Bydgoszcz
8C
93% wilgotność
Wiatr: 2km/h W
H 8 • L 8
8C
Czw
3C
Pt
1C
Sob
6C
Nd
5C
Pon
Metropolia BydgoskaBydgoszczPolitykaPiotr Cyprys: Pokazaliśmy, że mówienie o metropolii bydgoskiej to nie mrzonka [STUDIO METROPOLIA]
piotr cyprys - st
19.10.2018 | 06:00

Piotr Cyprys: Pokazaliśmy, że mówienie o metropolii bydgoskiej to nie mrzonka [STUDIO METROPOLIA]

Na zdjęciu: Ściany gabinetu Piotra Cyprysa zdobią plany Bydgoszczy.

Fot. ST

Przed czterema laty stowarzyszenie Metropolia Bydgoska bez powodzenia startowało w wyborach samorządowych. Tym razem walce o objęcie sterów w mieście i regionie przyglądało się z boku, choć gdy zarząd województwa próbował uchwalić niekorzystny dla Bydgoszczy plan zagospodarowania przestrzennego – zainterweniowało. Dlaczego więc nie wystartowało w tegorocznych wyborach? Kiedy prezydent Bruski powinien złożyć legitymację partyjną? I kto rzuca się na hamulec, gdy lokomotywa o nazwie Bydgoszcz próbuje się rozpędzić? Odpowiedzi na te pytania udziela w dzisiejszym Studiu Metropolia prezes Metropolii Bydgoskiej Piotr Cyprys.

Sebastian Torzewski: Cztery lata temu, w wyborczy piątek pewnie był pan trochę bardziej nerwowy i zapracowany niż teraz.
Piotr Cyprys (prezes stowarzyszenia Metropolia Bydgoska): Tak, w takich momentach jak wtedy człowiek zawsze jest zapracowany i chce dać z siebie jak najwięcej. Teraz tamte wydarzenia powoli zaczynają mi się zacierać. Widocznie ciśnienie było tak duże, że nie wszystko zapisało się w pamięci.

– Co w tamtej kampanii wyborczej stowarzyszeniu Metropolia Bydgoska udało się, a co można było zrobić lepiej?
– Na pewno zaakcentowaliśmy fakt istnienia związków funkcjonalnych Bydgoszczy z okolicznymi gminami. Naszym zasadniczym zadaniem było powołanie metropolii bydgoskiej i te działania zaowocowały w końcu przyjęciem ustawy. Ostatecznie zabrakło woli w obozie rządzącym, żeby ten temat kontynuować, ale przekonaliśmy naszych lokalnych samorządowców, że trzeba zawalczyć o taką ustawę, mówić o istnieniu związków funkcjonalnych i zwrócić się w stronę gmin, bo tam jest część naszego potencjału. Bydgoszcz jest dla nich patronem, więc ich rozwój oznacza równocześnie nasz rozwój. Wcześniej, za prezydenta Dombrowicza, odwracaliśmy się od gmin. Teraz jest stowarzyszenie Metropolia Bydgoszcz i siatka połączeń komunikacyjnych rozrasta się.

Nie udało nam się za to przeforsować szybkiej kolei miejskiej. Poświęciliśmy wtedy jedną z konferencji połączeniu Osowa Góra –  Fordon. Zaprosiliśmy dziennikarzy do składu elektrycznego i przejechaliśmy tą trasą, wykazując, że jest to szybsze rozwiązanie niż autobus.  Niestety, ta koncepcja nie mieści się w wizji Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej. Mam nadzieję, że po tych wyborach się to zmieni, niezależnie kto zostanie prezydentem, a miasto wyjdzie z takiego powiatowego myślenia o komunikacji. Niektóre z naszych ówczesnych postulatów teraz powoli się przebijają. Możliwe, że za cztery lata stwierdzimy, że to co my mówiliśmy wtedy, dopiero po ośmiu latach zyska uznanie, jak właśnie szybka kolej miejska albo równoległe połączenie do Fordonu.

