Bydgoszcz
13C
Słonecznie
71% wilgotność
Wiatr: 4km/h NE
H 13 • L 13
22C
Nd
22C
Pon
29C
Wt
23C
Sr
24C
Czw
PILNE: Utrudnienia w ruchu przy CH Rondo. W związku z pracami drogowymi wyłączony jest jeden pas ruchu
Metropolia BydgoskaBydgoszczKomunikacjaPo strajku w MZK. Radni po dwóch stronach barykady
Andrzej Wadyński
09.12.2015 | 13:19

Po strajku w MZK. Radni po dwóch stronach barykady

Z inicjatywy prezydenta Rafała Bruskiego podczas sesji rady miasta dyskutowano o przyczynach i skutkach strajku w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych.

Na zdjęciu: Andrzej Wadyński, nowy prezes Miejskich Zakładów Komunikacyjnych.

Fot. Eryk Dominiczak

Temat ubiegłotygodniowego strajku w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych stanął w środę na sesji rady miasta. I, zgodnie z oczekiwaniami, podzielił rajców. Prezydent Rafał Bruski wspierany przez radnych Platformy Obywatelskiej oskarżał organizatorów protestu o szantaż, z kolei przedstawiciele opozycji zapewniali, że włodarz miasta nie pozostawił im wyboru.

Bruski już w trakcie strajku przekonywał, że ma on charakter nagły i nielegalny. I to samo powtórzył podczas środowych obrad. Do tablicy wywołał przy tym przedstawicieli MZK, Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej oraz swojego zastępcę Mirosława Kozłowicza odpowiedzialnego za transport. Prezydent chciał, aby zaprezentowali radnym działania, które podjęli na czas strajku.

Nowy prezes MZK Andrzej Wadyński (w trakcie protestu jeszcze w randze członka zarządu spółki) przypomniał, że w rozmowach z załogą uzyskał informację o warunku koniecznym – dymisji nominowanego na prezesa eks-zastępcy prezydenta Bruskiego Łukasza Niedźwieckiego. – Nie było szans, aby przekonać pracowników do wyjazdu z zajezdni bez jego realizacji – mówił. Powtarzał to także w późniejszej części dyskusji przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej w MZK Andrzej Arndt.

Arndt, a przede wszystkim radni opozycji wskazywali, że winę za paraliż komunikacyjny sprzed kilku dni ponosi prezydent Bruski. – Nie chciał pan rozmawiać. Sytuacja pana przerosła – podkreślał Rafał Piasecki z Prawa i Sprawiedliwości. Prezydent kategorycznie odrzucał te oskarżenia, twierdząc, że decyzja o strajku zapadła w nocy, aby „służby nie mogły się na niego przygotować”. – To związkowcy podburzali załogę. Chociażby w piątkowym biuletynie rozdawanym wśród pracowników, gdzie pojawiały się stwierdzenia o kumoterstwie i kolesiostwie. Łukasz Niedźwiecki nie jest moim „kolesiem”, był znajomym z pracy, którego zatrudniłem na kontrakcie do realizacji określonych zadań – zaznaczał Rafał Bruski. I dodawał, że w MZK Niedźwiecki miał „po prostu dbać o dobrą kondycję spółki” po rezygnacji swojego poprzednika Pawła Czyrnego.

Bruski wskazywał także, że sformułowane na piśmie zastrzeżenia ze strony pracowników MZK otrzymał dopiero w poniedziałek po południu. – Dlaczego nie spotkał się pan ze związkami zawodowymi już w piątek, skoro były sygnały o niezadowoleniu z nominacji Łukasza Niedźwieckiego? – pytał radny Piasecki. – Mówić można różne rzeczy, dlatego chciałem argumentów na piśmie – ripostował prezydent. I przypomniał o obietnicy przewodniczącego Arndta sprzed kilku lat. Po strajku ze stycznia 2008 roku, który doprowadził do rezygnacji ówczesnego sternika MZK Witolda Dębickiego, miał on zapewnić, że powtórki nagłej akcji strajkowej nie będzie.

Zastrzeżeń do samych związków było zresztą więcej. Radny Mateusz Zwolak przypomniał, że następca Dębickiego – notabene ustępujący i broniony obecnie przez załogę eks-prezes Czyrny – także na początku nie miał dobrych notowań u związkowców. – Określał go pan jako przywiezionego w teczce – zwrócił się do Arndta Zwolak, choć nietrudno zgadnąć, że była to raczej wiedza pozyskana przez najbliższy krąg współpracowników prezydenta Bruskiego, którego Zwolak był niegdyś asystentem. – To były dwie zupełnie różne sytuacje – kontrował Arndt. – Pawła Czyrnego wówczas w ogóle nie znaliśmy, o problemach Łukasza Niedźwieckiego ze współpracownikami załoga wiedziała.

W efekcie strajku ZDMiKP poniósł dodatkowe wydatki w wysokości 34 tysięcy złotych. Posłużyły do wypełniania luk po brakującym taborze. Z drugiej strony, do kasy MZK nie wpłynie ponad 200 tysięcy złotych jako konsekwencja niewykonania usług przez dziesięć godzin. Radni podnosili również koszty społeczne. – To, co usłyszałem od mieszkańców Fordonu na przystankach już po ogłoszeniu strajku, nie nadaje się do powtórzenia – zaznaczał wiceprzewodniczący rady miasta Lech Zagłoba-Zygler (PO), twierdząc, że mieszkańcy nie potrafili zrozumieć decyzji pracowników MZK. Radni opozycji mieli na to przygotowaną odpowiedź i argumentowali, że wielu mieszkańców ze zrozumieniem podeszło do działań pracowników spółki, a ci ostatni po fakcie przeprosili za niedogodności.

Jak zapewnił prezydent Bruski, konsekwencją strajku sprzed kilku dni jest również przygotowywany program zapobiegania paraliżowi komunikacyjnemu w przyszłości. – Wówczas chcemy być gotowi na każdą ewentualność przez 24 godzin – zapewnił prezydent.

Powiązane treści