Ze Szwederowa na rektorski fotel – droga prof. Marka Adamskiego [WYWIAD]
Dodano: 08.06.2026 | 11:46Na zdjęciu: Prof. Marek Adamski jest rektorem Politechniki Bydgoskiej od 2020 roku.
Fot. OLART
Prof. Marek Adamski jest rektorem dynamicznie rozwijającej się Politechniki Bydgoskiej. Pod jego kierunkiem uczelnia rozbudowuje fordoński kampus, a także utworzyła nowe kierunku, odpowiadające na zapotrzebowanie otoczenia. W 75. roku istnienia rektor Politechniki otrzymał tytuł Bydgoszczanina 10-lecia w plebiscycie MetropoliaBydgoska.PL – z tej okazji zapraszamy do lektury wywiadu, który pozwoli poznać bliżej rodowitego mieszkańca naszego miasta, jego pasje i korzenie.
Błażej Bembnista: Skąd się wywodzi prof. Marek Adamski? Wiemy, że urodził się Pan w szpitalu miejskim, który po latach stał się szpitalem kierowanej przez Pana uczelni, ale to chyba tylko jeden z wielu związków z Bydgoszczą?
Urodziłem się w 1977 roku i całe życie jestem związany z Bydgoszczą. Od urodzenia jestem z krwi i kości Szwederowiakiem, choć pierwsze sześć lat spędziłem na Kapuściskach. Moje korzenie rodzinne sięgają jednak bardzo głęboko Szwederowa – z nim związani byli dziadkowie i pradziadkowie.
Rodowity Bydgoszczanin.
Jestem czwartym pokoleniem mieszkającym w Bydgoszczy. Mój pradziadek Jan Adamski nadzorował z ramienia miasta budowę Kościoła Św. Trójcy oraz stadionu Polonii. Przed wojną pracował z prezydentem Leonem Barciszewskim, a po wojnie w nadzorze budowlanym. Dziadek i ojciec byli związani z koleją – dziadek z Zakładami Naprawczymi Taboru Kolejowego. Tata był maszynistą i przez całe życie był związany z lokomotywownią Bydgoszcz Wschód. Natomiast mama całe życie przepracowała jako pracownik administracyjny w Bydgoskim Przedsiębiorstwie Budowy Pieców Przemysłowych. A ja jestem z wykształcenia i zamiłowania zootechnikiem.
Skąd ta pasja do zootechniki?
Jestem absolwentem SP41 im. Romualda Traugutta na Szwederowie – zresztą wraz z prorektor dr Małgorzatą Gotowską. Chodziłem do II Liceum Ogólnokształcącego…
Też na Szwederowie.
Wszystko na Szwederowie! Moi dziadkowie mieszkali na ulicy Terasy, tuż obok “Kopernika”.
Kolej, budownictwo – w takim kierunku poszli Pańscy bliscy. Profesor postawił jednak inaczej.
W szkole podstawowej i średniej przewijały się u mnie dwie pasje. Jedna to historia, a konkretnie historia Bydgoszczy. Pamiętam panią dr Ewę Puls, która pracowała w szkole podstawowej i średniej i prowadziła w Pałacu Młodzieży koło historyczne, na które uczęszczałem. Startowałem w Wielkich Konkursach Wiedzy o Bydgoszczy, zdobywałem odznaki Młodego Przyjaciela Bydgoszczy nadawane przez Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy.
Bardzo mocno działaliśmy. Koło historyczne było powiązane z turystycznym, które prowadził prof. Gąsiorowski. Wspominam go z rozrzewnieniem – był jednym z nauczycieli, którzy mieli na mnie wpływ. Wydawaliśmy pierwszą gazetkę “Goniec Dawnych Wieków”, profesor był jej redaktorem naczelnym. Potrafił wskrzesić zamiłowanie do genealogii i heraldyki – jeździliśmy po parafiach, urzędach stanu cywilnego, robiliśmy fiszki. Dzięki niemu zrobiłem drzewo genealogiczne swojej rodziny – i to z 32 tetra-dziadkami.