– Po wyborach sprzed czterech lat mówiono, że w waszym wykonaniu było za dużo strony merytorycznej, a za mało dotarcia do obywateli. A w obecnej kampanii dostrzegł pan tę część merytoryczną?
– Hmm, trudne pytanie (śmiech). Taki zarzut rzeczywiście mieliśmy, nawet sami do siebie. Nie wchodziliśmy w ogóle w strefę rozdawnictwa budżetowego. Mówiliśmy za to, żeby przekazać część decyzji mieszkańcom. Wydaje mi się, że to akurat zostało w tej kadencji zrealizowane przez liczne konsultacje, chociaż uważam, że aż za bardzo…

– Zaczęliśmy konsultować wszystko?
– Tak, niedługo będziemy konsultować kolor kostki i chodnika. Konsultacje powinny jednak dotyczyć kluczowych dla miasta spraw, a w ratuszu powinniśmy mieć takie grono fachowców, że rzeczy codzienne będą realizowane w sposób najlepszy dla mieszkańców bez zbytecznych konsultacji przedłużających proces inwestycji. Przecież wszyscy nie muszą się na wszystkim znać, więc taka demokracja powszechna bywa w niektórych przypadkach szkodliwa.

– Wracając do kończącej się kampanii i jej części merytorycznej lub jej braku. Był w ostatnich tygodniach taki pomysł, pod którym członkowie waszego stowarzyszenia podpisaliby się? Na przykład  Marcin Sypniewski i Tomasz Latos przedstawili plany dla szybkiej kolei miejskiej i metropolitalnej.
– Może nie były to szczegółowe koncepcje, ale pokrywają się z tym, o czym mówiliśmy cztery lata temu. Nie jest przecież żadnym odkryciem, że miasto jest długie. Mówiliśmy cztery lata temu, że nie można miasta rozciągać w nieskończoność, np. w Fordonie, gdzie tworzy się sypialnia sypialni. To dodawanie sobie niepotrzebnych kosztów związanych z utrzymaniem infrastruktury komunikacyjnej i wodociągowej. Wtedy apelowałem, żeby zakończyć rozbudowywanie miasta w kierunku wschodnim i zacząć myśleć o zacieśnianiu tkanki miejskiej, wykorzystując tereny blisko centrum, ale widzę, że ta wizja raczej nie spotkała się z uznaniem, bo buduje się bloki coraz dalej i dalej. Niedługo ci mieszkańcy będą narzekać na brak dostępu do kultury czy szkół i trzeba będzie dla nich budować nowe linie tramwajowe. Trzeba zrewidować plan rozwoju miasta i tego w tej kampanii mi zabrakło. Odpowiadając więc na pytanie, czy kampania była merytoryczna czy taka populistyczno-partyjna, niestety skłaniam się ku tej drugiej opcji. Ta kampania to momentami był taki nieład polityczny. Najbardziej nie podobało mi się przenoszenie spraw ogólnopolskich do dyskusji lokalnej. Włączanie wątków bardzo politycznych, angażowanie liderów partyjnych w kampanię samorządową, sprzyja budowaniu podziały na „my” i „oni”. To wytwarza taką psychozę obrony twierdzy.  Jedni się bronią i drudzy się bronią, a brakuje w tym i zagadnień merytorycznych, i lokalności.

Dużo mówiono też o tym, co najbliżej mieszkańców, na przykład o uliczkach osiedlowych. Można to zrozumieć, skoro ktoś czeka 30-40 lat na budowę drogi, ale takie tematy powinny zostać raz na zawsze rozwiązane systemowo. Należy założyć pulę środków na takie inwestycje, a nie mówić, że się wybuduje sto uliczek, bo potem nie wiadomo, jakie to będą uliczki, zapisać to w budżecie i przede wszystkim realizować.


