Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Tadeusz Zwiefka: Bardzo mnie denerwuje, że w regionie wszystko kręci się wokół Bydgoszczy i Torunia [STUDIO METROPOLIA]

Dodano: 16.02.2018 | 10:07
Tadeusz Zwiefka

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Tadeusz Zwiefka jest europosłem już trzecią kadencję. Nad startem w przyszłorocznych wyborach jeszcze się zastanawia.

Fot. Stanisław Gazda

Z Tadeuszem Zwiefką, europosłem Platformy Obywatelskiej, w kolejnej odsłonie STUDIA METROPOLIA rozmawiamy o rywalizacji – krajowej i lokalnej – z PiS-em i wewnątrz PO, o zmęczeniu batalią bydgosko-toruńską w regionie i o tym, dlaczego Ryszard Czarnecki i Viktor Orban musieli odejść – jeden z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, drugi – od dotychczasowej polityki.


CZYTAJ TAKŻE » STUDIO METROPOLIA co piątek na MetropoliaBydgoska.PL. Więcej wywiadów


– Za panem debiut na cyklicznych spotkaniach prezydenta Rafała Bruskiego z parlamentarzystami.
– To prawda.

– Podobno niektórzy na korytarzach ratusza aż łapali się za serce, tak dawno pana nie widzieli w Bydgoszczy.
– A to dość dziwne, bo przynajmniej z prezydentem Bruskim spotykam się dość regularnie. Zawsze staram się przypominać, że moim miejscem pracy jest Bruksela, a okręgiem – całe województwo. I choć bardzo kocham Bydgoszcz i byłem z nią mocno związany, gdy byłem szefem PO w mieście, to muszę myśleć o całym regionie. A wyborcy wybrali mnie nie po to, żebym paradował po lokalnych urzędach, ale pracował w Brukseli.

– Sytuacja Platformy Obywatelskiej jest na tyle stabilna, że europosłowie nie muszą zajmować się krajową częścią polityki?
– 
Zależy, co rozumiemy przez słowo „stabilna”. Od początku starałem się uświadamiać wszystkich, że – choć mam świadomość obowiązków politycznych w kraju – to mamy inny harmonogram pracy niż posłowie do polskiego sejmu. Pracujemy od poniedziałku do czwartu czy piątku każdego tygodnia z wyjątkiem wakacji czy świąt – Wielkanocy czy Bożego Narodzenia. Zresztą, później słyszę od mieszkańców: A co robią europosłowie, których codziennie widać w naszym sejmie?

– A uspokaja pana w Brukseli głos Grzegorza Schetyny, który mówi, że po przejęciu władzy pomnik smoleński zostanie rozebrany?
– Nie lubię komentować czegoś, czego nie słyszałem. Ale jeśli coś jest robione na siłę, wbrew obowiązującym przepisom, to jakaś reakcja musi być. Nie sądzę jednak, że ktokolwiek chce coś faktycznie rozbierać, raczej przenieść w inne miejsce. Mamy tu do czynienia z wolą pewnego polityka, który mówi, że pomnik tutaj będzie stał i koniec. A właśnie taka upartość i podejście jest źródłem wielu naszych problemów.

– Sondaże tego nie potwierdzają – mówiąc kolokwialnie, wam nie rośnie, PiS-owi nie spada.
– Znam przynajmniej niektóre powody takiego stanu rzeczy i na pewno nie uspokajają mnie w myśleniu o pozycji mojej partii. Jednak dopiero wybory samorządowe będą sondażem faktycznego poparcia. Choć na razie problemem może być sam udział Polaków w wyborach. Sondaże są, jakie są, nie zaklinamy rzeczywistości. Ale czy ktoś robił PiS-owi wyrzuty kilka lat temu, gdy PO po roku czy dwóch rządów miała prawie 50 procent poparcia, a PiS – kilkakrotnie mniej?

– Do wyborów jednak niewiele ponad pół roku i wypadałoby mieć jakiś masterplan, jak tę tendencję odwrócić.
– Proszę zauważyć, że badania preferencji opierają się na pytaniu – na kogo pan/pani zagłosowałby, gdyby wybory do parlamentu odbyły się w najbliższą niedzielę. Na podstawie tych badań nie da się przewidzieć wyników wyborów lokalnych, gdzie głosujemy na burmistrzów czy prezydentów, osoby nam o wiele bliższe niż parlamentarzyści z Warszawy. Inną wagę, choć nie zawsze jest to słuszne podejście, nadajemy tym, którzy rządzą lokalnie. Maraton wyborczy może mieć różne oblicza.