Zaskoczę też inną opowieścią. Kiedy Telewizja Polska mieściła się przy ulicy Konarskiego, organizowała teleturniej “Bydgoskie Piękne Adresy”, prowadzony przez redaktora Rogozińskiego. Byłem wówczas na przełomie szkoły podstawowej i liceum – pochwalę się, ale przez trzy miesiące tydzień w tydzień wygrywałem ten teleturniej. Pamiętam, że nagrodami były talony do BSS i księgarni “Współczesna”. Żeby było sprawiedliwiej, w jednym tygodniu kupowałem książkę, a w drugim zanosiłem talon do mamy.
Wygrała jednak zootechnika.
Równocześnie z pasją do historii przewijało się koło biologiczne i biologia. To właśnie w SP41 ukształtowały się moje dalsze losy. Ja wybrałem pragmatycznie – w II LO pani profesor Bożenna Szymańska otworzyła pierwszą w Bydgoszczy klasę autorską o profilu humanistycznym. Miała w swoim profilu lekcje historii sztuki, gramatyki, łaciny, zajęcia w Teatrze Polskim. Do dziś to się przydaje, chociażby w pisaniu prac.
Ta pasja do biologii cały czas we mnie siedziała. Od dzieciństwa fascynowały mnie ptaki. W szkole średniej zaprzyjaźniłem się z ludźmi, którzy nie pochodzili z Bydgoszczy – często bywałem na gospodarstwach rolnych prowadzonych przez ich rodziców. Tam złapałem największego bakcyla do biologii stosowanej i rolnictwa.
CZYTAJ TAKŻE: Nowy mural w Bydgoszczy. Upamiętnia 75 lat Politechniki Bydgoskiej
Prawie codziennie odwiedzałem też kury hodowane na Glinkach przez śp. Eugeniusza Kowalskiego. To kolejna osoba, która wywarła na mnie wpływ. Utrzymywał on kury ozdobne. Pamiętam, jak jeździłem tam rowerem i z przyklejonym do płotu nosem patrzyłem na nie. To były włoszki srebrzyste. Po dwóch latach oglądania dostałem od pana Eugeniusza kurę w prezencie. Tu historia, a na działce kury.
Potem przyszły wybory dotyczące matury. Moje zainteresowania biologią nasiliły się. Bardzo chciałem być weterynarzem, ale okazało się, że przy takiej konstrukcji kształcenia nie mogłem zdawać matury z biologii. Była natomiast możliwość podejścia do egzaminów na studia zootechniczne. Złożyłem podanie w jedno miejsce, na ATR i dostałem się. I to właśnie ta uczelnia mnie wykształciła, na której mam przyjemność od lat pracować, zawierać przyjaźnie i spełniać się zawodowo.
Jakie były pierwsze kroki na uczelni?
Od razu na pierwszym roku poszukałem katedry hodowli drobiu, w której zajęcia miałem mieć na trzecim roku. Znalazłem tam profesora, który później okazał się moim najwspanialszym szefem – Adama Mazanowskiego. On bardzo się zdziwił, że zapytałem czy zajmują się drobiem, bo ja będę pisał o nim pracę magisterską. Profesor spojrzał na mnie surowo i powiedział, że najpierw muszę zdać chemię, fizjologię czy biochemię i przyjść tu za dwa lata. W katedrze zapamiętano jednak, że pojawił się taki dziwak, ponieważ po paru miesiącach znalazł mnie inny pracownik i mój poprzedni szef. Zakomunikował, że profesor zaprasza mnie na rozmowę.
Trafiłem do pana profesora Mazanowskiego i zaproponował mi praktyki w Stacji Ochrony Zasobów Genetycznych Drobiu Wodnego w Dworzyskach pod Poznaniem. Ja tam pojechałem i tak się zaczęła moja potężna przygoda zawodowa pt. “Jak Marek Adamski został drobiarzem”.
Największym szczęściem jest to, żeby spotkać na swojej drodze ludzi, którzy potrafią wzbudzać tę pasję. Tak jak w szkole podstawowej pan Gąsiorowski, pani Konarska-Lewandowska czy w szkole średniej pani Szymańska, tak profesor Mazanowski na ATR był największym autorytetem. Miałem szczęście, że trafiłem na niego. Takiego mistrza chciałby mieć każdy, kto chce zajmować się nauką. Z jednej strony bardzo wymagający i surowy, z drugiej bardzo pragmatyczny i oddany swoim uczniom. Nauczyłem się od niego, by pracować z dewizą: Trzeba wychować od siebie młodszych i się ich nie bać, dać im działać. Oni muszą być lepsi. Ja dostałem taką możliwość rozwoju i będę za to wdzięczny do końca życia.
