Bydgoszcz
7C
Słonecznie
93% wilgotność
Wiatr: 1km/h N
H 10 • L 5
15C
Sr
5C
Czw
5C
Pt
6C
Sob
9C
Nd
Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]
Metropolia BydgoskaBydgoszczSportMaciej Dąbrowski: O Zawiszy nigdy nie zapomnę
25.06.2017 | 09:30

Maciej Dąbrowski: O Zawiszy nigdy nie zapomnę

Wywiad z piłkarzem Legii Warszawa, Maciejem Dąbrowskim.

Na zdjęciu: Maciej Dąbrowski mógł po meczu z Jagiellonią wznieść w górę trofeum za mistrzostwo Polski.

Fot. archiwum prywatne

Sześć lat temu Maciej Dąbrowski rozstał się z Zawiszą, bo Radosław Osuch nie widział dla niego miejsca w Bydgoszczy. Teraz wychowanek Lubienianki Lubień Kujawski jest mistrzem Polski i najlepszym obrońcą w lidze.

Sebastian Torzewski: Mistrzostwo Polski, tytuł najlepszego obrońcy Lotto Ekstraklasy i narodziny dziecka. Te ostatnie miesiące mogły być lepsze?
Maciej Dąbrowski: Wydaje mi się, że jak na jeden zwariowany rok wystarczy mi wrażeń. Może gdybym jeszcze dostał powołanie do reprezentacji Polski, to wtedy byłoby idealnie.

Ale pewnie jeszcze kilka lat temu nie spodziewał się pan tak długiej listy sukcesów w przyszłości.
Na pewno nie. Właściwie to moja kariera w ostatnich trzech latach nabrała rozpędu, bo wcześniej raczej nie myślałem o takich rzeczach.

Początek w Legii nie był jednak dla pana udany. Z czego wynikał ten falstart, zarówno w wykonaniu Pana, jak i też całego klubu?
Do Legii przyszedłem bez żadnego okresu przygotowawczego z drużyną, która miała już rozegranych dziewięć spotkań, a też była w takim stanie, w jakim była. W sobotę miałem badania, a we wtorek zagrałem w meczu pucharowym (2:3 po dogrywce z Górnikiem Zabrze – dod. ST). Po kilku dniach przeanalizowałem to wszystko i pomyślałem, że to się nie mogło udać. No i rzeczywiście się nie udało.

Po pucharowej porażce z Górnikiem zagrał pan w przegranym meczu ligowym z Arką Gdynia i w Lidze Mistrzów z Borussią Dortmund, gdy ulegliście 0:6. Po takim początku nie zaczął się Pan zastanawiać, co właściwie robi w tej Legii?
Wiedziałem, że nie jestem w najlepszej dyspozycji. Byłem przemęczony i nawet badania, które zrobiliśmy wykazywały, że jestem za bardzo wyeksploatowany. Nie byłem zgrany z drużyną, ale się nie poddawałem. W drugim meczu z Dortmundem straciliśmy osiem bramek, ale odbiór tego spotkania był już zupełnie inny. Dla mnie najważniejsze jest, że potrafiłem się odbudować. Na pewno nie zrobiłbym tego bez pomocy żony, trenera i menadżera, którzy cały czas we mnie wierzyli.

Teraz, po niemal roku gry w Warszawie, jakim klubem wydaje się Legia?
Na tle naszej ekstraklasy to jest to już Europa i to pod każdym względem. Poprzednie kluby, w których byłem, czyli Pogoń i Zagłębie, też były bardzo dobrze zorganizowane, ale wydaje mi się, że do Legii nikt w najbliższych latach nie będzie w stanie się zbliżyć. Tutaj na trybunach zawsze jest 30 tysięcy osób i czuć, że jest się w wielkim klubie.

