Bydgoszcz
11C
Mgła
100% wilgotność
Wiatr: 2km/h WNW
H 12 • L 10
16C
Czw
16C
Pt
15C
Sob
8C
Nd
8C
Pon
Relacja na żywo z dróg w Bydgoszczy i regionie w naszej nowej usłudze TRAFFIC. Kliknij, aby zobaczyć więcej.
Metropolia BydgoskaBydgoszczTurystykaRowerem po Europie. Bydgoszczanin zwiedza świat na dwóch kołach
dav
01.10.2019 | 09:32

Rowerem po Europie. Bydgoszczanin zwiedza świat na dwóch kołach

Sebastian Torzewski | s.torzewski@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Rafał Żamojtuk zdecydował się podróżować na rowerze górskim. Czasami trzeba się bardziej wysilić, ale za to można wjechać w każdy teren.

Fot. archiwum prywatne

3200 kilometrów to całkiem ambitny dystans jak na wyjazd wakacyjny. 10 odwiedzonych państw to także godna pogratulowania liczba. Nie każdy zdecyduje się na tyle godzin podróży. Zwłaszcza, że mowa o wyjeździe… rowerowym.

Zaczęło się od przejażdżek po okolicznych gminach. Potem padł pomysł wyjazdu do Gdańska. Następne były Międzyzdroje i dwa tygodnie później – wycieczka do rodziny pod wschodnią granicę. I właśnie po ostatniej z tych wypraw bydgoszczanin Rafał Żamojtuk, student Collegium Medicum UMK, zobaczył, że w trakcie jednego wyjazdu przebył rowerem prawie 1000 kilometrów. Czyli dokładnie tyle, ile dzieli go w linii prostej od rodziny mieszkającej na styku Francji, Niemiec i Luksemburga.

– Zacząłem poszukiwać współtowarzysza i znalazłem osobą jadącą w podobnym kierunku. Uznałem, że jak nie dam rady, to najwyżej zawrócę. Przejechałem przez Niemcy, Holandię i Belgię do Paryża. Potem miałem małą kolizję i rodzina musiała mnie odebrać, ale można powiedzieć, że się udało – opowiada Rafał, wspominając swoją pierwszą zagraniczną podróż rowerem. Pierwszą z – na razie – czterech. W kolejnych latach zawitał na swoim jednośladzie także do Rzymu i Barcelony, aby w tym roku zaliczyć pętlę po Bałkanach z wypadem do Stambułu i metą w Bukareszcie.

Nie trzeba być sportowcem

Już wyjazd rowerem z województwa jest dla przeciętnego mieszkańca Bydgoszczy dużym wyczynem. Opuszczenie granic kraju na jednośladzie to zajęcie dla wyjątkowo ambitnych. A dojazd na granicę kontynentu wydaje się sztuką dla wybitnych. Młody bydgoszczanin przekonuje, że wcale tak nie jest.

– W ciągu tygodnia jeżdżę na rowerze 3-4 razy i to nie jakoś bardzo dużo, bo 30- lub 40-kilometrowe pętle. Zimą korzystam z uczelnianych siłowni. I to wszystko. Nie jestem jakimś ambitnym sportowcem – zapewnia Rafał.

W podróż wybiera się m.in. z trzema saszetkami, w których są kosmetyczka, apteczka i narzędzia podróżne. Cały ekwipunek waży łącznie 20 kg. Rower to zwyczajny góral. Co prawda grube opony tworzą większe opory toczenia i na przemieszczanie się trzeba poświęcić więcej siły, ale dają możliwość wjazdu w każdy teren. A to szczególnie przydatna zaleta, gdy jedzie się w nieznane.

Podróży nie da się bowiem zaplanować od A do Z. Nigdy nie wiadomo, gdzie danego dnia skończy się jechać, na co pozwolą siły, a na co pogoda. – Często wybieram miejscowości i punkty, w których chciałbym się danego dnia pojawić. Zatrzymuję się w różnych miejscach. Czasami na campingu bądź w tanim hostelu, a czasami na skraju lasu lub na polanie – tłumaczy Rafał.

Często na dobre miejsce uda się trafić dzięki życzliwości miejscowych. – W tym roku w Chorwacji spytałem mężczyzny, czy mogę rozbić się na polu, gdzie kosił na trawę. Odpowiedział, że mogę, ale w jego ogrodzie. Po tym jak zjem kolację, wypiję lokalne piwo i porozmawiamy – wspomina podróżnik, który dziennie przejeżdża około 100 kilometrów. Zaczyna rano. W południe odpoczywa, a po godz. 15 wyrusza w dalszą podróż. Musi zdążyć przed zmrokiem, bo po ciemku nie dość, że jedzie się gorzej, to w dodatku trudniej rozbić namiot.

Made in Europe

Nawet najlepsze przygotowanie nie zagwarantuje uniknięcia kłopotów. Gdy więc okaże się, że niedawno kupiona opona już jest wytarta albo łańcuch nie wytrzyma zjazdu z francuskiego ronda, trzeba udać się do serwisu. Czasem pieszo, osiem kilometrów. Trzeba się też liczyć z poważniejszymi wydatkami.