Skoro poszedł Pan tą drogą “drobiarską” i otrzymał tytuł profesorski, to jest Pan najlepszym ekspertem do odpowiedzi na pytania, które zastanawiają wielu naszych Czytelników. Czy faktycznie jaja z wolnego wybiegu są lepsze niż “klatkowe” i czy użytkowany obecnie drób jest dobry dla naszego organizmu?
Musimy rozróżnić dwie rzeczy. Są cztery podstawowe gatunki drobiu: kury, gęsi, kaczki i indyki utrzymywane w warunkach intensywnych, ekstensywnych i półintensywnych. Ekstensywne to wolny wybieg – to są ptaki, które chodzą swobodnie na podwórku, żywione pszenicą, kukurydzą. Drób utrzymywany intensywnie źle kojarzy się odbiorcy uwrażliwionemu na dobrostan zwierząt, natomiast pod kątem utrzymania jest to utrzymywanie kontrolowane pod każdym względem. Dokładnie wyliczona jest powierzchnia na ptaka, dawka pokarmowa w diecie – ile powinno być białka, energii, aminokwasów, tak by wszystko było przyswajalne i przetwarzane na potrzeby bytowe ptaka, czyli po to, by mu się dobrze żyło, ale też potrzeby produkcyjne. Wyliczamy nadwyżkę tak, by wiedzieć, ile potrzebuje ptak, by mógł wyprodukować jedno jajo czy by przyrosła tkanka mięśniowa.
W chowie intensywnym kontrolujemy temperaturę, wilgotność, całe środowisko, skażenie. Odbiorcy, który jest wrażliwy na pewne bodźce, nie do końca się to podoba i stąd są słowa krytyczne. Tę produkcję cechuje duża koncentracja na metrze kwadratowym, bo ona musi być optymalna – co nie znaczy zła. To jak mieszkanie w bloku. Niektórzy nie są do tego przyzwyczajeni i żyją w wolnej przestrzeni, to są czyjeś preferencje.
![Ze Szwederowa na rektorski fotel - droga prof. Marka Adamskiego [WYWIAD]](https://metropoliabydgoska.pl/wp-content/uploads/2026/06/OLAR9658.jpg)
![Ze Szwederowa na rektorski fotel - droga prof. Marka Adamskiego [WYWIAD]](https://metropoliabydgoska.pl/wp-content/uploads/2026/06/OLAR9658.jpg)
Z punktu widzenia technologa produkcji – dziś zootechnik jest nikim innym, jak technologiem albo hodowcą – mogę zapewnić, że w warunkach intensywnych produkujemy bezpieczną żywność. Są programy weterynaryjne, dobrostanowe, dyrektywny unijne, nasze przepisy: one narzucają pewne rzeczy. Żaden rolnik nie pozwoli sobie na to, by łamać przepisy, ponieważ nie miałby z czego żyć. Z metra kwadratowego w chowie intensywnym produkujemy więcej kilogramów żywca, natomiast mamy więcej ptaków do utrzymania.
Osoby prozwierzęce, bardziej dobrostanowe nie widzą, że w środowisku kontrolowanym nie ma skażeń salmonellozą, nie ma dostępu obcych, wolnożyjących ptaków – co jest istotne w przypadku zagrożenia grypą. Ptaki w takim chowie nie są zestresowane – wpierw są zamknięte w jaju, a potem od pisklęcia żyją w takich warunkach. Mikrobiologicznie taka produkcja jest bezpieczna – ptak chodzący po podwórku jest narażony na kontakt z dzikimi ptakami, z pierwotniakami. Nie kontrolujemy tego, skąd kura wypije wodę. Czy kura, która ma odpowiednie ciepło i nie musi szukać pożywienia, jest bardziej zestresowana od tej, która jest na podwórku, odczuwa głód i szuka dżdżownic, a nad nią lata jastrząb? To wszystko trzeba wyważyć.
