którzy muszą szybko biegać i do tego dysponować dużą siłą.

W jaki sposób pan trafił do bobslejów?
– Wtedy już na AWF-ie trenowałem lekkoatletykę dla przyjemności i podjąłem pracę, żeby zarabiać. Kolega z Polskiego Związku Bobslei i Skeletonu zaproponował, żebym pojechał do Niemiec i sprawdził się w tej dyscyplinie.

– Wspominał pan kiedyś, że początki były ekspresowe. Cztery wejścia w garażu, cztery na torze i już startował pan w Pucharze Świata.
– Zgadza się, kiedy pojechałem do La Plagne (ośrodek narciarski we francuskiej części Alp, odbywały się tam zawody Pucharu Świata – dod.ST) to start miałem bardzo szybki. Od razu zacząłem jeździć czwórką. Na pewno pomogła mi w tym wspomniana przeszłość lekkoatletyczna. Poduczyłem się troszkę techniki i mogłem startować. Wiadomo, że to były starty takiej jakości, że na igrzyskach olimpijskich byśmy się nie pojawili. To był początek, niespełna cztery lata przed startem w Pjongczangu, więc musiało minąć sporo czasu, żebym się nauczył.

– A jak pan wspomina ten pierwszy w życiu przejazd?
– To były trzy ślizgi jednego dnia. Nie wiedziałem, czego się spodziewać i troszeczkę mnie przydusiło, napływ adrenaliny mnie sparaliżował. Później się do tej adrenaliny przyzwyczaiłem, a nawet uzależniłem od niej i już jest fajnie.

– W czwórce jest pan rozpychającym, więc pracuje głównie w czasie startu. Co dokładnie musi pan zrobić?
– Moje zadanie to rozpędzenie bobsleja i wskoczenie do niego. W czwórce jest to szczególnie skomplikowana czynność, bo wiadomo, że bobslej jest mały, w środku jeszcze są rama i hamulec, a my mamy na sobie bardzo ostre buty z kolcami. Gdy bobslej jedzie z pełną prędkością, biegnąc po lodzie, należy wskoczyć i od razu dobrze się ułożyć, nie robiąc przy tym krzywdy sobie ani kolegom.

– Co dalej? Rozpychający ma jakieś obowiązki czy raczej w spokoju „przygląda się” pracy pilota?
– W czasie ślizgu ja jako trzeci w czwórce żadnych obowiązków nie mam. Muszę tylko dbać o to, żeby moja głowa pozostawała w linii z kolegą z przodu, czyli po prostu muszę mocno wciskać swój kask w jego plecy. Generalnie chodzi tu o aerodynamikę.

– No i wciska pan kask w plecy kolegi, jedziecie 150 km/h, a przeciążenia osiągają wartość 5G. Co się wtedy czuje?
– Jeżeli ślizg jest płynny, to jedzie się całkiem fajnie, choć przeciążenie wgniata do ziemi i wtedy można mieć delikatne problemy z oddychaniem. Zdecydowanie gorzej, kiedy pilot nie jedzie zbyt dobrze. Wtedy często jest tak, że uderza się kaskiem o burty i wychodzi się z bólem głowy albo koledzy muszą pomagać wychodzić z bobsleja. Można uderzyć tak, że ma się siniaki, a jeżeli popełni się błąd przy wsiadaniu, to się wychodzi zakrwawionym, bo jeden drugiemu potnie skórę.  Generalnie, to, co czuje się w bobsleju, zawsze jest uzależnione od jakości wsiadania i ślizgu, ale też od rodzaju toru, bo są tory bardziej lub mniej łagodne, wolniejsze lub szybsze.

– Bobsleje to dzisiaj też wyścig technologiczny. Rywale mają sprzęt od BMW, Ferrari, McLarena i Hyundaia. Najlepsze boby dla czwórek kosztują 120 tysięcy euro. Wasz to czteroletnia maszyna kupiona od Austriaków. Takie różnice da się nadrobić ambicją i dobrym przygotowaniem?
– Rzeczywiście, bobsleje to też wyścig technologiczny i pewnych granic nie da się przekroczyć. Jeżeli chce się walczyć o, powiedzmy, pierwszą szóstkę, to trzeba dysponować najlepszym sprzętem. Bez tego się nie da. Moim zdaniem, jeśli sprzęt, którym my jeździliśmy rok temu, dalibyśmy na przykład Francesco Friedrichowi, obecnemu mistrzowi w olimpijskiemu w dwójkach i w czwórkach, to on nie wszedłby do pierwszej dwudziestki na igrzyskach. Dopiero jak się ma dobry sprzęt i duże umiejętności, można walczyć o najwyższe cele.

– Jak na co dzień trenujecie?
– Tak jak lekkoatleci. Stadiony, hale, siłownie, las, czyli jest to przygotowanie typowo motoryczne, żeby szybko wystartować. Kiedy zbliża się sezon, to wyjeżdżamy na ścieżki startowe i tam już przygotowujemy się do pchania bobsleja.

