Bydgoszcz
2C
Niebo częściowo zachmurzone
76% wilgotność
Wiatr: 7km/h W
H 3 • L 1
1C
Sob
0C
Nd
-1C
Pon
-1C
Wt
-3C
Sr
Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCIDziennik ozdrowieńca. Szczapa o Covidzie
31.03.2021 | 12:51

Dziennik ozdrowieńca. Szczapa o Covidzie

Na zdjęciu: Autor z gorączką oczekujący na karetkę.

Fot. arch. prywatne

Wiedziałem, że przyjdziesz. Robiłem wszystko, żeby ten moment nastąpił jak najpóźniej. Z domu wychodziłem tylko wtedy, kiedy musiałem. Zawsze maseczka, dystans, dezynfekcja. Żadnych gości, spotkań, imprez, wyjazdów. A jednak pętla zaciskała się coraz bardziej, najpierw nie było tygodnia, żebyś nie zjawił się u któregoś z moich znajomych, później nie było dnia, aż w końcu to mnie zacząłeś łamać w kościach.

Ktoś tam umiera, ale nie ja!

Pierwsza reakcja była standardowa: „pewnie to zwykłe przeziębienie”. Nie dawałem po sobie poznać strachu, choć dość panicznie szukałem co kilka sekund węchu i smaku. Gorączkę, na krótko, zbijał paracetamol, domowa apteczka szybko się wyczerpała i trzeba było wejść na drugi poziom gry – zadzwonić do lekarza. Test był oczywistością, oczekiwanie na wynik – kolejną psychologiczną naiwnością. „Może okaże się negatywny….” Nic z tych rzeczy – pozytyw, tak więc mam COVID. Przyszedłeś, muszę się jakoś z tobą zmierzyć.

Mózg uruchomił następne piętra naiwnej nadziei. Z racji, że mam już swój wiek i wagę, piętrzyłem w swojej głowie pozytywne scenariusze. Niestety, nie szły w parze z rzeczywistością. Może przejdę to cholerstwo łagodnie, bezobjawowo? Pewnie obędzie się bez szpitala, tyle lat się udawało, uda się i tym razem. A nawet jak już w tym szpitalu wyląduję, to na obserwację, witaminki, tlen i nic więcej. Fakt, jest COVID, fakt, jest coraz bliżej, fakt, wielu na niego umiera, ale to nie dotyczy mnie, tylko kogoś.

Jadę przez miasto z Grzegorzem Piórkowskim

Dzień później w drzwiach mojego mieszkania stanęli ratownicy z pogotowia. Dali zastrzyk, orzekli, że to jeszcze nie moment, żeby zabrać mnie do szpitala. Kiedy wyszli, choć już powoli łapałem tlen z powietrza jak śnięta ryba, byłem szczęśliwy. Czyli nie jest ze mną aż tak źle, jeszcze nie szpital…

Te mrzonki rozmyły się dzień później w gęstym powietrzu najnowocześniejszej w Polsce karetki pogotowia, którą teraz oglądałem już nie na zdjęciach w gazecie, a od środka, leżąc na ultranowoczesnych noszach. Panowie ratownicy i lekarz, szczelnie zakryci jak strażacy z Czarnobyla, gnali ze mną przez miasto w kierunku ulicy Floriana.

Wiele razy, jako kierowca, ustępowałem miejsca temu ambulansowi ze zdjęciem ratownika Grzegorza Piórkowskiego (patron karetki, ratownik, który zginął na motocyklu podczas służby) na bocznych ścianach. Zawsze zastanawiałem się dłuższą chwilę, komu akurat ratują życie. Tym razem ratowali mnie.

„Romanowski! Mamy cię zapiąć w pasy?”

Przez całą drogę wracałem we wspomnieniach do marcowego poranka sprzed 53 lat. Wtedy też jechałem przez miasto karetką do tego samego szpitala, mało tego – na ten sam oddział! Miałem 13 lat i zakaźną żółtaczkę. Pan doktor z sanitariuszem, pewnie w jakiejś wysłużonej Nysie, przez całą drogę rozmawiali o wybuchu na Zachemie. Pamiętam to jak dzisiaj: „W gazecie pisali, że zginął jeden robotnik, a kilkunastu jest rannych. Gówno prawda. Przecież w pięćdziesiątym drugim też tak wybuchło, sto domów runęło, 15 trupów. Nie wierzę, że teraz tylko jeden ….”

W mojej dziecięcej głowie powstał scenariusz, że szpital, do którego mnie wiozą, będzie pełen rannych, dokładnie jak na filmach wojennych. Nie chciałem wychodzić z karetki, aż pan doktor sucho warknął: „Romanowski! Dalej! Mamy cię w pasy zapiąć? Na oddział! To tylko żółtaczka, nic ci nie będzie, kilka dni i do domu!”