– Pan jest spokojny o wynik kampanii samorządowej?
– Każda niesie za sobą jakąś trudność. Ale jednak łatwiej jest rozliczyć kogoś, kto odpowiadał za gminę, powiat czy województwo, niż posła będącego tylko elementem klubu politycznego w parlamencie. Łatwiej pokazać, czy ktoś robił coś dobrze czy źle. A w kampanii należy pokazać nie tylko, co się zrobiło, ale również to, co się planuje na kolejnych kilka lat. Po spotkaniu z prezydentem mam przekonanie, że ta prezydentura jest nacechowana konkretnymi działaniami.

– Na poniedziałkowym spotkaniu nie pojawił się jednak żaden nowy temat.
– I właśnie na tym polega różnica między oczekiwaniem medialno-społecznym a realiami. A co nowego miał pokazać prezydent Bruski? Ja jestem pełen podziwu dla prezydenta i rady miasta, że rysują perspektywę z takim wyprzedzeniem, a także za to, co już wykonali i na co tak długo gromadzili środki.

– Pan mówi o tej samej radzie, która przez ponad rok nie potrafiła wprowadzić w życie ustawy dekomunizacyjnej?
– Nie pochwalam takiego stanowiska rady. Nie wiem, czy zapomniała, że trzeba ją wykonać czy nie chciała jej wykonać…

– Teraz to wygląda tak, że przez lata nic nie zrobiono w tym kierunku, a teraz sprzeciwiamy się na siłę, bo wprowadza ją PiS.
– PiS nie przegłosował tej ustawy…

– No właśnie, zrobiła to też Platforma.
– Jest mi przykro, a mogę też powiedzieć, że jest mi głupio, że nie wykonano zapisów tej ustawy. A można to było zrobić, nie czekając na ostatni moment i decyzję wojewody.

– A teraz, gdy wojewoda czy wojewodowie zmieniają nazwy ulic według własnego klucza i decydują, że w Bydgoszczy będzie ulica Lecha Kaczyńskiego, podnosi się larum. To jest ten styl polityki, który ma dać PO zwycięstwo?
– Od pewnego czasu bardzo jednoznacznie mówię, że bycie antyPiS-em to jest za mało. PO musi mieć swój program, przedstawić sposoby jego realizacji i tak pozyskać wyborców, bez względu na to, czy będą to wybory lokalne, do sejmu czy Parlamentu Europejskiego. Jeśli mówimy o wyborach lokalnych, to musi być to program regionalnej Platformy. Choć w regionach ludzie są różni. Możemy się kłócić, ale finalne decyzje trzeba realizować.

– PO w naszym regionie to monolit? Czytając posła Tomasza Lenza, który uważa, że celowo osłabia się Urząd Celno-Skarbowy w Toruniu, żeby go przenieść do Bydgoszczy, śmiem wątpić.
– Mógłbym odbić pytanie innym – czy którakolwiek partia w wymiarze regionalnym to jest monolit. Ani PO, ani PiS, ani żadna inna w wymiarze lokalnym to nie jest monolit. Bo realizuje potrzeby czy interesy swojego miasta.

– Ale, skoro pan mówił o tym, że antyPiS to za mało, nie ma pan wrażenia, że bycie antytoruńskim w Bydgoszczy i antybydgoskim w Toruniu – też?
– Właśnie chciałem powiedzieć, że ten konflikt bydgosko-toruński jest głównie podsycany medialnie i politycznie. To szukanie dziury w całym, żeby skłócić obie społeczności. O wiele lepszym rozwiązaniem byłaby otwarta debata, jak funkcjonować i zbliżać się wzajemnie. To jest pozytywne podejście. Negatywne wywodzi się głównie z rywalizacji sportowej – w hokeju czy żużlu. Rywalizacja powinna być zdrowa, a nie w kontrze do logiki. Na zasadzie małego misia, liczy się to, co będę miał w małej skarboneczce.

– A gdy poseł Lenz mówi jednym głosem z posłanką Anną Sobecką, to to się przysłuży PO?
– Nie jestem przeciwnikiem mówienia tym samym głosem z przedstawicielami innych partii w sprawach ważnych w wymiarze lokalnym. Dlatego tak sformułowane pytanie jest bezzasadne, powinniśmy skupić się edukacji i mówić, że taka współpraca jest potrzebna. Przeciwnik polityczny nie zawsze jest niemądry czy niedobry. Takie założenie to strzał we własne kolano.

