Bydgoszcz
7C
Słonecznie
87% wilgotność
Wiatr: 3km/h SSW
H 7 • L 7
5C
Sob
4C
Nd
6C
Pon
5C
Wt
5C
Sr
Kolizja samochodu osobowego z tramwajem linii nr 4 na Szpitalnej. Ruch w kierunku pętli Glinki wstrzymany.
Metropolia BydgoskaBydgoszczRozrywka i kulturaMarek Żydowicz: Nie robimy festiwalu zawodowego getta [STUDIO METROPOLIA]
marek_zydowicz_camerimage_SG
10.11.2017 | 06:00

Marek Żydowicz: Nie robimy festiwalu zawodowego getta [STUDIO METROPOLIA]

Na zdjęciu: Marek Żydowicz, pomysłodawca i dyrektor festiwalu Camerimage.

Fot. Stanisław Gazda

Niedyplomatyczny dyplomata, człowiek, który słynie z ostrych wypowiedzi. Ale też osobistość, która przez 25 lat realizuje unikatowe przedsięwzięcie – Camerimage. O przyszłości festiwalu w Bydgoszczy, poszukiwaniu Wieży Eiffla, która być może jest na miejscu, a także o tym, dlaczego nie każdy człowiek kultury to kaowiec – opowiada w specjalnym wywiadzie dla MetropoliaBydgoska.PL Marek Żydowicz.

Eryk Dominiczak: Podobno prezydent Rafał Bruski zadeklarował panu, że festiwal Camerimage może zostać w Bydgoszczy do końca świata i jeden dzień dłużej.
Marek Żydowicz (dyrektor festiwalu Camerimage): Tak, to prawda. Słyszałem takie zdanie z ust pana prezydenta.

– Odważna deklaracja w obliczu kończącej się w przyszłym roku kadencji i trwającej od wielu miesięcy dyskusji o warunkach lokalowych dla festiwalu.
– Sam pan widzi, w jakich warunkach (rozmawiamy na korytarzu niedaleko wejścia za kulisy – dod. red.) funkcjonujemy, jak wiele osób nie może wejść do centrum festiwalowego i jak wiele firm nie może zaprezentować się przy okazji festiwalu. Warunki przestrzenne czy foyer są zbyt małe, żeby zaprosić te firmy. Budowa czwartego kręgu daje nadzieję, że te warunki się poprawią, ale projekt musi być realizowany.

– A ma pan takie zapewnienia? Od koncepcji, nad którą prace zakończono, do realizacji, często jest długa droga.
– Od początku roku mam ustne zapewnienia, ale umowy żadnej nie podpisaliśmy.

– Czyli wróci dyskusja o przenosinach Camerimage?
– Czekam na spotkanie z panem prezydentem, ale to ma związek z rozstrzygnięciami w sprawie czwartego kręgu. Jeżeli będzie wiadomo, że go budujemy, siadamy do stołu, podpisujemy umowę i kontynuujemy współpracę z Bydgoszczą.

– Jaka perspektywa pana interesuje? Ostatnio zapowiadał pan, że Camerimage powinno żyć kilka miesięcy, nie kilka dni.
– Chciałbym podpisać umowę, żeby ustabilizować festiwal na zawsze, żeby znaleźć miejsce docelowe. Tyle że budowa czwartego kręgu nie rozwiązuje wszystkich problemów i nie pozwala skonsumować możliwości, które daje festiwal. Ja wiem, jaki jest jego optymalny wymiar. A dodatkowy krąg to nadal rozwiązanie tymczasowe.

– Wraca pan do tematu budowy centrum festiwalowego.
– Interesuje nas centrum festiwalowo-kongresowe, które najlepiej, aby nosiło nazwę Camerimage. Bo wtedy łatwiej reklamuje się i sam festiwal, i miejsce, które reprezentuje. Powinna być to inwestycja firmowana nazwiskiem kultowego architekta, a autorami koncepcji powinny być osoby o wielkich nazwiskach. Tak jak w przypadku Camerimage Łódź Center – Frank Gehry i David Lynch. To gwarantowałoby stałą współpracę i realizację programu przez cały rok.


