Bydgoszcz
0C
Niebo głównie zachmurzone
82% wilgotność
Wiatr: 6km/h E
H 0 • L 0
-4C
Czw
-4C
Pt
1C
Sob
3C
Nd
-2C
Pon
Metropolia BydgoskaBydgoszczTurystykaUrlop niewypoczynkowy
eastern classic on tour - nadesłane (3)
06.10.2017 | 06:50

Urlop niewypoczynkowy

Na zdjęciu: Podróż trwała trzy tygodnie.

Fot. Eastern Classics

Co można zrobić w wakacje? Leżeć na plaży. Pojechać w góry. Wybrać się na wycieczkę po Europie. Można też przemierzyć kilkanaście tysięcy kilometrów samochodami z epoki komunizmu.

Tekst pochodzi z wrześniowego wydania czasopisma MetropoliaBydgoska.pl. Zobacz cały numer!

Na spotkanie w naszej redakcji Karol, Robert i Tomek kolejno docierali spóźnieni. – Jeśli umawiasz się z użytkownikiem UAZ-a, to nie możesz liczyć na punktualność – stwierdzili. I wiedzieli, co mówią, bo w sierpniu wraz z grupą przyjaciół pokonali radzieckimi terenówkami drogę z Bydgoszczy do Kirgistanu.

Skoda się nie zepsuła. Nie zdążyła?

Robert wyruszył w podróż organizowaną przez ekipy z Bydgoszczy i Tczewa skodą forman. Reszta ostatecznie pojechała dwoma UAZ-ami. Samochód czeskiego producenta szybko okazał się najlepiej przygotowanym pojazdem i gdy inne auta miały awarie, to on jeździł do pobliskich miast po części. W Rosji musiał jednak przedwcześnie zakończyć podróż. – Wyszło nasze zmęczenie – zaczyna opowiadać Robert. – Szukaliśmy gazu. W pewnym momencie Karol nagle przyhamował i skręcił na stację. Kasia, która akurat kierowała skodą, nie spojrzała i też skręciła. A to była podwójna ciągła, na której w dodatku wyprzedzał nas przeładowany MAZ. Na szczęście trafił w najmocniejszy punkt samochodu, więc dla nas skończyło się siniakami, ale skoda już dalej nie pojechała – opowiada Robert, który jeszcze dzień wcześniej, gdy koleżanka przytarła jego auto, śmiał się, że będzie miał pamiątkę z podróży. Skoda musiała zostać w Rosji, została sprzedana za sto dolarów.

Po zderzeniu ekipa Eastern Classics nie ruszyła od razu w dalszą drogę, ale skorzystała z okazji do odpoczynku i przystanęła nad Wołgą, aby dopiero po kilku godzinach pojechać do Kazachstanu. I wtedy okazało się, że – w przeciwieństwie do dróg federalnych – trasa do granicy jest w takim stanie, że podróż znacznie się wydłuży. A trzeba było dojechać w około sześć godzin, bo wiza podróżniczki z Tajwanu, która jechała razem z nimi, kończyła się o północy. – W tej części świata podejście do dróg jest trochę inne. Na przykład, gdy jakaś jest w budowie, to nie robi się ruchu wahadłowego, tylko kierowcy krążą między koparkami – opisuje Robert. Tomek dodaje, że to, co widać na popularnych w sieci filmikach przedstawiających rosyjskich kierowców to… prawda.

W drodze do granicy do polskich podróżników podjechali miejscowi i zaczęli krzyczeć. – Wyprzedzili nas, kiwali, zatrzymali się. Ale Tomek powiedział, żeby jechać, bo pewnie chcą nas napaść – wspomina ze śmiechem Karol. Jak wyjaśniło się już na granicy, z jednego z UAZ-ów wypadła torba i miejscowi jechali, żeby ją przekazać.

Impreza na końcu świata

Na przejście graniczne podróżnicy dotarli czterdzieści minut przed północą. Tak przynajmniej im się wydawało. – Okazało się, że zmieniła się strefa czasowa i spóźniliśmy się o dwadzieścia minut – opowiada Tomek, który następny dzień spędził w Saratowie, próbując przekonać miejscowych urzędników, aby Pei mogła jechać dalej.

– Rosja to niezbyt przyjazny kraj. Nikt nie wie, co może zrobić, wszystko trzeba byłoby załatwiać w Moskwie. Do tego ludzie. W Kazachstanie i Kirgistanie chętnie pomagali. W Rosji nie – tłumaczy. Gdy on nieskutecznie walczył z rosyjską biurokracją, reszta czekała w przygranicznych Ozinkach, których mieszkańcy, mający już więcej wspólnego z Kazachstanem niż Rosją, sami mówią o tym miejscu jako końcu świata. – Pei martwiła się, że gdy wrócimy z Saratowa, to reszty już nie będzie. A miejscowi urządzili nam imprezę. Samochody, światła, głośna muzyka. Chyba przyszli z myślą o naszych dziewczynach, bo gdziekolwiek byliśmy, to chciano sobie z nimi zdjęcia robić – śmieję się Tomek. Dzień później trzeba jednak było kontynuować podróż bez Pei.