Jest bardzo dobry trend – półintensywna produkcja. W kurniku mamy ptaki na ściółce z dostępem do ograniczonego wybiegu. Zootechnicy szukają rozwiązań.
Warunki znamy, a jak to jest jakością?
Gwarantuje, że całą produkcja mięsa, która trafia na rynek konsumencki, jest bezpieczna. Mięso jest dobrej jakości, nie jest skażone. Oczywiście, że przy takiej masowej produkcji można znaleźć czarną kropkę na białej kartce. Nie zamykajmy jednak producentów we wspólny mianownik. Bardziej preferujemy żywność z dobrostanowych warunków, gdzie mamy zieloną łąkę. Pod kątem bezpieczeństwa mikrobiologicznego, zabezpieczenia produkcji żywność fermowa jest dobra.
Dodam, że Polska ma największy progres w ostatnich dziesięcioleciach w produkcji drobiu. Na początku lat dwutysięcznych spożycie mięsa drobiowego w Polsce wynosiło 8-12 kilogramów, a dziś to 30 kg. Polska kiedyś produkowała 600 tysięcy ton drobiu, a dziś aż 3 miliony ton. Jesteśmy niepodważalnym liderem w Europie, wyspecjalizowaliśmy się w tym mięsie. Zawód zootechnika to nie jest tylko ktoś, kto chodzi po kurniku i ogląda, co jedzą kury. To też nadzorowanie produkcji bądź hodowli i wspomaganie jej. Zootechnik jest ekspertem w jakości paszy, potrafi robić mieszanki żywieniowe, układać diety dla różnych gatunków zwierząt, dobierać odpowiednie pary do rozpłodu, czytać dokumentację hodowlaną. Dziś jest to ktoś, kto ma pojęcie o genetyce molekularnej i pracuje laboratoryjnie, potrafi wskazywać kierunki hodowli. To jest bardzo ciekawy zawód, niestety kojarzący się z PGR, ale dziś tak naprawdę zootechnik to nowoczesny technolog produkcji, albo osoba pracująca w służbach administracyjnych rolnictwa. Każdy może sobie znaleźć swoją niszę. To uniwersalne wykształcenie, które służy rolnictwu. Nie zamieniłbym tego zawodu na żaden inny.
Dlaczego wybrał Pan taką drogę zawodową? Pytam także w kontekście związania się z uczelnią.
Dzięki współpracy z moim mentorem. Profesor zaproponował mi już po trzecim roku studiów, że mógłbym podjąć pracę zawodową: albo w stacji zasobów genetycznych, albo wspomóc pracę ówczesnej Katedry Hodowli Drobiu. Ja się bardzo ucieszyłem i zgodziłem, poczułem się wyróżniony. Z racji przywiązania do Szwederowa i Bydgoszczy wybrałem katedrę, aczkolwiek długo się zastanawiałem.
Wtedy istniała formalna możliwość zatrudniania studentów czwartego i piątego roku jako asystentów stażystów. Nie było to powszechne na uczelniach, stosowały to katedry prorozwojowe i profesorowie, którzy rzeczywiście potrafili znaleźć studentów z dobrymi predyspozycjami. Miałem szczęście, że zostałem zauważony. Uczelnia jednak nie zgodziła się na moje zatrudnienie. Wobec tego profesor ponowił ten pomysł na piątym roku i wówczas otrzymałem pracę. Był to rok 2000. Pracę magisterską miałem już zasadniczo ukończoną, musiałem zaliczyć jeszcze przedmioty w ramach indywidualnego toku studiów. W kwietniu przystąpiłem do obrony pracy magisterskiej.
Po roku odmówiono mi dalszego zatrudnienia.
I co dalej?
