Bydgoszcz
26C
Słonecznie
39% wilgotność
Wiatr: 6km/h S
H 26 • L 26
14C
Sob
14C
Nd
10C
Pon
16C
Wt
17C
Sr
ZDMiKP: Kolizja w pobliżu przystanku Gdańska/Stadion Zawisza. Możliwe są opóźnienia.
Metropolia BydgoskaBydgoszczPolitykaTadeusz Zwiefka: Bardzo mnie denerwuje, że w regionie wszystko kręci się wokół Bydgoszczy i Torunia [STUDIO METROPOLIA]
Tadeusz Zwiefka
16.02.2018 | 10:07

Tadeusz Zwiefka: Bardzo mnie denerwuje, że w regionie wszystko kręci się wokół Bydgoszczy i Torunia [STUDIO METROPOLIA]

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Tadeusz Zwiefka jest europosłem już trzecią kadencję. Nad startem w przyszłorocznych wyborach jeszcze się zastanawia.

Fot. Stanisław Gazda

Z Tadeuszem Zwiefką, europosłem Platformy Obywatelskiej, w kolejnej odsłonie STUDIA METROPOLIA rozmawiamy o rywalizacji – krajowej i lokalnej – z PiS-em i wewnątrz PO, o zmęczeniu batalią bydgosko-toruńską w regionie i o tym, dlaczego Ryszard Czarnecki i Viktor Orban musieli odejść – jeden z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, drugi – od dotychczasowej polityki.


CZYTAJ TAKŻE » STUDIO METROPOLIA co piątek na MetropoliaBydgoska.PL. Więcej wywiadów


– Za panem debiut na cyklicznych spotkaniach prezydenta Rafała Bruskiego z parlamentarzystami.
– To prawda.

– Podobno niektórzy na korytarzach ratusza aż łapali się za serce, tak dawno pana nie widzieli w Bydgoszczy.
– A to dość dziwne, bo przynajmniej z prezydentem Bruskim spotykam się dość regularnie. Zawsze staram się przypominać, że moim miejscem pracy jest Bruksela, a okręgiem – całe województwo. I choć bardzo kocham Bydgoszcz i byłem z nią mocno związany, gdy byłem szefem PO w mieście, to muszę myśleć o całym regionie. A wyborcy wybrali mnie nie po to, żebym paradował po lokalnych urzędach, ale pracował w Brukseli.

– Sytuacja Platformy Obywatelskiej jest na tyle stabilna, że europosłowie nie muszą zajmować się krajową częścią polityki?
– 
Zależy, co rozumiemy przez słowo „stabilna”. Od początku starałem się uświadamiać wszystkich, że – choć mam świadomość obowiązków politycznych w kraju – to mamy inny harmonogram pracy niż posłowie do polskiego sejmu. Pracujemy od poniedziałku do czwartu czy piątku każdego tygodnia z wyjątkiem wakacji czy świąt – Wielkanocy czy Bożego Narodzenia. Zresztą, później słyszę od mieszkańców: A co robią europosłowie, których codziennie widać w naszym sejmie?

– A uspokaja pana w Brukseli głos Grzegorza Schetyny, który mówi, że po przejęciu władzy pomnik smoleński zostanie rozebrany?
– Nie lubię komentować czegoś, czego nie słyszałem. Ale jeśli coś jest robione na siłę, wbrew obowiązującym przepisom, to jakaś reakcja musi być. Nie sądzę jednak, że ktokolwiek chce coś faktycznie rozbierać, raczej przenieść w inne miejsce. Mamy tu do czynienia z wolą pewnego polityka, który mówi, że pomnik tutaj będzie stał i koniec. A właśnie taka upartość i podejście jest źródłem wielu naszych problemów.

– Sondaże tego nie potwierdzają – mówiąc kolokwialnie, wam nie rośnie, PiS-owi nie spada.
– Znam przynajmniej niektóre powody takiego stanu rzeczy i na pewno nie uspokajają mnie w myśleniu o pozycji mojej partii. Jednak dopiero wybory samorządowe będą sondażem faktycznego poparcia. Choć na razie problemem może być sam udział Polaków w wyborach. Sondaże są, jakie są, nie zaklinamy rzeczywistości. Ale czy ktoś robił PiS-owi wyrzuty kilka lat temu, gdy PO po roku czy dwóch rządów miała prawie 50 procent poparcia, a PiS – kilkakrotnie mniej?