Kazachstan to był już inny świat, inni ludzie. Po przejechaniu 30 km UAZ-y zatrzymały się i zarządzono przerwę na malowniczym stepie. Ważnym przystankiem był też Aralsk. W czasach komunizmu świetnie się rozwijający, dziś – żywcem wyjęty z Mad Maxa. – Po katastrofie ekologicznej nie ma tam rolnictwa, zostali nieliczni ludzie. O godz. 23 facet potrafił biegać za krowami na skrzyżowaniu o wielkości naszego ronda Kujawskiego – opowiada Robert.

„Jedź 700 kilometrów prosto”

W Aralsku pojawił się moment kryzysu i pierwsze myśli, aby przerwać podróż i odpocząć nad jeziorem. – Ostatecznie zdecydowaliśmy się wyjść do miasta. Znaleźliśmy lokal. Z zewnątrz jak nasza Soda, a w środku jak Hotel Pod Orłem. Dzień później mieliśmy jeszcze zobaczyć statki na wyschniętym jeziorze, ale okazało się, że nasi miejscowi przewodnicy nie potrafią ich znaleźć, więc odpoczęliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej – opowiada Robert.

W Kazachstanie droga prowadziła przede wszystkim przez pustynie. – Była raczej monotonna. Nawigacja pokazywała mi, że do najbliższego skrętu w prawo jest 700 km. A po tym jednym zakręcie znowu cały dzień prosto – opowiada Karol. Robert dodaje. – W pierwszą stronę było to fajne. Myśleliśmy: „Wow, super, pustynia, jaki wypas”. Jak już wracaliśmy, to dało się słyszeć. „No nie, znowu ta pustynia”.

Nawet jeśli drogi nie należały do najlepszych, to trudy podróży potrafili wynagrodzić ludzie. W przeciwieństwie do Rosji, w której policjanci mieli zastrzeżenia do podróżników, w Kazachstanie funkcjonariusze starali się pomóc. Do tego stopnia, że kiedy usłyszeli, że Polacy szukają części do UAZ-ów, eskortowali ich do sklepu, następnie do baru, na stację benzynową, a gdy zabrakło pieniędzy, to z włączonymi sygnałami zawieźli dziewczyny do kantoru. Waluty to zresztą szczególna kwestia w podróży. – Kilka razy zdarzyło się pomylić. Płacimy przy kasie, a pani odpowiada, że to Kirgistan, a nie Kazachstan – wspomina Tomek.

Bajka
Szybko po wjeździe do ostatniego w planie podróży kraju okazało się, że warto było przezwyciężyć słabości z Aralska. Kirgistan, w którym można rozbijać namioty w dowolnym miejscu, okazał się najpiękniejszym miejscem. Decyzję o przystanku szybko podjął UAZ, psując się nocą kilka kilometrów po przekroczeniu granicy. Rano okazało się, że za oknami samochodów zobaczyć można niezwykle malowniczy krajobraz. – To jest największa zaleta tego auta. W nocy byśmy przejechali i nawet tego nie zauważyli. Co prawda, trzeba go było naprawić, ale w końcu to jest nasz taki urlop niewypoczynkowy – mówi Karol.

Mieszkańcy Kirgistanu okazali się jeszcze przyjaźniejsi niż Kazachowie i w każdej wiosce tłumnie wychodzili na powitanie podróżnych. W stolicy, Biszkek, byli za to… bardzo pomysłowi. – Na głównej arterii w mieście jest tyle pasów, ile akurat potrzeba. Na przykład rano mogą być cztery do centrum i dwa powrotne, a po południu odwrotnie – opowiada Tomek.

UAZ wrócił. W lepszym stanie

W największym mieście Kirigstanu, po tysiącach kilometrów poszukiwań, udało się w końcu znaleźć wentylator do UAZ-a. – Ten samochód wrócił inny. Tak naprawdę to jest jedyne auto, które z podróży wraca w lepszym stanie niż wyjechało – śmieje się Karol. Przez większość podróży UAZ wymagał mniejszych lub większych napraw, które wiązały się z poszukiwaniem części. – W Kirgistanie potrzebowaliśmy spawacza. Jeden z miejscowych powiedział, że poprosi o pomoc znajomego. On przyjechał i nawet maski nie założył. Tylko okulary przeciwsłoneczne. Ale zespawał – wspomina ze śmiechem Karol.

Awarie UAZ-a były zresztą jedyną okazją w drodze powrotnej, aby zrobić przerwę. – Od niedzieli do piątku jechaliśmy cały czas, żeby zdążyć przed końcem wiz. I udało się – opowiada ekipa Eastern Classics, która już myśli o następnej podróży. – Może znowu pojedziemy do Kirigistanu. Ale tym razem od drugiej strony – zapowiadają. Po powrocie Robert zdążył już kupić nowy samochód, który ma zastąpić skodę. To Buchanka, czyli minibus UAZ-a.

Powiązane treści