Wówczas na uczelni utworzono pierwsze studia doktoranckie, które niestety nie były dedykowane zootechnikom. Była łączona grupa rolników. Ja nie chciałem iść na te studia, ponieważ wszystkie formalności, zasady finansowania czy ich funkcjonowanie wzbudzały niepokój o przyszłość. Stanąłem przed dylematem – co dalej? Byłem już zaangażowany w rozprawę doktorską, robiłem pierwsze doświadczenia. Rozpocząłem poszukiwanie pracy w zawodzie i dostałem etat kierownika fermy reprodukcyjnej gęsi. Było to lato – pod jego koniec zadzwonił do mnie prof. Mazanowski i namówił mnie, bym wracał i poszedł na studia doktoranckie. Obiecał, że będziemy szukać takiego rozwiązania, żebym miał pracę na uczelni. Zrekrutowałem się, a profesor zatrudnił mnie w projekcie badawczym realizowanym w instytucie. Dzięki temu przetrwałem. Nauka wyciągnęła do mnie rękę. Profesor mówił, bym dalej realizował doktorat i niespełna dwa lata po skończeniu studiów przystąpiłem do obrony. Miałem 26 lat i stałem się najmłodszym doktorem na ATR. W ślad za tym rozpisano konkurs na etat adiunkta, który otrzymałem. Skupiłem się na pracy zawodowej, wciąż miałem kontakt z prof. Mazanowskim, z którym, pomimo jego emerytury, współpracowałem. Pomagałem redagować ostatnią książkę profesora, jeździliśmy razem na wykłady, prowadziliśmy zajęcia na studiach podyplomowych.
W trakcie mojej pracy nawiązałem dużo kontaktów w terenie. Współpracowałem z wieloma rolnikami, zakładami drobiarskimi, wylęgu drobiu, wytwórniami pasz w regionie, jak i całej Polsce. Jest to nie tylko zawód, ale i moja pasja, którą jeśli chce się łączyć z nauką, to nie można funkcjonować wyłącznie w murach uczelni. To jest dewiza dobrego zootechnika-naukowca. Trzeba mieć kontakt z praktyką, dużo pokory i się uczyć. W tym wypadku nauka polega na staniu w ubraniu roboczym i realizowaniu czynności od sprzątania kurnika, zbierania jaj, żywienia po szczepienia ptaków. To sprawia mi do dzisiaj bardzo dużą frajdę. Sam do niedawna miałem kury i pewnie będę je jeszcze miał.
Jedną z większych wartości dodanych, którą udało mi się wypracować, to to, że teraz na Wydziale Hodowli i Biologii Zwierząt są osoby młodsze, bardzo dobre w nauce, które radzą sobie i potrafią współpracować. Trzeba umieć zbudować zespół, umieć wychować lepszych następców. To daje mi komfort i dzięki temu mogę pracować w zupełnie innej, administracyjnej roli. Ta zaczęła się wraz z pełnieniem funkcji dziekana. Jeśli nie ma się zaplecza i nie umie się z nim współpracować, to realizacja zadań na tym stanowisku byłaby mniej efektywna, a w moim przypadku niemożliwa. Ja lubię się wywiązywać z powierzonych zadań, a jest nim nauka i dydaktyka. W nauce nie funkcjonuje się samemu, przynajmniej w tej stosowanej, empirycznej. Każdy w zespole ma swoją rolę do odegrania.
Czyli Pan nadal interesuje się swoją dyscypliną?
Ja wciąż sam lubię się angażować i jak są gdzieś wylęgi w terenie, to chętnie pojadę je zobaczyć i uczyć, jak postępować z pisklętami czy przy samym wstawieniu w kurniku. Ja każdemu życzę tego, by na swojej drodze spotkał dobrych ludzi, dobrych mentorów, którzy potrafią dać się ukształtować. Najważniejsze jest chyba to, by robić to co się lubi. Pracę trzeba połączyć z pasją, bo inaczej nie daje ona efektów.
Jakie są jeszcze pasje Pana rektora – poza kurami?
Przyroda, przyroda, przyroda. Las, odpoczynek. Wciąż jest obecna nutka historyczna, bardziej lokalna. Lubię się zainteresować tym, co tam się dzieje w Bydgoszczy w aspekcie historycznym. Dużo satysfakcji sprawia mi też praca z ludźmi, nawet jeżeli człowiek ma za zadanie dźwignąć bardzo trudny temat, to on też wiąże się z kontaktem i każda taka sytuacja uczy. Trzeba z niej wyciągać wnioski, nawet jeśli przeprowadza się trudne rozmowy. One uczą całe życie. Należę do osób, które potrzebują ludzi do funkcjonowania. Zawsze żartuję, że szybko się nudzę, dlatego wymyślam nowe rzeczy i nie lubię, jak coś dzieje się zbyt wolno. Sam od siebie staram się wymagać, by załatwiać sprawy w jakimś tempie. Lubię szybko podejmować decyzje i lubię być skuteczny. Nie udaje się to bez zespołu. Trzeba zatem nawiązywać kontakty, relacje; rozmawiać zarówno w trudnych, jak i łatwych tematach. Bo każda relacja coś wnosi.