– Do wyborów jednak niewiele ponad pół roku i wypadałoby mieć jakiś masterplan, jak tę tendencję odwrócić.
– Proszę zauważyć, że badania preferencji opierają się na pytaniu – na kogo pan/pani zagłosowałby, gdyby wybory do parlamentu odbyły się w najbliższą niedzielę. Na podstawie tych badań nie da się przewidzieć wyników wyborów lokalnych, gdzie głosujemy na burmistrzów czy prezydentów, osoby nam o wiele bliższe niż parlamentarzyści z Warszawy. Inną wagę, choć nie zawsze jest to słuszne podejście, nadajemy tym, którzy rządzą lokalnie. Maraton wyborczy może mieć różne oblicza.

– Pan jest spokojny o wynik kampanii samorządowej?
– Każda niesie za sobą jakąś trudność. Ale jednak łatwiej jest rozliczyć kogoś, kto odpowiadał za gminę, powiat czy województwo, niż posła będącego tylko elementem klubu politycznego w parlamencie. Łatwiej pokazać, czy ktoś robił coś dobrze czy źle. A w kampanii należy pokazać nie tylko, co się zrobiło, ale również to, co się planuje na kolejnych kilka lat. Po spotkaniu z prezydentem mam przekonanie, że ta prezydentura jest nacechowana konkretnymi działaniami.

– Na poniedziałkowym spotkaniu nie pojawił się jednak żaden nowy temat.
– I właśnie na tym polega różnica między oczekiwaniem medialno-społecznym a realiami. A co nowego miał pokazać prezydent Bruski? Ja jestem pełen podziwu dla prezydenta i rady miasta, że rysują perspektywę z takim wyprzedzeniem, a także za to, co już wykonali i na co tak długo gromadzili środki.

– Pan mówi o tej samej radzie, która przez ponad rok nie potrafiła wprowadzić w życie ustawy dekomunizacyjnej?
– Nie pochwalam takiego stanowiska rady. Nie wiem, czy zapomniała, że trzeba ją wykonać czy nie chciała jej wykonać…

– Teraz to wygląda tak, że przez lata nic nie zrobiono w tym kierunku, a teraz sprzeciwiamy się na siłę, bo wprowadza ją PiS.
– PiS nie przegłosował tej ustawy…

– No właśnie, zrobiła to też Platforma.
– Jest mi przykro, a mogę też powiedzieć, że jest mi głupio, że nie wykonano zapisów tej ustawy. A można to było zrobić, nie czekając na ostatni moment i decyzję wojewody.

– A teraz, gdy wojewoda czy wojewodowie zmieniają nazwy ulic według własnego klucza i decydują, że w Bydgoszczy będzie ulica Lecha Kaczyńskiego, podnosi się larum. To jest ten styl polityki, który ma dać PO zwycięstwo?
– Od pewnego czasu bardzo jednoznacznie mówię, że bycie antyPiS-em to jest za mało. PO musi mieć swój program, przedstawić sposoby jego realizacji i tak pozyskać wyborców, bez względu na to, czy będą to wybory lokalne, do sejmu czy Parlamentu Europejskiego. Jeśli mówimy o wyborach lokalnych, to musi być to program regionalnej Platformy. Choć w regionach ludzie są różni. Możemy się kłócić, ale finalne decyzje trzeba realizować.

– PO w naszym regionie to monolit? Czytając posła Tomasza Lenza, który uważa, że celowo osłabia się Urząd Celno-Skarbowy w Toruniu, żeby go przenieść do Bydgoszczy, śmiem wątpić.
– Mógłbym odbić pytanie innym – czy którakolwiek partia w wymiarze regionalnym to jest monolit. Ani PO, ani PiS, ani żadna inna w wymiarze lokalnym to nie jest monolit. Bo realizuje potrzeby czy interesy swojego miasta.

