Bydgoszcz
17C
Słonecznie
82% wilgotność
Wiatr: 1km/h N
H 17 • L 17
24C
Pon
24C
Wt
27C
Sr
29C
Czw
25C
Pt
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCIOstatni Mohikanin izohelii. Historia Jerzego Riegla [ARCHIWALNE ZDJĘCIA BYDGOSZCZY]
Jerzy Riegel - fot. Stanisław Gazda
21.12.2017 | 10:26

Ostatni Mohikanin izohelii. Historia Jerzego Riegla [ARCHIWALNE ZDJĘCIA BYDGOSZCZY]

Na zdjęciu: Jerzy Riegel zajmuje się fotografią od ponad pół wieku.

Fot. Stanisław Gazda

Ze względu na swój talent, ogromny dorobek i artyzm jest twórcą na miarę europejską. Równocześnie jest też legendą Bydgoszczy. Jest wpisany w to miasto tak ściśle, jak jego autograf w ulicę Długą.

Co to za fotograf, który nie pamięta swojego pierwszego zdjęcia? Jerzy Riegel lekko przymruża oczy… To był kupiony w 1951 roku aparat Agfa Synchro Box. Żadnej precyzyjnej regulacji przysłony, czasu naświetlania. Były jedynie dwa oznaczenia: chmury i słońce. Cała filozofia fotografowania polegała na naciśnięciu spustu migawki. Z odległości bliższej niż półtora metra nie można było robić zdjęć. Wtedy wychodziły zupełnie nieostre. Zresztą, nawet przy największych staraniach daleko im było do ideału.

Zdjęcie przedstawiało kolegów Riegla, wówczas uczniów siódmej klasy szkoły powszechnej na Starych Jachcicach. Chłopcy, jak to w wiosennej tradycji jachciczan bywało, brali udział w majówce. Kto żyw, wychodził w okolice lasu lub nad wodę, zabierając ze sobą koc, koszyk z winem, herbatą, kawą, jedzeniem, wśród którego nie mogło zabraknąć drożdżówki z wiśniami lub jagodami. Kompozycja zdjęcia była taka, że dwóch chłopaków siedziało na trawie, a trzech stało za nimi.

Kliszę trzeba było zanieść na Gdańską. Pod Łabędziem był jeden z nielicznych punktów wywoływania zdjęć. Jak się można było spodziewać – zdjęcie było nieostre. Ale widać na nim młokosów, którzy prężą się, żeby popisać się, a to muszką przy koszuli, a to krawacikiem lub nowiutką marynarką.


Artykuł pochodzi z grudniowego numeru czasopisma MetropoliaBydgoska.pl.
Wszystkie archiwalne wydania można znaleźć w zakładce Gazeta.


Pierwsze zetknięcie się z fotografowaniem miało miejsce w 1938 roku. Mały Jurek pojechał wówczas z ojcem do dziadków do Jabłonowa Pomorskiego. Tam mieszkał niejaki pan Berendt, który zalecał się do ciotki Jurka. Żeby jej zaimponować, wyjął swój aparat z mieszkiem, postawił go na statywie, sam zniknął pod płachtą, no i zrobił „pstryk” ukochanej i jej rodzince. Dzięki temu Jurek mógł zobaczyć, jak wywołuje się zdjęcia na szklanych kliszach. Pomarańczowe światło, kąpiele płytki w różnych roztworach – wszystko to było dla małego chłopca jak poczynania czarnoksiężnika. Magia jakaś i tyle. Zupełnie niepojęta.

Jerzy Riegel ukończył szkołę powszechną, Publiczną Średnią Szkołę Zawodową, godząc ją z równoczesną pracą w Zakładach Graficznych Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Tam poznawał tajniki zawodu zecerskiego i fotograficznego. Zdobył kwalifikacje z zakresu fotochemigrafii. Całą tę wiedzę Jerzy Riegel skrzętnie wykorzystał w późniejszym czasie, już jako fotografik.

Już za drukarnianych czasów majster Kończal gonił go do fotografowania. Kiedyś zobaczył zdjęcia wykonane przez Jurka, a sam również zajmował się fotografowaniem amatorskim, ocenił, że chłopak ma talent. Namówił go do zapisania się do koła fotograficznego dla drukarzy. Były wykłady ówczesnych mistrzów zawodu fotograficznego, ba, nawet sam profesor Turwid dawał lekcje z plastyki. Z Torunia przyjeżdżała Nina Gardzielewska należąca do Związku Polskich Artystów Fotografików. Organizowała różne konkursy. Przy pierwszym zatytułowanym „Bydgoszcz w obiektywie” Jerzy nie został zauważony. Dopiero kolejny – „Drukarz przy pracy” dodał mu wiary w siebie. Jerzy nie sfotografował żadnego drukarza, tylko „stopkę” czcionki drukarskiej kroju Times.