CZYTAJ WIĘCEJ WYWIADÓW Z CYKLU STUDIO METROPOLIA


– W ubiegłym roku w programie Gdańska 27 wspominał pan, że rośnie świadomość bydgoszczan i oni w końcu zechcą niepartyjnej władzy. Tymczasem jak spojrzymy na listę komitetów startujących w tych wyborach, to wniosek jest zgoła inny. Chyba tylko Czas Bydgoszczy może pretendować do takiego miana, choć i tak są w nim ludzie związani z partiami. Z czego to wynika, że ruchy miejskie jednak nie przebijają się do wyborów?
– Z tego, że nie startujemy (śmiech). Kiedyś wpadła mi do ręki taka analiza, z której wynikało, że choć ruchy społeczne mają szansę zaistnieć w mniejszych ośrodkach, to w dużych miastach karty rozdają partie polityczne. Świadomość bydgoszczan rośnie na pewno, ale widzimy, że niestety partie spolaryzowały się, mamy wyraźny podział. Miasta, które nie wyciągały politycznych argumentów, będą według mnie miały w przyszłości większą szansę na wsparcie finansowe i zrozumienie ministrów, niezależnie od tego, kto będzie u władzy. Niestety, my nie idziemy tą drogą. Brakuje w Bydgoszczy takiej oferty dla mieszkańców pozbawionej polityki. Te dwa ruchy, które próbują obecnie występować jako bezpartyjne, są jednak przez swoich liderów powiązane politycznie z różnymi ugrupowaniami i trudno tu mówić o oddolności.

– Wielu społeczników trafiło na listy ugrupowań startujących w tych wyborach. Wy też mieliście takie oferty, ale się nie dogadaliście.
– Trudno mówić o dogadywaniu. Oferty rzeczywiście były. Teraz, z perspektywy tej kampanii, mam mieszane uczucia. Byłoby to uwikłanie się w spór polityczny po jednej lub drugiej stronie i nie wiem, jak potem mielibyśmy rozmawiać z nowo wybranym prezydentem, gdyby wygrała druga opcja. Może i byłaby szansa zaistnieć w radzie miasta albo sejmiku, bo takie propozycje się pojawiały, ale utracilibyśmy wiarygodność i możliwość dialogu.

– Ostatnimi czasy zarzucano wam, że po wyborach w 2014 roku znacznie ograniczyliście aktywność.
– Tak, wiem, że takie zarzuty padają. Natomiast my często nie pokazujemy naszych działań. Angażujemy się obecnie w strefie miejskiej. Stąd na przykład korespondencja z Zarządem Dróg. Na to idzie dużo czasu i siły. Nie upubliczniamy tego, bo nie chodzi o budowanie pozycji, a o dobre działania w mieście.

– Wcześniej skupialiście się częściej na sprawach wojewódzkich czy też regulowanych na poziomie parlamentu.
– Zawsze byliśmy skierowani na konkretny skutek. Najpierw było to pokazanie potencjału miasta, aby mieszkańcy uwierzyli, że Bydgoszcz może się rozwijać.  To nam się udało. Pokazaliśmy tym wszystkim niezależnym ruchom, że jak się chce, to można przeforsować swoją działalność.  Gdy startowaliśmy, to był marazm, jeśli chodzi o organizacje zajmujące się sprawami miejskimi, a teraz jest ich wysyp. Wydaje mi się, że daliśmy im skrzydła. Chyba przekonaliśmy też wszystkich bydgoskich polityków, że mówienie o metropolii bydgoskiej to nie jest żadna mrzonka.

– Chyba nie wszystkich. Marszałek Ostrowski tłumaczy, że Bydgoszcz i Toruń się uzupełniają i tworzą funkcjonalnie zintegrowany obszar.
– No marszałka Ostrowskiego nie udało nam się przekonać, choć po poprzednich wyborach mówiono nam, że jest pozytywnie nastawiony do spraw bydgoskich. Spotkaliśmy się, z naszej strony rozmowa była szczera, mówiliśmy, co jest potrzebne do rozwoju miasta:  szybka kolej miejska czy rewitalizacja linii kolejowej. Jak wiemy, późniejsze działania urzędu marszałkowskiego były takie, że kategorycznie stwierdzono nieopłacalność rewitalizacji linii do Kcyni. Niestety, ale muszę powiedzieć, że bardzo zawiedliśmy się na marszałku Ostrowskim. Choć może nie tyle zawiedliśmy, co po prostu te informacje o probydgoskim nastawieniu nie potwierdziły się. Niech dowodem będzie, że w planie zagospodarowania przestrzennego województwa pojawił się duopol.