– Ale, skoro pan mówił o tym, że antyPiS to za mało, nie ma pan wrażenia, że bycie antytoruńskim w Bydgoszczy i antybydgoskim w Toruniu – też?
– Właśnie chciałem powiedzieć, że ten konflikt bydgosko-toruński jest głównie podsycany medialnie i politycznie. To szukanie dziury w całym, żeby skłócić obie społeczności. O wiele lepszym rozwiązaniem byłaby otwarta debata, jak funkcjonować i zbliżać się wzajemnie. To jest pozytywne podejście. Negatywne wywodzi się głównie z rywalizacji sportowej – w hokeju czy żużlu. Rywalizacja powinna być zdrowa, a nie w kontrze do logiki. Na zasadzie małego misia, liczy się to, co będę miał w małej skarboneczce.

– A gdy poseł Lenz mówi jednym głosem z posłanką Anną Sobecką, to to się przysłuży PO?
– Nie jestem przeciwnikiem mówienia tym samym głosem z przedstawicielami innych partii w sprawach ważnych w wymiarze lokalnym. Dlatego tak sformułowane pytanie jest bezzasadne, powinniśmy skupić się edukacji i mówić, że taka współpraca jest potrzebna. Przeciwnik polityczny nie zawsze jest niemądry czy niedobry. Takie założenie to strzał we własne kolano.

– Bydgoska PO nie ma łatwego życia – nie dość, że musi walczyć z – dajmy na to – bydgoskim PiS-em, to jeszcze toruńską PO.
– Czasami musi walczyć z czymś, co jest nierozsądne. Ale nie można wszystkiego sprowadzać do kategorii ringu. To najszybszy sposób, żeby się pogubić. Różnice zdań na linii Bydgoszcz – Toruń zdarzały się i będą się zdarzać. Chociażby w kwestii powstania Uniwersytetu Medycznego, siedziby Prokuratury Apelacyjnej czy urzędu celnego. Ale nie powinno być tak, bo to bezsensowne, że mówimy: Albo u nas, albo nigdzie. Bo wtedy tracimy jako region. Możliwe jest pokojowe współistnienie Bydgoszczy i Torunia. I wzajemne się uzupełniane. Skoro mamy fantastyczną operę w Bydgoszczy, to logiczne, że jest ona niepotrzebna w Toruniu. I nie ma potrzebny budowania kolejnego portu lotniczego, skoro taki od lat funkcjonuje w Bydgoszczy. W końcu to port regionalny, nie miejski. Należy umożliwić dostęp do niego jak największej liczby mieszkańców – także z Grudziądza, Inowrocławia.

– Czy dzisiaj mamy etap takiego pokojowego współistnienia?
– Czasami tak. Zobaczmy, chociażby powstał ZIT.

– Nie wszystkim się to podoba.
– A cóż takiego złego się stało?

– U niektórych polityków czy środowisk alergię wywołuje już zapis „bydgosko-toruński”.
– Potępiam to całkowicie. Różne fobie i animozje można kreować. A przecież oba miasta są elementem szerszej układanki. Mnie bardzo denerwuje, że w województwie wszystko toczy się wokół Bydgoszczy i Torunia. Jak gdyby nie było innych miast. To jedyny temat? Kompletny bezsens.

– Protestowali przeciwko temu swego czasu już prezydenci pozostałych dużych miast regionu.
– Bo nikomu sytuacje konfliktowe nie mogą się podobać. Szczególnie, jak jest się rozsądnym i patrzy na skoordynowany rozwój regionu, a nie tylko dwóch miast. Dla wielu mieszkańców, proszę mi wierzyć, animozje Bydgoszczy i Torunia to jest przymrużenie oka, nie odbierają oni tego jako coś ważnego. Oba miasta są ważnymi ośrodkami regionu, a stało się tak, że władze publiczne mamy rozdzielone. Czy to źle, że w Bydgoszczy urzęduje wojewoda, a marszałek – w Toruniu? Czy urząd marszałkowski powstał dla Torunia?

– ?
– Nie, dla województwa. A czy wykonuje on właściwie swoje zadania, to już pole do oceny dla nas.

– Nie docierają do pana żadne głosy niezadowolenia z Szubina, Nakła, Kcyni czy Tucholi?
– Zawsze docierają jakieś skargi. Mamy bowiem taką przypadłość, że nawet spore sukcesy odbieramy jako coś naturalnego. Budżet i rozdział funduszy ma jednak swoje ramy. Oczywiście, znam perspektywę bydgoską i poczucie poszkodowania przy podziale środków unijnych. Gdy przeliczymy sumę wsparcia na jednego mieszkańca, rzeczywiście Bydgoszcz wypada niesprawiedliwie. Ale to się zmienia na lepsze. Warto też spojrzeć szerzej, nie na prosty podział zainwestowanych środków, ale efekt ponadmiejski.