– Świetny pomysł, panie Jerzy – zawyrokowała Gardzielewska – ale niech pan wykona odbitkę na błyszczącym papierze, a zdjęcie naprawdę zyska na tym.

Fotografowanie zaczęło coraz bardziej „kręcić” Jerzego. Ten zapalony w nim żar podsycał kolega z drukarni map, gdzie Riegel przeniósł się do pracy. Przynosił Jerzemu książki o robieniu zdjęć, o różnych technikach fotografowania. Tam znalazł informację o izohelii. Ta była na owe czasy czymś nowym, modnym, zarezerwowanym dla zamożnych.

– A że był to wynalazek polskiego profesora Romera, grzechem byłoby go nie upowszechniać. To był wręcz patriotyczny obowiązek! – mówi z naciskiem Jerzy Riegel.

Dzięki izohelii uzyskuje się efekt podobny do linorytu, do grafiki japońskiej. Polega ona na rozdzielaniu tonów, wytracaniu półtonów w obrazie fotograficznym, wykorzystywaniu różnych stopni nasycenia obrazów o zmiennej jasności. Owo kilkakrotne skopiowanie na kontrastowe podłoże papierów i zróżnicowanie ekspozycji daje właśnie efekty bardzo zbliżone do grafiki.

Znany przed laty bydgoski fotograf Kiepuszewski, który także udzielał wskazówek młodym adeptom fotografii zrzeszonym w kole dla drukarzy, zaprosił ongiś Riegla do siebie do domu. Jerzy miał przyjść ze swoimi pierwszymi próbkami – fotografiami wykonanymi w technice izohelii. Z drżeniem serca i nóg wchodził do pracowni mistrza. Rozłożył fotografie na stole. Kiepuszewski spojrzał na prace, a następnie na Jerzego i rzekł: Panie Jerzy. Pana fotografie są lepsze od moich! I polecił swojej żonie, żeby czym prędzej zaparzyła kawy i przyniosła butelkę prunelki, aby wznieść toast za sukces Jerzego Riegla.

– Na te słowa zgłupiałem. Zacząłem się szczypać po policzkach. To niemożliwe, żeby taki mistrz mnie chwalił, częstował! A potem tak się zakochałem się w tej izohelii, że gdybym nie miał już żony, to chyba bym się z nią ożenił! – wspomina Jerzy Riegel.

Zakochany w izohelii

Jakież to zdjęcie tak zachwyciło mistrza Kiepuszewskiego? Jerzy Riegel zrobił zbliżenie drzwiczek od starej kuchni.  Odlane były z bogactwem różnych wzorów oraz płaskorzeźbą kucharki z chochlą.

– Wtedy światełko z okna tak ciekawie padło na te drzwiczki, że postanowiłem je sfotografować. I zaraz zaczęła się analiza: tu będzie jeden ton, tu drugi, trzeci. Tak powstała moja pierwsza izohelia…

Już jako izohelista fotografował budynki, ludzi, pejzaże. Te najlepiej wychodzą wczesną wiosną.

– Pola z łachami śniegu, gdzieniegdzie jakaś czarna redlina, tu jakieś kontury bezlistnego drzewa. Już sam taki widok wygląda jak grafika, a co dopiero sfotografowany w izohelii. Ludzie… Najwdzięczniejsi do fotografowania w izohelii są starsi mężczyźni, z twarzami pooranymi bruzdami zmarszczek. W ładnej twarzy kobiecej dobrego izohelicznego efektu się nie uzyska. Budynki. Przy ponurej pogodzie detale architektoniczne są słabo widoczne. Trzeba poczekać na odpowiednie światło. Najlepsze jest boczne, o poranku lub zmierzchu.

– Panie Jerzy, dlaczego współcześni fotografowie tak rzadko sięgają po izohelię?

– Dla nich to jakaś archaiczna sprawa. Poza tym to bardzo żmudna i pracochłonna technika. Gdzie by im się chciało z tym „pieprzyć”, gdy oni mogą to samo uzyskać jednym kliknięciem w komputerze!

Był taki jeden znajomy fotograf pana Jerzego, który postanowił bawić się w izohelię za pomocą specjalnego oprogramowania komputerowego. Któregoś dnia przyszedł do Riegla ze smutną miną…

– Wiesz co, Jerzy? To nie jest to samo! To się nijak ma do zdjęcia zrobionego na normalnym papierze, na normalnym barycie, gdy jest normalnie wywołane i obrobione tymi starymi metodami!