– W zeszłym roku musiałem wymienić bagażnik. Bez niego nie byłoby szansy kontynuować podróży, więc koszt był spory, ale wart poniesienia – mówi Rafał. W rowerze polskiej marki Kross ma teraz między innymi niedostępną na rodzimym rynku azjatycką oponę czy spinkę łańcucha z francuskiego, przydomowego warsztatu.

Zaskoczyć może nie tylko sprzęt, ale też droga. I jeśli pod górę prowadzi ładny asfalt, nie oznacza to, że zjeżdżać będzie się po równie dobrej nawierzchni. W takim przypadku długa droga w dół wcale nie będzie oznaczała odpoczynku, tylko walkę, aby uniknąć upadku na koleinach.

Właśnie od ukształtowania terenu dużo zależy. Wbrew pozorom, długi, wielokilometrowy podjazd we Francji, ale pokonywany jednostajnym tempem może męczyć mniej niż ciągła jazda zmiennym terenem w Bałkanach, gdzie wjeżdża się, aby za chwilę zjechać i ponownie się wspinać. – To męczyło zdecydowanie bardziej, zwłaszcza, że towarzyszyło mi 38 stopni, bezchmurne niebo i ani trochę wiatru – wspomina rowerzysta.

Samemu czy w grupie?

W tym roku Rafał większość dystansu pokonał samotnie. Jedynie w Macedonii Północnej na tydzień połączył siły z innym podróżnikiem z naszego regionu. – Podczas tych czterech wyjazdów nie było sytuacji, aby skład się powtórzył. Za pierwszym razem ja się podłączyłem, za drugim znalazłem towarzysza przez forum, a za trzecim pojechałem ze znajomymi – wspomina.

Samotna podróż pozwala jechać według własnego planu i tempa. Nie można jednak liczyć na pomoc w przypadku problemów technicznych czy po prostu na zamienienie kilku słów. – Gdy jedzie się w pojedynkę, na pewno doskwiera samotność i nie ma się tego poczucia bezpieczeństwa. Według mnie najlepiej jechać w dwójkę – ocenia rowerzysta.

Gdy nie ma się kompana, można porozmawiać z lokalnymi mieszkańcami. Zwłaszcza w mniejszych miastach i na wsiach rowerzysta-podróżnik budzi duże zainteresowanie. Czasem tak duże, ze można się wystraszyć. – W Albanii ruszyła na mnie ogromna grupa dzieci. Myślałem, że chcą mnie zaczepić, a one po prostu się przywitały. Czasem miejscowi nie dadzą odpocząć, oczywiście w pozytywnym sensie – wspomina Rafał. W chorwackim barze do dzisiaj zawieszony jest banknot 10-złotowy z jego podpisem, o który gospodarz poprosił na pamiątkę. Wcześniej, na pytanie o herbatę, zaserwował wieprzowinę, talerz ogórków i pieczywo.

– Stwierdził, że muszę zjeść coś porządnego. Z reguły w trakcie podróży żywię się suchym prowiantem. Są osoby, które zabierają przenośne kuchenki i gotują, ale ja na ciepły posiłek decyduję się raz na dwa-trzy dni. Unikam fast foodów. W Stambule się skusiłem, bo tam nie mogłem odmówić sobie oryginalnego kebaba.

Rower już złożony

Wizyta bydgoszczanina ma dla gospodarzy także wymiar edukacyjny. Rafał zabiera ze sobą pocztówki i gadżety, które rozdaje w ramach podziękowań za pomoc. Przy okazji rozmawia z miejscowymi o Bydgoszczy. – Lubię nasze miasto. Bardzo często, jak pokazuję je miejscowym na zdjęciach albo w internecie, to mówią, że wszędzie mamy wodę – wspomina. Kilka osób gościło już w Bydgoszczy na rewizycie.

Każda wyprawa ma swój punkt docelowy. W tym roku Rafał ze Stambułu udał się do Bukaresztu, a stamtąd samolotem do Warszawy. Łącznie w czasie tej podróży pokonał rowerem ponad 3200 kilometrów. – Znaczną część rocznego dystansu robię właśnie w trakcie wyjazdu. Jak wracam do domu, to ważę około 10 kilogramów mniej – opisuje bydgoszczanin.

Już teraz planuje kolejne wyprawy. Marzą mu się północ Europy, Gruzja albo Stany Zjednoczone. – Na pewno będę celował w kraje, w których jeszcze mnie nie było. Są też regiony tropikalne, ale na to mam chyba jeszcze za małe doświadczenie – ocenia. Mimo że niemal miesiąc spędził na siodełku, nie ma dość jeżdżenia. – Rok temu przywiozłem rower w częściach i chyba z miesiąc stał spakowany. Ale tym razem od razu po powrocie go złożyłem – kończy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane treści