Rzeczywiście, tydzień później biegałem z kumplami na dzielnicy. Tych nieprzespanych nocy w „Zakaźnym” nigdy jednak nie zapomnę. Trauma na całe życie.

Tlen jak narkotyk

Dzisiaj Szpital Zakaźny w niczym nie przypomina tego sprzed 53 lat. Tylko widok z okna mniej więcej miałem taki sam. Cały personel to święci ludzie, anioły z niewyczerpującą się cierpliwością. Bije od nich oddanie, profesjonalizm, zwyczajna życzliwość i dobroć. Widać ją w oczach zakrytych pleksą przyłbic. Nawet jedzenie, o które się bałem naszprycowany internetowymi doniesieniami o szpitalnych kulinariach, jest bardzo smaczne i przypomina domowe.

Oczywiście pobyt na covidowym oddziale to żadna sielanka. Wciąż masz nadzieję, że to nie ciebie wywiozą na OIOM, że to nie tobie zabraknie oddechu, że nie ty powiększysz codzienną statystykę zgonów. Tutaj śmierć nie czai się gdzieś daleko, w telewizorze, w innym mieście, na innym osiedlu. Jest na wyciągnięcie ręki, wisi w powietrzu i co jakiś czas zniża się nad łóżko, żeby kilka godzin później zajął je z nadzieją następny nieszczęśnik.

Na wyniki każdych badań czekasz jak na wyrok. Idzie ku lepszemu, stagnacja, czy się pogarsza? I ten moment, kiedy dostajesz tlen. Nie da się go z niczym porównać.

Nagle uświadamiasz sobie, jakim darem jest to, czego codziennie kompletnie nie zauważasz – oddychanie. Możliwość dojścia samemu do toalety. Zawiązanie samemu butów. Zrobienie kilku kroków.  Spojrzenie na miasto z okna samochodu, a nie ze szpary w karetce.

Nie lekceważ!

Jeszcze jestem słaby, dwa dni temu przewróciłem się w drodze do łazienki. Jeszcze długo sam nie wyjdę z domu, po covidowym zapaleniu płuc  pewnie będę wracał do pełnej sprawności przez wiele miesięcy. Piszę ten felieton i zerkam jednym okiem na TVN 24. Poseł Grzegorz Braun demonstracyjnie, bez maseczki, tłumaczy coś z bliskiej odległości sejmowemu strażnikowi. Kpi sobie nie tylko z zasad, ze zdrowego rozsądku, kpi też z mojego cierpienia i ze śmierci tych tysięcy ludzi, których zabił COVID. Teraz już tak na to patrzę – nie przestrzegasz zasad, nie masz w sobie solidarności społecznej, zabijasz. Pośrednio, ale z premedytacją. Uderzasz w nas, uderzasz w ten wspaniały personel medyczny, uderzasz w swoich dziadków, rodziców, sąsiadów. Pamiętaj o tym kiedy za oknem czuć już wiosnę, kiedy w powietrzu pachnie Świętami. Za chwilę i w twoim powietrzu, jeśli tylko będziesz miał szczęście i je złapiesz, może pachnieć kroplówką, tlenem, a nawet śmiercią.

Wiedziałem, że przyjdziesz. Z twoich odwiedzin wyszedłem w jednym kawałku, osłabiony, ale też mądrzejszy. Nie wiem kiedy znikniesz i jak zmienisz nasz świat. Wiem, że po tobie, po Covidzie, już nigdy nic nie będzie takie samo.

4.1 15 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Byd_Man
Byd_Man
8 miesięcy temu

Rewelacja. Nie polecam nikomu próby covidowej. Niestety tekst w takiej formie nie dotrze do sporej części społeczeństwa, która twierdzi że najważniejsza jest ich wolność, a maseczka im ją ogranicza. Smutne, że empatia i wzajemny szacunek ustąpiły miejsca przekleństwom i wzajemnemu szczuciu na siebie ludzi przez polityków. Szkoda, że partyjny interes obu stron barykady staje ponad interesem społecznym. Namawianie do łamania prawa jako protest antyrządowy odbija się na najsłabszych. A prawo robione na kolanie też służy interesom partyjnym, a nie ogólnonarodowym. Wyślijmy wirusa razem z politykami na pierwszą załogową misję na Marsa. Może zapanuje u nas spokój i wzajemny szacunek, po… Czytaj więcej »

Wiesław
Wiesław
8 miesięcy temu

Niestety. Nie musisz mnie o niczym przekonywać. Brat Ani nie żyje(wczoraj). Dużo zdrowia.

Tomasz
Tomasz
6 miesięcy temu

Pozdrawiam wszystkich z placu boju z Kathmanu. Dopadł mnie covid ,zapalenie płuc. Może wyjdę z tego. Leżę w szpitalu w Nepalu. Trzymajcie się w zdrowiu. Tomek Zaboklick

Powiązane treści