Jestem bardzo zadowolony, że mam szczęście pracować z wieloma ludźmi, że los się tak ułożył i tak pokierował tą moją ścieżką, że człowiek może się realizować.
W 2020 roku podjął Pan decyzję, by startować na fotel rektora Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego. Co skłoniło profesora do walki o najważniejszy urząd na uczelni?
Był to bardzo trudny, covidowy rok. Uczelnie wprowadzały się w realia nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, co spowodowało zachwianie ustrojem wewnętrznym. Ustawa ta zmieniła bardzo dużo, bo przez wiele lat szkoły wyższe funkcjonowały w formie federacji wydziałów, a po jej wejściu w życie nastąpiła centralizacja – odpowiedzialność spadła na zarządzających – rektorów. Oba systemy mają dobre i złe strony.
Byłem przez 3,5 roku dziekanem Wydziału Biologii i Hodowli Zwierząt. Miałem już doświadczenie. Był to wydział, który mnie wychował, dał mi pracę i pozwolił zawrzeć przyjaźnie, dlatego zarządzanie nim było bardzo trudne. Byłem najmłodszym dziekanem, a wtedy zwracało się uwagę na wiek. Zarządzałem nim w sposób dynamiczny, przeprowadziłem go przez głęboką restrukturyzację. Po czterech latach wydział z kategorii naukowej C, czyli najsłabszej stał się najmocniejszy i otrzymał kategorię A, a liczba studentów się podwoiła, mimo spadku liczby kierunków. Zmieniono rotacyjnie kadrę, odbudowano i utworzono nową infrastrukturę oraz stworzono alternatywy dla zootechniki.
To były bardzo trudne decyzje. One dotykały sfery ludzkiej. Te zmiany były jednak potrzebne dla dobra tej jednostki, by przeprowadzić ją przez ten kryzysowy moment. Wbrew głosom krytycznym, które też mnie dotykały osobiście, to powtórzyłbym te decyzje, bo one miały sens. Wydział Biologii i Hodowli Zwierząt doskonale się rozwija.
Podwojenie liczby studentów mówi samo za siebie.
Myślę, że te zmiany zostały zauważone na innych wydziałach uczelni. Stąd wynik wyborów był taki, a nie inny. Jestem przekonany, że UTP dojrzał wówczas do większych przemian. Startowałem z hasłem “nie bój się zmian”, zapowiadając je. Każda zmiana niesie za sobą efekt. Jeśli nawet człowiek popełni błąd, to i tak nie powinien się bać, tylko spróbować go naprawić – ale błąd to też zmiana. Nie można się bać podejmować decyzji, zastanawiać się miesiącami. Oczywiście, że są sprawy, które wymagają dłuższej analizy, wsłuchania się w środowiska czy opinii zewnętrznych.
Myślę, że wybory rektora w 2020 roku były wyborami pokoleniowymi. W każdej instytucji przychodzi czas na zmiany i może właśnie to był ten czas. Te wszystkie elementy nałożyły się na to, że powierzono mi tę funkcję. Dostałem kredyt zaufania – miałem pomysł na uczelnię i mogę ją teraz prowadzić. Zakładałem, że będziemy się zmieniać i tworzyć nowe obszary kierunkowe, które dadzą alternatywy na przyszłość. Trzeba też kontynuować i przyspieszyć to, co zostało nakreślone ponad 50 lat temu – czyli kierunek kampus Fordon. Ktoś kiedyś to określił i musimy to uszanować i pielęgnować. To jest tradycja.
Jakie były najważniejsze decyzję, które podjął Pan jako rektor? Niektóre nasuwają się od razu, ale może były jeszcze inne?