– Linii kolejowej 356 marszałek mówi konsekwentnie: „Nie”.
–  
I tutaj też nie zgadzam się z podejściem marszałka. Nie jesteśmy wyspą, jakimś terytorium wydzielonym. Wygodne połączenia z sąsiadami powinny być priorytetem. Z uwagi na ekonomię, edukację czy historię.

– Zwłaszcza że lepszej okazji niż w obecnej perspektywie finansowej nie będzie.
– Co prawda nie chcę wyrokować, ale wydaje mi się, że ma pan rację. Już nie dostaniemy tak dużych środków jako kraj czy region. Dlatego też apeluję wszędzie o maksymalne wykorzystanie funduszy pomocowych. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby któryś kraj wykorzystał je w 100 procentach, ale to nie znaczy, że nie można próbować.

– Czeka nas tąpnięcie funduszy po 2020 roku?
– Nie używałbym słowa „tąpnięcie”. Po pierwsze dlatego, że nie wiadomo, jak wielki będzie budżet Unii. Dzisiaj wiemy jedno…

– Będzie niższy.
– Inny. Będzie mniejszy o składkę Wielkiej Brytanii, ale nie wiemy, na co zgodzą się kraje członkowskie. A na ten temat toczy się gorąca debata. Jeżeli obecnie płacą niecały jeden procent PKB wkładu do unijnego budżetu, to teraz mamy trzy propozycje – 1,1, 1,2 lub – co forsuje najbardziej hojny Parlament Europejski – 1,3 proc. PKB. Nie wiemy, na który wariant się zdecydują. Na pewno wieloletnie ramy finansowanie będą inne, zmienią się też priorytety wydatkowania. My, będąc od 14 lat w Unii Europejskiej, spożytkowaliśmy i nadal wydajemy pieniądze głównie na fundusze strukturalne, które mają eliminować zaszłości i okres niedoinwestowania. Ale to się niebawem skończy.

– Przeciwnicy aktualnego rządu mówią, że przez jego działania dostaniemy jeszcze mniej niż moglibyśmy.
– Na to mają wpływ dwie kwestie. Aktualna praca nie jest – co podkreślam – skierowana na Polskę, ale ma dotyczyć wszystkich państw wydatkujących wspólne środki w przyszłości. Otrzymanie pieniędzy ma być bowiem ściśle powiązane z przestrzeganiem praworządności…

– Ale sytuacja w Polsce była spiritus movens?
– 
Raczej sytuacja na Węgrzech, choć Polska się do tego także przyczyniła. A teraz dokłada się Rumunia, Malta… Drugi element ma wymiar bardziej praktyczny. Chodzi o aktywność rządu na forum europejskim, a ona jest – za rządów PiS – beznadziejna, to jest koszmar. Zarówno chodzi o aktywny udział w pracach instytucji wspólnotowych, jak i budowaniu realnych sojuszy, dzięki którym moglibyśmy realizować nasze projekty i oczekiwania. Tego nie ma. I to powinna być podstawa do zmiany funkcjonowania polskiego rządu.

– Ale rząd mówi wprost – prowadzimy w końcu suwerenną politykę i UE się to nie podoba.
– To kompletna bzdura. Przecież każdy kraj prowadzi taką politykę i nie słyszę, żeby się to unii nie podobało. Tłumaczenia i lansowanie tezy, że unia wymyśla jakieś sprawy, byle tylko uderzyć w Polskę, nijak się mają do rzeczywistości. Chociażby traktowanie odwołania Ryszarda Czarneckiego z funkcji wiceprzewodniczącego parlamentu jako atak na Polskę.

– A to była dobra decyzja?
– Absolutnie słuszna. Zresztą, nie sprowadza się ona wyłącznie do konfliktu słownego i zupełnie nieuzasadnionych słów pod adresem pani Róży Thun, ale licznych wypowiedzi przeciwko europejskim instytucjom czy konkretnym osobom, jak wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frank Timmermans. Ale słowa w stosunku do pani Thun przelały czarę goryczy.