⇒ CZYTAJ TAKŻE » Znaki zapytania wobec przyszłości Camerimage i koncepcji czwartego kręgu Opery Nova


– Centrum kongresowe miało powstać na placu Teatralnym, a dzisiaj prezydent Rafał Bruski twierdzi, że to nie jest teren pod zabudowę.
– To sprawa władz miasta i mieszkańców, nie moja. Od ambicji i wyobraźni prezydenta, władz miasta czy regionu, ale przede wszystkim mieszkańców zależy, jak Bydgoszcz się będzie rozwijała. Czy postawi na rozwiązania tymczasowe czy perspektywiczne. Ewolucja techniczna w produkcji filmowej sprawia, że czwarty krąg to rozwiązanie na kilkadzieści lat, nie więcej. Powstaje pytanie, czy ambicje bydgoszczan sięgają wyżej niż ambicje miasta średniej wielkości, na które centra takie jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Gdańsk patrzą jak na prowincjonalne miasto. Jestem zwolennikiem myślenia odważnego i uważam, że każde pokolenie powinno coś po sobie zostawić, jakiś znak czy świadectwo swojej obecności i kreatywności. Pretensje do złych decyzji będą mieli potomkowie, nasi następcy. Z mojego punktu widzenia, jeśli festiwal ma się rozwijać, to przy obecnych warunkach pozostawienie go bezterminowo tutaj jest niemożliwe.

– Na spotkaniach z prezydentem próbuje pan forsować swoją wizję?
– Ja już nikogo nie będę namawiał, żeby patrzył odważnie i szerzej. To jest domena instytucji samorządowych, one wiedzą, jakie są możliwości miasta czy regionu. Czy jesteśmy w stanie wymyślić coś, żeby przyciągnąć do miasta ludzi? Zwłaszcza że inne miasta mają w spadku historycznym to, czego brakuje Bydgoszczy. Toruń ma gotyk i Kopernika, a czym może przyciągać Bydgoszcz? Czy człowiek szukający atrakcji znajdzie tutaj coś efektownego? Albo, choćby w okolicy, zabytki pochodzące z XII, XIII czy XIV wieku?

Czyli receptą jest odnalezienie tożsamości?
– Ja nie mam z tym problemu. Powiedziałem już publicznie, że każde miasto, które jest niestety pozbawione historycznej spuścizny, ma do nadrobienia jakąś lukę. XIX wiek w mentalności humanistów uznany jest za wiek techniki. Zabytki industrialne dopiero od niedawna są doceniane, ale nie przebijemy się przez miasta, którym historia pozostawiła ciekawsze obiekty. Nie mamy obecnie takich budowli, które ogniskowałyby uwagę Europy, żeby nie powiedzieć – świata. Dlatego trzeba postawić pytanie, czy Bydgoszcz i jej mieszkańcy mają świadomość i czują potrzebę, żeby tę lukę, o której mówiłem, wypełnić.

– Prezydent Bruski mówi o poszukiwaniu bydgoskiej Wieży Eiffla, a zachwyt efektem Bilbao jest dość powszechny. Pytanie – czy możliwy do skopiowania?
– To pytanie retoryczne – jest to możliwe, ale wymaga szeregu działań poprzedzających. A następnie znalezienia atrakcji, którą da się obudować efektowną architekturą. To zadziwiające, że z jednej strony mówimy, że festiwal jest taki niezwykły i ważny, że powinien tu zostać „do końca świata i jeden dzień dłużej”, a później pada pytanie, co ma być Wieżą Eiffla i pozostaje ono bez odpowiedzi. Jeśli chcemy przyjrzeć się sukcesowi Bilbao, to trzeba zauważyć szereg zmian infrastrukturalnych – lotnisko, drogi, zabudowa hotelowa i apartamentowa oraz pojawienie się interesującej gastronomii. No i atrakcji, żeby wykorzystać te przybytki. Zwrócono się więc do fundacji Guggenheima, czy przekaże ona swoje zbiory. I od tego się zaczęło. Osiągnięto porozumienie, znaleziono magnes przyciągający turystów z całej Hiszpanii. A projekt obiektu powierzono Frankowi Gehry’emu, który – a widzę się z nim co roku – pokazuje mi cyklicznie list od mera Bilbao: Drogi Franku, dziękujemy za tak ważny obiekt, dzięki któremu zarobiliśmy 280 milionów euro… rok wcześniej – 250 milionów… a jeszcze wcześniej – 290 milionów i tak dalej. W zasadzie zmienia się w nim tylko liczba.

Przekładając to na naszą sytuację – potrzebowaliśmy w Bydgoszczy czegoś takiego jak Camerimage i to się pojawiło. I zostaniemy tu, dopóki obiekt będzie w stanie podźwignąć to, co festiwalowi potrzebne. Jeśli warunki okażą się ograniczeniem i niemożliwością będzie odmawianie wielu podmiotom, żeby festiwal utrzymał poziom, będziemy musieli poszukać innego miejsca. Tak samo działa firma produkująca markowe samochody – jeśli nie ma warunków do rozwoju, przenosi się. Jeśli piłkarz, który osiągnął wszystko w polskiej lidze dostanie ofertę z Ligi Mistrzów, to ją przyjmie. I nikogo to nie dziwi.