Oj, to prawda! Zdjęcia wykonane w izohelii pozwalają na uzyskanie baśniowego, odrealnionego klimatu domu, ogrodu, ulicy czy innego obiektu. Zaniedbana kamienica z odpadającym tynkiem potrafi w izohelii nabrać pięknego, a zarazem tajemniczego wyglądu – atmosfery przeniesionej wprost ze średniowiecza.

Tak było ze sfotografowaną przez Riegla bogato zdobioną bramą prowadząca do siedziby biskupa bydgoskiego od strony ulicy Malczewskiego, tuż przy Domu Polskim. Na co dzień jest czarna. Przy ciemnozielonym tle żywopłotu staje się prawie niewidoczna. Iluż z nas przechodziło obok niej obojętnie… Dopiero gdy misterne, koronkowe okucia pokryją się czapami śniegu – wówczas staje się niemal bajkowa. Na zrobienie takiego właśnie zdjęcia Jerzy Riegel czekał najdłużej w swojej fotograficznej karierze.

Bydgoszcz i przemijanie

Tematyka, która od wielu lat fascynuje Jerzego Riegla, to przede wszystkim miasto. Miasto z przeszłości, zatrzymane w czasie, zabytki, stare domy, kamienice, perspektywy ulic. To są również szczegóły architektoniczne, które symbolizują przeszłość, pochylona latarnia, błysk bruku kamiennego,  ślepy zaułek –  urocze motywy i miejsca, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. Ale też my, przechodnie, najzwyczajniej w świecie ich nie zauważamy. Może brakuje nam tej pana Jerzego wrażliwości. A może dlatego, że są to nierzadko niewidoczne z głównej ulicy zakątki, podwórka, zaułki i boczne uliczki. Kobiety przy praniu bielizny w baliach i miskach, stare podwórko z ręczną pompą, ostrzyciel noży, gołębnik, rower pod murem domu z cegły i resztkami tynku…  Wszystko to są obrazy Bydgoszczy sprzed kilkudziesięciu lat, które dzisiaj wyglądają inaczej albo stały się przeszłością lub jedynie wspomnieniem wizerunku miasta.

Gdyby tak głębiej zastanowić się nad zdjęciami autorstwa Jerzego Riegla, to nasuwa się myśl, że jego zdjęcia opowiadają przede wszystkim  o przemijaniu. Z tym, że nie jest to zbiór starych widokówek, reportaż z przeszłości. To bardzo osobisty zapis konkretnego miejsca na ziemi namalowany światłem i cieniem. Tym miejscem jest ukochana przez Jerzego Riegla Bydgoszcz.

O swojej kronikarskiej pracy w tym mieście i dla tego miasta mówi tak:

– W tym mieście mieszkam. Nie ma tu zbyt wielu zabytków, wiec trzeba było utrwalać to, co nieuchronnie odejdzie w niebyt. Każdy artysta, który mieszka w swoim mieście, powinien mu poświęcić uwagę: jak nie malować, to fotografować, to je opisywać.

Współczesna architektura nie podoba się panu Jerzemu. Jest niefotogeniczna, jakaś taka płaska, sztuczna, bez ducha, bez klimatu, trudno jest uzyskać odpowiedni światłocień. On chciałby jeszcze sfotografować ulicę Mostową po remoncie, most Jerzego Sulimy-Kamińskiego, kilka zakątków na Wyspie Młyńskiej. Codziennie, gdy wstaje i przeżywa kolejny dzień, w jego trakcie myśli sobie: teraz jest dobre światło, więc powinien być na Starym Mieście, jest lekka mgiełka, więc powinien być tu czy tam. Tyle że nie tylko lekarz, ale organizm mówią mu, że czas zwolnić, odpocząć, przekazać pałeczkę młodszym…

– Miałem kilka lat temu w Muzeum Fotografii pogadankę do młodzieży z technikum fotograficznego. Myślałem, że kogoś ta izohelia zaciekawi. Ale gdzie tam! To musi być ktoś, kto się takim dziwakiem urodził. Ktoś taki jak ja?

Co najbardziej smuci artystę-fotografa Jerzego Riegla? Łatwość uzyskania fotografii. Cyfra ogłupia. Robiąc zdjęcia takim aparatem przestaje się myśleć, analizować. Powstają tysiące zdjęć, z których trudno jest wybrać jedno dobre. I to, niestety, stało się grzechem także zawodowych fotografów. Cały „wic” polega na umiejętnym wykadrowaniu zdjęcia – uważa pan Jerzy –  a tego zrobieniem setek zdjęć, a nawet tysięcy zdjęć, człowiek się nie nauczy…

Powiązane treści