– Próba uchwalenia nowego planu zagospodarowania przestrzennego to sprawa sprzed kilku tygodni. Interweniowaliście listem otwartym, w którym stwierdziliście, że projekt fałszuje rzeczywistość.
– W naszym mniemaniu mówienie o wspólnym obszarze funkcjonalnym Bydgoszczy i Torunia jest nieprawdą. Nie ma, a przynajmniej ja nie znam opracowania naukowego, które by taki obszar pokazywało. Zgodne z pracą profesora Śleszyńskiego z Polskiej Akademii Nauk, obszar funkcjonalny buduje się wokół jednego miasta, a nie dwóch. Próbowano nas wcisnąć w metodologię przyjętą dla Trójmiasta, ale tam zasadnicza tkanka miejska jest połączona. Tak samo jest na Śląsku, gdzie mówi się o konurbacji. W naszym przypadku mamy dwa miasta oddzielone obszarem o bardzo małym zurbanizowaniu, na którym jest Natura 2000, Puszcza Bydgoska i tereny zalewowe. Jeśli dotychczas, w okresie największego rozwoju, Bydgoszcz i Toruń nie przybliżyły się do siebie rdzeniami, to znaczy, że nigdy do tego nie dojdzie. A dodawanie bydgoskiego obszaru funkcjonalnego do toruńskiego i tworzenie z nich jednego to największe kłamstwo tego województwa. Bo jaki wpływ może mieć Bydgoszcz na gminę oddaloną o 80 kilometrów?

– Zwłaszcza że Bydgoszcz rozwija się w kierunkach północnym, południowym i zachodnim, a Toruń – północnym, południowym i wschodnim.
– Dokładnie, Bydgoszcz i Toruń rozchodzą się w swoim rozwoju. Więc dlaczego koncepcja duopolu jest cały czas przepychana? Na to odpowiedział ostatnio marszałek Całbecki – trzeba robić wszystko, aby Toruń nie stał się ponownie miastem powiatowym. Nie oszukujmy się, mało ludzi wie, że Toruń jest mniejszy od wielu miast powiatowych w Polsce, na przykład Częstochowy, Radomia czy Sosnowca. W pewnym momencie powstała w Polsce hipoteza o metropolii sieciowej. Planiści mieli zakusy, aby stworzyć coś, co będzie w stanie konkurować z dużymi metropoliami światowymi. Ale nie czarujmy się i nie porównujmy z miastami azjatyckimi. Tam miasta dwustutysięczne to są wioski, a małe metropolie mają po siedem milionów. Z Polski nie zrobimy jednej wielkiej metropolii. Jednym z wymogów jest, aby obszar metropolii był ścisły urbanistycznie, spójny pod względem przestrzennym i strefy oddziaływania. Więc nie może być tak, że jest ileś miast, każde działa na swój obszar i z tego tworzymy jedną metropolię. Musi być jedno miasto centralne.

Dwa przykłady z ostatnich tygodni, czyli niekorzystny dla Bydgoszczy plan zagospodarowania przestrzennego, a do tego pogłoski o sabotowaniu przez władze województwa powstania suchego portu w Emilianowie tylko potwierdzają, że w obecnym układzie nie da się zrealizować planów rozwoju Bydgoszczy w oparciu o metropolię?
– Jeśli pan marszałek zostanie na następną kadencję, to wizja rozwoju suchego portu i tak samo w dalszej perspektywie portu multimodalnego będzie odsuwana w niebyt. To niestety pokazuje prowincjonalne myślenie tego zarządu. Nie słyszałem, aby w jakimkolwiek innym regionie prowadzono działania przeciw rozwoju. Przecież silna Bydgoszcz to silny region i silny Toruń. To jest tak, że my rozpędzamy lokomotywę o nazwie Bydgoszcz, a pan marszałek rzuca się na hamulec. To wszystko w ramach zrównoważonego rozwoju. To jest słowo-wytrych, bo wszystko można podczepić pod ten zrównoważony rozwój.

W zależności od tego, co się buduje u naszych sąsiadów, tworzona jest interpretacja. Najpierw mówiono o komplementarności, czyli uzupełnianiu się. Gdy w Toruniu zaczęto budować obiekty, które już są w Bydgoszczy, przerzucono się na wzmacnianie obu ośrodków przez konkurencyjność. Teraz na przykład marszałek Ostrowski tłumaczył, że na jeden szpital na Bielanach w Toruniu zarząd regionu przekazał  porównywalną kwotę, jaką  otrzymały razem wszystkie  szpitale w Bydgoszczy, bo jest tak zwany przepływ naturalny pacjentów. Jego zdaniem bydgoszczanie leczą się w Toruniu, a torunianie w Bydgoszczy, więc nieważne, gdzie będzie większy szpital. No przepraszam, na tej zasadzie to moglibyśmy się wszyscy leczyć w Warszawie. To są absurdy, jakich nie ma w żadnym innym przypadku w Polsce.