Pierwsze najważniejsze decyzje, jakie podjąłem to dobór najbliższych współpracowników. Bez zespołu nie można funkcjonować. Do końca życia będę wdzięczny tym osobom, które podjęły się trudu pracy ze mną. Czasami mówią, że jest to duże wyzwanie, ale mają też autonomiczne zdanie i charakter. Ja nie boję się ludzi, zwłaszcza silnych i jestem niesamowicie wdzięczny, że to właśnie ich zaprosiłem do wspólnej drużyny.
Kolejne trudne decyzje dotyczyły funkcjonowania administracji uczelni: ułożenie regulaminu organizacyjnego, przebudowa działów, rektorski sposób zarządzania poszczególnymi pionami. Później były to postanowienia związane z wytyczeniem zupełnie nowych obszarów funkcjonowania uczelni. To wszystko musiało toczyć się równolegle.
Wreszcie – samo przekształcenie w Politechnikę Bydgoską. Zbudowano nową markę uczelni. Decyzja wymagała wielkiego dialogu wewnętrznego, zwłaszcza że uczelnia ma bardzo rozwiniętą część rolniczą. O tej przemianie mówiło się jednak od wielu lat – w 1996 roku rozpocząłem studia i już wówczas zapowiadano, że ATR stanie się politechniką. Zapowiadano to również wtedy, kiedy robiłem doktorat i habilitację. Chyba jednak musiał przyjść ktoś z rolnictwa, żeby to zrobić.
Był to trudny temat. Uczelnia powstała z dwóch pionów: najstarszego inżynierskiego i rolniczego, który dał motor napędowy. Kujawsko-pomorskie, w zależności od tego, jaką produkcję rozpatrujemy, jest drugim albo czwartym regionem, jeśli chodzi o produkcję rolną. Zapotrzebowanie na prace badawczo-rozwojowe w tym segmencie jest zatem od lat bardzo mocne. Myślę, że w końcu przyszedł czas, by ktoś, kto wywodzi się z tego środowiska potrafił do niego dotrzeć i powiedzieć, że wykształcenie rolnicze też jest inżynierskie. Sam status politechniki w mentalności odbiorcy, studenta, kontrahenta kojarzy się z uczelnią stricte techniczną.
My przekształciliśmy się w Politechnikę Bydgoską nie tylko dlatego, że chcieliśmy, ale przez wiele pokoleń pracowaliśmy na to, by spełnić wymogi. Niezbędne szóste prawa do doktoryzowania uzyskaliśmy w energetyce i elektrotechnice. Z drugiej strony od lat na uczelni funkcjonują dyscypliny miękkie, np. zarządzanie, co pokazuje wieloprofilowy rozwój. Summa summarum, po cyklu spotkań oraz powołaniu gremium opiniotwórczego, zdecydowałem się przeprowadzić referendum, które jasno pokazało, że 83% chce tej zmiany. To pokazało, że skuteczność wewnętrznego przekonywania była na tyle dobra, że uczelnia dojrzała do tego, że jest gotowa do przemiany.
To jest największe szczęście, że trafiłem na moment, w którym wszyscy byli gotowi do dialogu i uznali, że przekształcenie w Politechnikę Bydgoską uporządkuje pewne rzeczy, chociażby na mapie Bydgoszczy. Uczelni dało to niekwestionowaną szansę na zbudowanie na nowo swojej marki na lokalnym rynku. Staliśmy się rozpoznawalni dzięki tytanicznemu nakładowi pracy i zaangażowaniu całego sztabu ludzi – od obrandowania wydziałów, powstania księgi identyfikacji po narzucenie pewnych procedur wewnętrznych.
Zbudowaliśmy nową tożsamość, ale na bazie rodowodu uczelni. Uczelnia jest dziś firmą, która ma swoją markę. Na samym początku była to trudna decyzja, ale byłem przekonany, że musimy mieć nową markę. UTP funkcjonował od wielu lat, ale wszyscy w Bydgoszczy i tak mówili ATR. ATR był marką zakorzenioną, ale to nie jest już czas na akademię techniczno-rolniczą.
Pierwsze ze śmielszych decyzji to poszukiwanie wewnątrz uczelni zespołów związanych ze sztukami kreatywnymi. To się wszystko ze sobą wiązało – nowa marka, ludzie, którzy są designerami, wzornikami, architektami wnętrz i budują rozpoznawalność uczelni tym, co robią z pasją na co dzień. Udało się ich scalić razem – były dyskusje, czy to ma być instytut, czy wspólna katedra, ale w takim wariancie nigdy nie dostaliby tożsamości. Zaprosiliśmy do współpracy ekspertów zewnętrznych i zrobiliśmy coś pozytywnego: Wydział Sztuk Projektowych.
