Bydgoszcz
-1C
Słonecznie
80% wilgotność
Wiatr: 7km/h E
H -1 • L -1
-4C
Czw
-5C
Pt
2C
Sob
3C
Nd
-2C
Pon
Metropolia BydgoskaAKTUALNOŚCILepper zamordowany, czyli jak propaganda zabija zdrowy rozsądek [Kowalski na dobry tydzień]
Andrzej_Lepper_in_his_office_2002_(2)
05.03.2018 | 08:53

Lepper zamordowany, czyli jak propaganda zabija zdrowy rozsądek [Kowalski na dobry tydzień]

Pamiętam zablokowane bydgoskie ulice, korek aut przed lotniskiem. Przewodniczący Lepper przyleciał samolotem ze stolicy, by otworzyć biuro Samoobrony przy Gdańskiej - wspomina Marcin Kowalski.

Na zdjęciu: Andrzej Lepper zmarł w 2011 roku.

Fot. wikipedia (CC)

Przewodniczący ubiera dres. Spogląda na stertę wezwań do zapłaty, postanowienia o egzekucjach komorniczych, ponaglenia. I zakłada pętle na szyję.  Nie dajmy sobie wmówić, że było inaczej!

Marcin Kowalski

Czy twoim zdaniem Andrzej Lepper został zamordowany, a następnie upozorowano jego samobójstwo? Takie pytanie zadali tydzień temu reprezentatywnej[KW1]  grupie dorosłych Polaków ankieterzy z platformy Ariadna. Wyniki porażają. Przytłaczająca większość z nas ma w tej prostej jak drut sprawie kompletnie wyprane mózgi.

Tylko 9 procent ankietowanych uważa, że nie było żadnego morderstwa, Lepper się powiesił i nikt mu w tym nie pomógł. Z tej liczby jeden procent to „zdecydowanie przekonani”, impregnowani na kłamstwo i manipulację. 62 proc. ogółu upiera się, iż przywódcę Samoobrony ktoś zabił, a później, jak rozumiem, zwłoki powiesił na haku od worka bokserskiego i, dla zmyłki, na szyję założył pętle ze sznura. 23 proc. jest do takiego scenariusza „zdecydowanie” przekonanych. Głupota nie ma w tym badaniu barw partyjnych. W mord wierzy 59 proc. wyborców PiS-u (to nie dziwi), ale dokładnie taki sam odsetek elektoratu Nowoczesnej, i aż 56 proc. popierających Platformę Obywatelską.

Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Na wyjałowionej od myślenia glebie, różnej maści internetowi hochsztaplerzy, dziennikarskie hieny z brukowców, pseudo publicyści prawicowego ścieku, skretyniali politykierzy, zasiali powój, który po siedmiu latach od samobójstwa Leppera wydaje plon stukrotny. Pamięć o prymitywnym watażce wielokrotnie skazywanym za pospolite przestępstwa, niszczącym nieswoje mienie i nie płacącym swoich długów, opluwającym publicznie uczciwych ludzi, zamieszanym w skandale seksualne patronie armii zdziczałych warchołów zachowujących się gorzej niż świnie w patyku, niepokojąco zamienia się w kult. Ten proces będzie się pogłębiał, skoro już ponad 62 proc. Polaków, rozważając o końcu Leppera, odstawiło na półkę myślenie.

Byłem w biurze Samoobrony przy Alejach Jerozolimskich 6 sierpnia 2011 roku. Jako dziennikarz Gazety Wyborczej zrekonstruowałem co do minuty ostatnie 24 godziny z życia zdegradowanego chłopskiego przywódcy. Z opowieści najbliższych współpracowników, rodziny, sąsiadów, wrogów i przyjaciół, zwolenników i przeciwników, wyłonił się obraz pogrążonego w długach, przygniecionego klęskami, nieprawdopodobnie samotnego. Kilka lat wcześniej był wicemarszałkiem Sejmu, wicepremierem, filarem układu rządzącego. Rozdawał stanowiska i apanaże, każde jego skinięcie śledzili dziennikarze, gotowi na jedno skinięcie przewodniczącego stawić się z kamerami w każdym wskazanym przez niego miejscu i czasie. Pamiętam zablokowane bydgoskie ulice, korek aut przed lotniskiem. Przewodniczący Lepper przyleciał rządowym samolotem ze stolicy, by otworzyć biuro Samoobrony przy Gdańskiej. Kawalkada rządowych limuzyn przemknęła na kogutach przez miasto.