– Bydgoska PO nie ma łatwego życia – nie dość, że musi walczyć z – dajmy na to – bydgoskim PiS-em, to jeszcze toruńską PO.
– Czasami musi walczyć z czymś, co jest nierozsądne. Ale nie można wszystkiego sprowadzać do kategorii ringu. To najszybszy sposób, żeby się pogubić. Różnice zdań na linii Bydgoszcz – Toruń zdarzały się i będą się zdarzać. Chociażby w kwestii powstania Uniwersytetu Medycznego, siedziby Prokuratury Apelacyjnej czy urzędu celnego. Ale nie powinno być tak, bo to bezsensowne, że mówimy: Albo u nas, albo nigdzie. Bo wtedy tracimy jako region. Możliwe jest pokojowe współistnienie Bydgoszczy i Torunia. I wzajemne się uzupełniane. Skoro mamy fantastyczną operę w Bydgoszczy, to logiczne, że jest ona niepotrzebna w Toruniu. I nie ma potrzebny budowania kolejnego portu lotniczego, skoro taki od lat funkcjonuje w Bydgoszczy. W końcu to port regionalny, nie miejski. Należy umożliwić dostęp do niego jak największej liczby mieszkańców – także z Grudziądza, Inowrocławia.

– Czy dzisiaj mamy etap takiego pokojowego współistnienia?
– Czasami tak. Zobaczmy, chociażby powstał ZIT.

– Nie wszystkim się to podoba.
– A cóż takiego złego się stało?

– U niektórych polityków czy środowisk alergię wywołuje już zapis „bydgosko-toruński”.
– Potępiam to całkowicie. Różne fobie i animozje można kreować. A przecież oba miasta są elementem szerszej układanki. Mnie bardzo denerwuje, że w województwie wszystko toczy się wokół Bydgoszczy i Torunia. Jak gdyby nie było innych miast. To jedyny temat? Kompletny bezsens.

– Protestowali przeciwko temu swego czasu już prezydenci pozostałych dużych miast regionu.
– Bo nikomu sytuacje konfliktowe nie mogą się podobać. Szczególnie, jak jest się rozsądnym i patrzy na skoordynowany rozwój regionu, a nie tylko dwóch miast. Dla wielu mieszkańców, proszę mi wierzyć, animozje Bydgoszczy i Torunia to jest przymrużenie oka, nie odbierają oni tego jako coś ważnego. Oba miasta są ważnymi ośrodkami regionu, a stało się tak, że władze publiczne mamy rozdzielone. Czy to źle, że w Bydgoszczy urzęduje wojewoda, a marszałek – w Toruniu? Czy urząd marszałkowski powstał dla Torunia?

– ?
– Nie, dla województwa. A czy wykonuje on właściwie swoje zadania, to już pole do oceny dla nas.

– Nie docierają do pana żadne głosy niezadowolenia z Szubina, Nakła, Kcyni czy Tucholi?
– Zawsze docierają jakieś skargi. Mamy bowiem taką przypadłość, że nawet spore sukcesy odbieramy jako coś naturalnego. Budżet i rozdział funduszy ma jednak swoje ramy. Oczywiście, znam perspektywę bydgoską i poczucie poszkodowania przy podziale środków unijnych. Gdy przeliczymy sumę wsparcia na jednego mieszkańca, rzeczywiście Bydgoszcz wypada niesprawiedliwie. Ale to się zmienia na lepsze. Warto też spojrzeć szerzej, nie na prosty podział zainwestowanych środków, ale efekt ponadmiejski.

– Linii kolejowej 356 marszałek mówi konsekwentnie: „Nie”.
–  
I tutaj też nie zgadzam się z podejściem marszałka. Nie jesteśmy wyspą, jakimś terytorium wydzielonym. Wygodne połączenia z sąsiadami powinny być priorytetem. Z uwagi na ekonomię, edukację czy historię.

– Zwłaszcza że lepszej okazji niż w obecnej perspektywie finansowej nie będzie.
– Co prawda nie chcę wyrokować, ale wydaje mi się, że ma pan rację. Już nie dostaniemy tak dużych środków jako kraj czy region. Dlatego też apeluję wszędzie o maksymalne wykorzystanie funduszy pomocowych. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby któryś kraj wykorzystał je w 100 procentach, ale to nie znaczy, że nie można próbować.

– Czeka nas tąpnięcie fundu