O mistrzostwo musieliście jednak walczyć do samego końca, a w zasadzie nawet dłużej, bo jeszcze po spotkaniu z Lechią nasłuchiwaliście wieści z Białegostoku.
W przerwie wiedzieliśmy, że Lech prowadzi z Jagiellonią, a nagle w samej końcówce powiedziano nam, że jest 2:2 i nie możemy być jeszcze pewni mistrzostwa. Niektórzy to dopiero po ostatnim gwizdku sędziego dowiedzieli się, jaki jest wynik w Białymstoku.

Oczekiwanie na koniec spotkania Jagiellonii to było najdłuższe dziesięć minut w karierze?
Chyba tak. Najpierw kierownik biegał sprawdzać wynik, potem oglądaliśmy transmisję w środku, ale była burza i co chwilę przerywało. Najważniejsze, że w końcu skończyło się to dobrze dla nas i mogliśmy cieszyć się z mistrzostwa.

Kiedyś cały decydujący mecz musiał Pan oglądać z trybun. To było spotkanie Zawiszy z Czarnymi Żagań, decydujące o awansie do I ligi, gdy Pan pauzował za kartki.
To był chyba najlepszy Zawisza, którego pamiętam. W drużynie była jedność, klimat i wszyscy trzymali się razem. Ludzie, którzy wtedy zarządzali klubem fajnie to wszystko poukładali, a my spotykaliśmy się całymi rodzinami. Kibice przychodzili na mecze.

Kadra też była wtedy bardzo dobra.
Był Marcin Łukaszewski, który wcześniej grał w Grodzisku, Rafał Piętka w Zagłębiu Lubin, byli też Piotr Bajera i Benek Imeh, a do tego zdolna młodzież. Na pewno nigdy tego okresu nie zapomnę. Nawet nie tyle tego okresu, co po prostu Zawiszy nigdy nie zapomnę. Poza pierwszymi krokami w Lubieniu Kujawskim to właśnie w Bydgoszczy zacząłem się rozwijać. Wtedy mieliśmy naprawdę fajną ekipę i cieszyliśmy się z awansu. Szkoda, że później potoczyło się to tak, jak się potoczyło.

Gdy Radosław Osuch nie widział dla Pana miejsca w swoich planach, pojawił się żal?
Na pewno był, ale teraz jest satysfakcja. Nie z tego, że klub spadł, bo to nigdy nie będzie mnie cieszyć, ale z tego, że prawda była po mojej stronie.

Z perspektywy czasu odejście wtedy do Olimpii Grudziądz było jednak dobrym krokiem. Może gdyby nie przyjście Radosława Osucha, to dzisiaj nie byłby pan najlepszym obrońcą w kraju?
(śmiech) Ja temu panu nic nie zawdzięczam. Po odejściu z Zawiszy spotkałem trenera Kaczmarka, któremu zawdzięczam bardzo dużo. Najbardziej pomógł mi jednak krok w tył, czyli transfer do I-ligowego wtedy Zagłębia Lubin. Najpierw awansowaliśmy, tracąc dwie bramki przez całą rundę, później zajęliśmy trzecie miejsce w Polsce i zanotowaliśmy fajną przygodę w pucharach. Dzięki temu trafiłem do Legii.

Teraz celem będzie reprezentacja?
To już nie zależy tylko ode mnie, ale wiadomo, że będę robił wszystko, aby w niej zagrać. Przede wszystkim musimy w Legii ciężko pracować, żeby powtórzyć sukcesy. Przed nami kolejne eliminacje do Ligi Mistrzów, a także walko o kolejne mistrzostwo.

Lubienianka Lubień Kujawski może być dumna z takiego wychowanka. Ostatnio był Pan na meczu macierzystego zespołu, który w tym sezonie awansował do klasy okręgowej.
Cały czas obserwuję zespół. Wspieram też chłopaków, jak tylko mogę, bo wiem, w jakich grają rozgrywkach. Od Lubienia nigdy się nie odwrócę i jeśli tylko mogę, to jeżdżę tam na mecze. Jeszcze niedawno grał tam mój brat. Na pewno będę wspierał zespół i bacznie się mu przyglądał.


Powiązane treści