Ten sam Lepper, który w połowie lat 90-tych siedział w podartych spodniach na rowie z żelaznej miski jadł krupnik z podobnie jak on zadłużonymi chłopami, bił witką po tyłku komornika z Tucholi, w obstawie, drogim garniturze, spalony na solarium wszedł do elity elit.

Upadek. Niecałe 3 proc. poparcia Samoobrony w wyborach, a to oznacza brak publicznych pieniędzy. Tysiące działaczy znajduje przyczółki w innych partiach, a on zostaje z grupką najwierniejszych. Rusza znów w Polskę, ale już nie po ludzkie serca, tylko pieniądze. Kierowca Leppera opowiada mi taką historię: – Podjeżdżaliśmy pod dom bogatego rolnika, albo przedsiębiorcy, zwolennika Samoobrony i przewodniczący po pięciu minutach wychodził z kasą. Następny raz, to wychodził po godzinie, z dużo mniejszymi pieniędzmi. A kiedy przyjeżdżaliśmy po raz trzeci, to już nas nie wpuszczali za bramę.

5 sierpnia 2011 roku w warszawskim biurze Leppera prądu nie ma od kilku miesięcy, odcięty za długi. Na czas wizyt przewodniczącego jeden z sympatyków podłącza energię na lewo, kabelkami z korytarza. Pracownicy biura od miesięcy nie dostają pensji, nie mają nic do roboty. Przychodzą tylko wtedy, kiedy ma się zjawić Lepper. Grają swoje role, jak w teatrze. Sekretarki udają, że umawiają spotkania, księgowa że rozlicza faktury. Nie ma czego rozliczać – długi idą w miliony, nakaz eksmisji z biura pokrył się już grubą warstwą kurzu, nawet parkingowy z dołu ma dość czekania na swoje pieniądze. Dlatego kierowca wożący Leppera zdezelowanym mercedesem, upadły kwiaciarz wciąż wierzący w zmartwychwstanie Samoobrony, wysadza szefa na podwórku i czym prędzej ucieka przed gniewem ciecia.

Pękają ostatnie bańki nadziei. Były wicepremier nie jest partnerem ani dla banków, ani firm windykacyjnych. Jedzie na Białoruś, wszak Aleksander Łukaszenka gościł go wielokrotnie, kiedy zasiadał w rządzie. Teraz nawet kamerdyner Baćki nie ma dla niego czasu. Liczy na zloty interes, sprzedaż białoruskiego drewna kominkowego w Polsce. Dostaje talerz zupy w mińskiej kantynie i wraca do Warszawy  z niczym.

Ubiera się w dres. Zamyka w swojej samotni. Spogląda na stertę wezwań do zapłaty, postanowienia o egzekucjach komorniczych, ponaglenia. I zakłada pętle na szyję.

Jeszcze nie wyniesiono ciała Leppera z biura, a teorie spiskowe już krążyły po internecie. Jedna głupsza od drugiej. Ktoś widział drabinę pod jego oknem, ktoś inny – rusztowanie, jeszcze inny kretyn dowodził, że sprawcy mordu uciekli przez dach. Prokuratura przeprowadziła skrupulatne śledztwo, bez wątpliwości stwierdziła to, co oczywiste: samobójstwo. Motyw przekonujący, dowody nie pozostawiające wątpliwości.

I co z tego, że fakty są bezsporne? Nic. W dobie internetu, marnej edukacji, nieumiejętności obcowania z mediami, bez większych problemów można wmówić ludziom każdą bzdurę. Jak choćby tą, że Leppera ktoś zabił, a następnie upozorował samobójstwo. Aż strach pomyśleć, w co jeszcze jesteśmy w stanie uwierzyć.[KW1].

Marcin Kowalski

Felietonista, właściciel Markomedia.pl

Najczęściej nominowany do dziennikarskiej nagrody Grand Press w historii tego wyróżnienia, prowadzi firmę medialną Markomedia.pl. Jego felietony „Kowalski na dobry tydzień” co poniedziałek ukazują się w portalu metropoliabydgoska.pl

Panel dyskusyjny


Dyskusja dla wszystkich

Powiązane treści