– W sporcie coraz większą wagę przywiązuje się do właściwej diety. Z jednej strony mamy czeskiego skoczka, Vojtecha Stursę, który w czasie igrzysk pochwalił się jak jest „wycieniowany”, a z drugiej – biegaczy narciarskich, którzy dziennie muszą przyjąć nawet 8000 kalorii. A jak jest z bobsleistami?
– Dobrze, żeby bobsleista ważył około stu kilogramów. Bobslej czteroosobowy z załogą może ważyć 635 kg. Musimy uważać, żeby tego limitu nie przekroczyć, bo będzie to skutkowało dyskwalifikacją, ale najlepiej, żebyśmy ważyli 634,9, czyli tuż pod tą granicą. Im więcej się waży, tym lepiej. Zazwyczaj jest to między 90 a 120 kg. Bobsleista 90-kilogramowy to taki mały bobsleista, a powyżej 105 kg to już taki zawodnik wagi ciężkiej.

– Przed igrzyskami mówiliście, że liczycie na miejsce w pierwszej dwudziestce. Skończyło się najlepszą w historii trzynastą pozycją. Jesteście zaskoczeni tak dobrym rezultatem?
– Jesteśmy, chociaż takie wyniki mogły przyjść szybciej. Wiedzieliśmy, że stać nas na to, tylko było trzeba się objeździć z  tym nowym, całkiem dobrym sprzętem.

– Po pierwszym ślizgu byliście na siódmym miejscu. Liczyliście wówczas, że utrzymacie pozycję w czołówce do końca?
– Po kolejnych ślizgach trzeba na chłodno przyjmować miejsca, nawet jeśli byłaby to pierwsza, druga czy trzecia lokata. Myśleliśmy, żeby każdy kolejny występ też był szybki, bez euforii.

– Wasz start w Korei zaplanowany był na sam koniec igrzysk, więc przez prawie miesiąc oczekiwaliście w wiosce olimpijskiej. Co w tym czasie robiliście?
– Wylecieliśmy z Polski 4 lutego, a 7 i 8 mieliśmy treningi na torze. Potem było kilka dni wolnego, przygotowania do dwójek, jeden dzień przerwy i przygotowania do czwórek. Wiadomo, że cały czas byliśmy w treningu motorycznym, aby dbać o formę, ale mieliśmy też takie dwa albo trzy dni całkowicie wolne. Raz wybraliśmy się do pobliskiej miejscowości, w której zobaczyliśmy Morze Japońskie, miejscowy market rybny i poznaliśmy trochę kultury japońskiej.

– A wioska olimpijska?
– Wioska to bardzo specyficzne, ale i fajne miejsce. W pamięć zapadły mi zwłaszcza kontakty z innymi zawodnikami. Poznałem naprawdę mnóstwo ludzi z pasją. Na siłowni można było zamienić parę słów z Gregorem Schlierenzaurem, Simonem Ammannem czy Miką Kojonkoskim. Okazuje się, że 95% sportowców to nie są żadne gwiazdy – można z nimi normalnie porozmawiać o ich dyscyplinie, o tym jak żyją i jak traktują sport. Do naszej dyspozycji był jeszcze playroom, gdzie można było grać w bilard lub na konsoli. Na co dzień pomagało wielu wolontariuszy i prowadzono różne akcje, dzięki którym mieliśmy poznać koreańską kulturę. Można było pouczyć się ich kaligrafii, a na stołówce było stoisko z miejscową kuchnią. Jak ktoś by chciał, to na pewno poznałby więcej, ale my skupialiśmy się na starcie.

– Organizacja igrzysk była zewsząd chwalona, ale krytykowano frekwencję.  Na zmaganiach bobsleistów byli kibice?
– W Korei najbardziej popularny jest short-track, na którym hala zawsze była pełna, ale bobsleje też zostały dobrze przyjęte. Zawsze było mnóstwo ludzi. Zazwyczaj, kiedy jedziemy, to nie słyszymy nic. A tutaj cały czas unosiła się wrzawa, słyszeliśmy okrzyki, więc atmosfera była niesamowita.

– W tym samym czasie w kraju dużo mówiło się o „turystach”, o tym, że sportowcy jeżdżą na igrzyska nie po medale, a na wycieczkę.
– To, co mówią ludzie o sportowcach, którzy jeżdżą na igrzyska, nie interesuje mnie. Nie czytam tego, więc nawet nie skomentuję. Ja wiem, że na igrzyska jeżdżą najlepsi, a komentarze, szczególnie anonimowe, nie są ważne.

– A co musi się wydarzyć, żeby polscy bobsleiści jechali na igrzyska po medale?
– Potrzebujemy przede wszystkim obiektu, w którym będzie ścieżka startowa. Obecnie większość z nas normlanie pracuje, a potem idzie na trening. Wiadomo, że w takiej sytuacji jakość treningu nie może być wysoka, więc przydałoby się więcej pieniędzy, abyśmy mogli się utrzymać ze sportu. Przede wszystkim jednak ta ścieżka startowa. O torze nawet nie mówię, choć on też byłby potrzebny, jeśli chcielibyśmy na stałe być w czołówce.

****

Łukasz Miedzik – urodzony w 1991 roku w Bydgoszczy. Jego dom rodzinny znajduje się w Grupie w powiecie świeckim. W młodości trenował lekkoatletykę, a od czterech lat jest bobsleistą. Był rozpychającym w czwórce, która na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu zajęła 13. miejsce – najlepsze w historii polskich występów.

Zobacz więcej wywiadów z cyklu STUDIO METROPOLIA

Powiązane treści