– Ale panu się dziwiono.
– Bo mnie traktowano jako niewolnika samorządów. Uważano, że każdy człowiek w kulturze to jest kaowiec, który – skoro dostaje jakieś grosze z urzędu na działalność – zobowiązuje się do czegoś do grobowej deski. Odwoływano się przy tym do patriotyzmu i jakichś rozliczeń ekonomicznych, a to jest nieuczciwe i niesprawiedliwe. Jeśli ktoś wynajmuje limuzyny, żeby woziły gości prezydenta, to nie można mieć później pretensji, że te limuzyny jeżdżą gdzieś indziej, tylko dlatego, że wynajęto je wcześniej za publiczne pieniądze. Ciągle patrzymy na kulturę jako rodzaj powinności obywatelskiej. A my jesteśmy prywatnym podmiotem, a nie jednostką samorządową.

– Dyrektor jednej z takich jednostek – Marzena Matowska z Miejskiego Centrum Kultury zaapelowała ostatnio o odejście od „festiwalozy” na rzecz kultury codziennej.
– Nie wiem, co pani Matowska miała na myśli, ale będąc konsumentką publicznego pieniądza, na pewno nie myśli w takich kategoriach jak ja. Nie musi się martwić o to, za co opłaci prąd, wodę i ogrzewanie, z czego opłaci pracowników i skąd weźmie pieniądze na realizację projektów merytorycznych. Dotacje, które ja otrzymuję, nie wypełnią 90, 95 czy 100 procent budżetu na realizację konkretnego programu. To jest ogromny problem podmiotów będących na garnuszku rządu czy samorządu, że mają właściwie postawę roszczeniową, a co gorsza – pokazują pazury i zgrzytają zębami w stosunku do instytucji, które realizują korzystniejsze przedsięwzięcia. Obawiam się, że jeśli stanęlibyśmy w szranki, dysponując tymi samymi pieniądzmi, to czas pokazałby, kto zaproponowałby miastu lepszą imprezę czy wydarzenie. Poza tym, nasz festiwal to wydarzenie nie tylko z punktu widzenia piarowego czy reklamowego, ale również ekonomicznego. Prezydent Bruski nie mówi o tym, że chce, żeby Camerimage było w Bydgoszczy „do końca świata i jeden dzień dłużej”, dlatego, że ma sentyment do Camerimage czy Marka Żydowicza, ale wynika to też z twardego liczenia. A prezydent Bruski jest ekonomistą i wie najlepiej, że koszty powinny się zwrócić, a skoro można zarobić 10-krotnie – to należy tak zrobić.

Jeśli mówimy o festiwalozie, to trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co przez to rozumiemy. Czy chodzi o niszowe imprezy, które mają być konkurencją dla oferty a’la dom kultury czy też o imprezach, które wykraczają poza miasto, region, a może kraj czy nawet kontynent i dają konkretne korzyści miastu.


CYKL WYWIADÓW STUDIO METROPOLIA CO PIĄTEK NA METROPOLIABYDGOSKA.PL


– Ale pan mówi też, że Camerimage powinno tętnić życiem kilka miesięcy w roku.
– Nie będę poruszał się po cienkim lodzie ani ruchomych piaskach i mówić, co bym chciał w ramach tego projektu zrobić. Powstaną możliwości, będę o tym myślał i rozmawiał. Teraz nie ma to najmniejszego sensu.

– Ale część wystawiennicza w czwartym kręgu to pana postulat?
– Program koncepcji kręgu opracowywaliśmy z panem dyrektorem Figasem. I cieszę się, że jest to koncepcja, bo to znaczy, że nadal będzie można postulować pewne zmiany. Najnowszej, uznanej za ostateczną, dokumentacji jednak jeszcze nie widziałem.

– Zdążył pan już jednak stwierdzić, że nie ma nic gorszego niż zbiorowa debata o estetyce.
– Gusta nie podlegają dyskusji, ale u nas bardzo mało osób ma przygotowanie estetyczne, pewien background historyczno-kulturowy czy artystyczny, żeby wypowiadać się, co jest urbanistycznie ładne, a co nie, co jest funkcjonalne, a co nie, co się mieści we współczesnych normach i zasadach kształtowania krajobrazu czy zabudowy. To są sprawy względne… wie pan, czasami Wieża Eiffla jest krytykowana, Bilbao też było krytykowane. Ale wiele takich inwestycji – machin napędowych – było krytykowanych, także za estetykę. A często okazuje się, że dany budynek otwiera nową drogę w architekturze czy sztuce. Popatrzmy chociażby na dekonstruktywizm – najpierw budzi dezaprobatę, a później akceptację.