– Pan też zagłosował inaczej niż Róża Thun w szeroko komentowanym głosowaniu nad rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie praworządności w Polsce (Tadeusz Zwiefka wstrzymał się od głosu – dod. red.). Nie miał pan zarówno jej, jak i pozostałym pięciu osobom reprezentującym PO tego za złe?
– Miałem i wyraźnie to mówiłem. Rzeczywiście, w naszym klubie były na ten temat różne podejścia. Rozumiem poglądy każdego z nas, ale są sytuacje, w których – a nie są to sytuacje zbyt częste – powinniśmy być jednorodni w przekazie. A tutaj tego zabrakło. Wierzę jednak, że ta sytuacja przyniesie pozytywne efekty w przyszłości w kolejnych głosowaniach. Nie może być między nami rozbieżności, bo to decyduje o wyrazistości – bądź jej braku – partii.

– Czyli szóstka posłów PO nie zaatakowała naszego kraju?
– Na pewno nie. Nie może być jednak rozbieżności wśród nas w kwestiach zasadniczych, bo gdybyśmy zawsze w głosowaniu mieli kierować się tylko indywidualnym przekonaniem, daleko byśmy nie dotarli. Nie można jednak sprowadzać kwestii ewentualnego uruchomienia artykułu 7 traktatu do krytykowania kraju, i to jakiegokolwiek. To jest ocena polityku obecnego rządu i tylko rządu. Unia zwraca uwagę – czas się zatrzymać, nie można łamać reguł i – co najważniejsze – swojej konstytucji.

– Udało się kolportować taki przekaz do kraju. Absolutnie nie mam o tym przekonania.
– To jest grzech pierworodny jeszcze z 2004 roku. Nie prowadziliśmy takiej kampanii edukacyjnej, że bycie członkiem unii sprowadza się do finansów i funduszy. To także podzielanie wspólnych wartości i wywiązywanie się z obowiązków. Strasznie trudno dotrzeć jednak z takim przekazem, bo to są rzeczy często abstrakcyjne. I nawet dla wielu dziennikarzy zwyczajnie nieatrakcyjne.

– Co więc zmieniło listopadowe głosowanie?
– Głosowanie nie wszczynało żadnej procedury, bowiem parlament nie ma do tego uprawnień. Komisja jednak, ogłaszając podjęcie działań na temat praworządności w Polsce, przekazała tę sprawę do Rady Europejskiej. Parlament może się w tej sprawie wypowiedzieć, czy takie czy inne działania popiera, ale w tej chwili ciężar rozstrzygania spoczywa na Radzie. Gdzie, jak wiadomo, zasiadają przedstawiciele państwo członkowskich.

– Czy my w tej dyskusji możemy liczyć na kolejnych sojuszników czy zostają nam jedynie Węgry? Jeśli zakładamy, że zostają.
– Viktor Orban jest sprawnym i sprytnym politykiem, potrafi sobie owinąć ludzi wokół palca i aktualnie owija polityków PiS. Warto przypomnieć, że to Polska wiodła prym w Grupie Wyszehradzkiej, a teraz karty rozdaje tam Orban. Oddaliśmy tę pozycję bez walki. Viktor Orban do niedawna głośno protestujący przeciwko przyjmowaniu uchodźców znajdujących się w obozach na terenie Unii, dzisiaj wyraża gotowość do ich przyjmowania. Ten sam Orban, który był przeciwnikiem wprowadzenia euro, dzisiaj ogłasza gotowość dołączenia do strefy.

– Polityczny cynizm?
– Nie do końca cynizm, na pewno spryt. Na pewnym etapem takie stanowiska były mu potrzebne, ale dzisiaj widzi on, że to już mu nic nie daje. Szuka więc rozwiązań akceptowalnych przez UE, a nieprzynoszących mu szkody. Bo przyjęcie dwóch czy trzech tysięcy uchodźców taką nie może być. Podobnie jak euro, które będzie niebawem jądrem całej UE. Warto przypomnieć zresztą, że jest to wypełnienie Traktatu z Maastricht, który mówi jasno, że Unia to porozumienie gospodarczo-walutowe. Orban, będąc sprawnym, czasami cynicznym, ale efektywnym politykiem, tak moderuje swoją polityką, że nie wyrzuca swojego kraju na pobocze. A polski rząd, w szczególności rząd Beaty Szydło, zostawił nas na marginesie UE. Sami postawiliśmy się w sytuacji, gdy nasz głos jest ledwie słyszalny albo nie ma go w ogóle. Może to podejście zmieni się po zmianie premiera, ale zmiana musi być szczera i uczciwa. Jeżeli to jest działanie wyłącznie na potrzeby wizerunku, to nikt tego na Zachodzie nie kupi.