A jaka jest alternatywa dla obecnego systemu?
– Zostawmy te miasta sobie, niech się rozwijają każde swoim potencjałem. Dobrym przykładem nietrafionych działań jest BiT City. Co do integracji jednego i drugiego miasta ma tramwaj w jednym z nich i tramwaj w drugim? Może wybudowanie dworca w Solcu Kujawskim ma wpływ, ale to akurat powinno być zadanie państwa, aby taki dworzec wybudować. W BiT City chodziło o to, aby sprzedać na zewnątrz, że taki wspólny obszar funkcjonuje i jesteśmy tak zintegrowani, że nawet razem budujemy komunikację. To było bardzo niebezpieczne, bo sztucznie wykreowano na zewnątrz wrażenie, że Bydgoszcz i Toruń faktycznie są ze sobą tak połączone. A że z jednego miasta do drugiego jedzie się ponad pół godziny pociągiem, to już na zewnątrz nie ogłaszano. Ta konkurencyjność, która od wieków istnieje między Bydgoszczą a Toruniem nigdy nie będzie pomagać, więc najlepszym rozwiązaniem byłoby osadzenie tych miast w osobnych jednostkach administracyjnych.

– Czyli wracamy do stwierdzenia, że Bydgoszcz i Toruń nie powinny tworzyć jednego województwa.
– Tak, bo wtedy miasta działałyby w swoich województwach, same finansowały swoje inwestycje i nie byłoby podejrzeń, że ktoś się rozwija czyimś kosztem. Branie kredytów i powoływanie kolejnych spółek mających prawo do zaciągania zobowiązań prowadzi nas w ślepą uliczkę. Ale województwo przecież nie może zbankrutować, więc obowiązuje myślenie, że „bierzmy kredytów ile się da, postawmy filharmonię, operę i kosmodrom, a problem będzie miał ten, który będzie rządził po nas”. Dla Torunia to prestiż rządzić tak dużym regionem i czerpać z tego korzyści. Gdyby mieli mniejsze województwo, to nie byliby w stanie utrzymać tego wszystkiego, co pobudowali. Marszałek już zapowiedział, że będzie chciał integrować nowy szpital wojewódzki ze szpitalami miejskimi. To oznacza, że będzie chciał przejąć miejskie szpitale w Toruniu, czyli wszyscy mieszkańcy województwa będą je utrzymywać. Gdy szpital na Bielanach powstanie, to pojawi się hasło o przenoszeniu Collegium Medicum UMK.

– W niedzielę wybory. Za kilka tygodni może okazać się, że mamy prezydenta z PO, a marszałka z PiS lub odwrotnie. Czy to nie będzie czasem jeszcze gorsze niż obecna sytuacja?
– Myślę, że gorzej być nie może niż jest w tej chwili. Też mi się wydawało, że jak marszałek, prezydent i kiedyś nawet partia rządząca są z tej samej opcji, to nikt nie będzie prezydentowi rzucał kłód pod nogi. A tu się okazuje, że było wręcz odwrotnie. Minister Bieńkowska szantażowała kiedyś, że nie da środków unijnych, jak nie będzie wspólnego ZIT-u z Toruniem. Teraz mamy marszałka, który blokuje rozwój miasta, w którym prezydentem jest jego kolega partyjny. Albo pan Schetyna, który mówi o likwidacji urzędu wojewódzkiego, podczas gdy osadzenie wojewody w Bydgoszczy, a sejmiku w Toruniu leży  u podstaw funkcjonowania województwa. Dla mnie to niezrozumiałe, wręcz szokujące. Na miejscu pana prezydenta zastanawiałbym się w takich momentach, czy nie złożyć legitymacji partyjnej. Dlatego moim zdaniem gorzej być już nie może. Jeżeli mamy takie działania w ramach jednej partii, to inna partia może nam zafundować to samo lub będzie lepiej.

Powiązane treści