I teraz spójrzmy na Operę Nova. Kiedyś była atrakcyjna, a dzisiaj patrzę na nią z dużym dystansem. Jako na betonowy klocek, gdzie nie wykorzystano dużej szansy na uchwycenie perspektywy widokowej z każdego poziomu największego kręgu na Wyspę Młyńską. Jak pan popatrzy z pomieszczeń, które znajdują się obok nas, to tak, jakby patrzył pan przez szczeliny bunkra. Dlatego należy patrzeć na każdy budynek w przestrzeni, z punktu widzenia użytkownika, ale jednocześnie patrząc do przodu.

– O projekcie nowego kręgu mówił pan, że jest utylitarny. To komplement?
– Utylitaryzm jest zawsze odrobinę pejoratywnym pojęciem. Użyteczność jest bardzo fajna, gdy myślimy o podstawowych potrzebach. Ale gdy chcemy wykreować coś nowego, osiągnąć efekt dodany, to trzeba myśleć odważnie. W tym sensie utylitaryzm to minimum minimorum.

– Jak zmieniła się rzeczywistość w trakcie ćwierćwiecza istnienia Camerimage – gdy patrzy pan z punktu widzenia pierwszej edycji, którą tworzył pan w wieku niespełna 35 lat i edycji nr 25, gdy jest już pan po pięćdziesiątce?
– Jest absolutny skok w zakresie technik i technologii filmowych. Odeszliśmy od wielkich studyjnych produkcji amerykańskich na rzecz kina bardziej prywatnego, kina kameralnego. I nie jest to bynajmniej komplement. Powszechność dostępu do urządzeń rejestrujących ruchomy obraz i trend lansowany przez niemądre media wmawiające, że każdy może być artystą, lotnikiem czy lekarzem, to problem.

– Przeszkadza panu poprawność polityczna.
– Nie chodzi o poprawność, ale degradację etosu zawodowego. Sens zawodu jest wtedy, gdy przejdzie się wszystkie szczeble – od ucznia, przez czeladnika aż do mistrza. Coraz więcej jest bylejakości, obraz się rejestruje, a nie kreuje. A ja rozumiem kreację jako pokazanie za pomocą obrazu tego, czego nie mogą wyrazić słowa w scenariuszu, reżyser czy gest aktora. To jest ta iskra w oku, kropla potu czy drżenie albo cień na czole, który jest filmowany. To są te ułamki sekundy, na których uchwyceniu polega sztuka operatorska. A zauważam obniżenie jakości filmów, które są zgłaszane. Choć należy dodać, że dociera ich co roku znacznie więcej. W tym roku – trzy tysiące.

– Czyli Camerimage to dziś festiwal oblężonej twierdzy?
– Festiwal jakości, studio wzorców, najwybitniejszych obrazów, wskazów, jaką drogą trzeba kroczyć, żeby odzyskać to, co w sztuce odrzucone – piękno na rzecz publicystyki.

– Czy festiwal zawsze będzie w pewnym stopniu elitarny?
– Nigdy taki nie był. To są właściwie opinie, które miały zepchnąć Camerimage na margines. W środowisku tworzącym wydarzenia filmowe chciano nasz sukces zmarginalizować, mówiąc o festiwalu zawodowego getta. A to daleko posunięta nieuczciwość. Zapraszamy przecież nie tylko autorów zdjęć filmowych, Camerimage to festiwal wszystkich twórców odpowiedzialnych za film dyskutujących o języku ruchomych obrazów. To festiwal debaty o wartościach artystycznych w sztuce filmowej. Jakikolwiek zawód filmowy nie jest tu degradowany. Oczywiście, nagrodę główną otrzymują autorzy zdjęć, bo to wokół nich skupia się wszystkich pozostałych twórców filmowych. Ale nagradzamy też scenografów, twórców muzyki, montażystów…

– Czyli grupy przez odbiorców bardziej niedoceniane?
– My doceniamy tych, którzy wnoszą istotny wpływ w powstanie danego obrazu filmowego, dzięki którym ten obraz się wyróżnia. I dzięki którym powstają nowe odmiany języka filmowego.

– A co pan docenił i czego się pan nauczył przez ćwierćwiecze festiwalu?
– Człowiek uczy się całe życie i będzie to robił nawet w wieku 80 czy 90 lat. Świat się zmienia, dochodzą nowe elementy wiedzy plus filozofia i wiedza o ludziach.

– Czyli to nie tylko skok techniczny, cywilizacyjny?
– Ludzie też się zmienili. Proszę zwrócić uwagę, że odzyskanie niepodległości i próba sensownego wykorzystania minionych 25 lat musi budzić w nas dużo goryczy.


W ramach cyklu wywiadów STUDIO METROPOLIA ukazały się dotąd wywiady:

z Tomaszem Moraczewskim, prezesem Portu Lotniczego Bydgoszcz (27 października 2017 r.),
z Michałem Grzybowskim, szefem .Nowoczesnej w województwie kujawsko-pomorskim (3 listopada 2017 r.).

Powiązane treści