– Ale rząd nie ma powodów, żeby zmieniać kurs. Wyborcom aktualny się podoba.
– Ale to się w końcu wywróci i przestanie podobać.

– Kiedy?
– Jak tylko okaże się, że naprawdę jesteśmy zmarginalizowani, że być może przestaniemy być członkiem Unii, wrócą wielogodzinne kolejki na granicach i nie będziemy mogli jeździć, uczyć się i pracować, gdzie chcemy. Nie otrzymamy też dodatkowych funduszy na rozwój, a nasze bezpieczeństwo będzie ułudą.

– Polexit to jest realny scenariusz?
– Deklaracje polityków, szczególnie Jarosława Kaczyńskiego, są takie, że nie opuścimy Unii. Ale ostatnio słyszę z ust polityków PiS, że to Unia chce nas ze swoich struktur wypchnąć, bo Polska wstała z kolan i stała się zagrożeniem dla wielu krajów. Większej głupoty i idiotyzmu nie słyszałem. Nawet, jeśli nie ogłosimy wyjścia z UE jak Wielka Brytania, to nie będziemy realizować realnych oczekiwań naszego kraju. Prowadzona od dwóch lat polityka nieliczenia się z nikim i niekonsultowania niczego spycha nas na margines. A przecież jesteśmy krajem, który na arenie międzynarodowej doceniono. Chociażby powierzając Polakom dwie z trzech najważniejszych funkcji w Unii – przewodniczącego parlamentu i Rady. To nie jest tak, że siedzimy przy karcianym stole, przychodzą Niemcy i wyciągają kartkę z takim czy innym przewodniczącym. Te nominacje to dowód uznania i szacunku – zarówno dla wybranych, jak i dla Polski. A my nawet z tego nie potrafiliśmy się cieszyć.

– Papierkiem lakmusowym, czy potrzebna jest zmiana polityki, będą przyszłoroczne wybory.
– Na razie toczy się głównie dyskusja o Polsce, ale zbliża się koniec perspektywy finansowej. Nikt nie będzie się oglądał na to, czy Polsce coś się podoba czy nie. Jeśli nie będzie nas przy stole negocjacyjnym, gdzie będą zapadały decyzje, to Europa pójdzie dalej w tempie trzy razy szybszym niż my. I może się okazać, że dla nas będzie już za późno. Będzie można próbować to nadrobić, ale to znowu potrwa lata.

– Jeżeli sprowadzimy unijną dyskusję głównie do finansów, to rząd użyje argumenty, że nikt nas nie będzie kupował.
– Raczej oczekuję innej argumentacji – jeżeli będą mniejsze pieniądze, to jest to kolejna kara. A Unia to takie beznadziejne towarzystwo, co tylko wymaga, chce nas karać, a przecież fundusze się nam należą. Proszę sobie przypomnieć, co mówili politycy PiS, gdy w 2011 roku rząd Donalda Tuska finalizował rozmowy w sprawie funduszy unijnych w nowej perspektywie. Pamięta pan? Główna narracja była taka – nie ma za co chwalić rządu i premiera, bo to się nam należy. Jeśli dzisiaj rząd będzie prezentował takie podejście, to życzę sukcesów we wdrażaniu takiej filozofii. PiS-owi się wydaje, że wszystko może. W Polsce – pewnie tak, bo ma taką przewagę, że może przegłosować wszystko jak chce i o której chce. Ale w Unii nikt nikogo nie będzie pytał o zdanie, jeśli zabraknie go przy stole rozmów.

– Czy to znaczy, że możemy obawiać się, że na niektóre plany inwestycyjne zabraknie w regionie środków?
– Jedynie, gdy mówimy o przewidywanych inwestycjach, a nie tych zaplanowanych. Bo na te ostatnie środki były i są zabezpieczone. Ale jeśli nie będziemy brali zasadniczego udziału w podziale unijnego tortu, a struktura wydatków zmieni się, to na pewno możliwości realizacji marzeń rozwojowych będzie zdecydowanie mniej.

Powiązane treści