Który jest marką uczelni?
Tak. On pracuje na rzecz wizerunku Politechniki, ale też lokalnie dla miasta i regionu. Po pięciu latach jego funkcjonowania wyspecjalizował się zespół szkoły plakatu, czego efektem jest współpraca z Andrzejem Pągowskim. Młodzież zdobywa doświadczenie i osiąga sukcesy na międzynarodowych konkursach plakatu. Wzornicy zdobywają nagrody za projekty opakowań organizowanych od Stanów Zjednoczonych do Azji. To świadczy, że śmiała decyzja pozwoliła wyzwolić potencjał uczelni, który był mocno rozproszony.
Nasuwa się jeszcze jedna, bardzo śmiała decyzja – Wydział Medyczny.
Spełniliśmy oczekiwania wielu środowisk, ale też wzbudziliśmy wiele dyskusji. Pierwsze rozmowy na temat kierunku lekarskiego odbyły się zaraz po tym, jak zostałem szefem uczelni. Odwiedził mnie jeden z bydgoskich profesorów medycyny, który mnie do tego bardzo zachęcał. Byłem sceptyczny. Później pojawiły się różne elementy zachęt, które padały przede wszystkim ze strony miasta i prezydenta Rafała Bruskiego – za co jestem wdzięczny oraz ze strony ówczesnych władz centralnych, zwłaszcza ze strony ministra Łukasza Schreibera. Zachęty były kierowane do rektorów obu bydgoskich uczelni.
Pamiętam takie spotkanie, które zostało zorganizowane przez prezydenta na prośbę jednej z komisji rady miasta. Tam przedstawiono analizę potencjału uczelni, pokazywano, co mogą w tym zakresie zrobić. To nie zmieniło mojego sceptyzmu, ale gdy temat wracał na różnych spotkaniach postanowiłem wykonać własne analizy. Początkowo robiłem to sam, potem poprosiłem o pomoc. Wiedzieliśmy, jaki mamy potencjał laboratoryjny, zaplecze infrastrukturalne, kadrowe i literaturowe. Powstała też lista “braków” w stosunku do standardu.
W momencie, kiedy Uniwersytet Kazimierza Wielkiego zrezygnował z pomysłu uruchomienia kierunku medycznego to uznałem, że w takim razie spróbujemy. Oczywiście przed podjęciem decyzji rozmawiałem z kadrą zarządzającą uczelnią, pokazywałem możliwości i wizję przyszłości.
Kierunek lekarski jest mocno przemyślany – to nie fanaberia czy widzimisię. Jest to bardzo potrzebne wzmocnienie dla naszych chemików, biofizyków, informatyków, specjalistów rolnictwa, a także w kontekście zniżkowej tendencji demograficznej.
Po analizach wiedzieliśmy, że nie mamy zaplecza klinicznego i wiedzieliśmy, że jest to duże wyzwanie. Odpowiedzieliśmy jednak, że spróbujemy podjąć ten trud, ale oczekujemy szerokiego wsparcia. I pomogli nam wszyscy. Matek i ojców tego sukcesu jest wielu i ja się z tym zgadzam, bo każdy ma w tym swoją cegiełkę i absolutnie jestem wdzięczny każdemu i jestem w stanie podziękować. Gdyby nie czynnik wielu elementów i takiego mnogiego zaangażowania do samego końca – nawet do rekrutacji – tego kierunku by nie było. Ktoś rzeczywiście musiał podjąć tę decyzję – i podjąłem ją po gruntownym przemyśleniu i wsłuchaniu się w głos uczelni i otoczenia. Na pewno jej nie żałuję. To jest bardzo długa droga, natomiast otwiera ona bardzo duże możliwości rozwojowe.
Ja zawsze wychodzę z założenia, że praca się obroni, więc obojętnie, czy jest gorąco, czy nie to trzeba wierzyć w to, co się robi. Teraz co roku mamy na wizytacji Polską Komisję Akredytacyjną, choć certyfikat jest nadany na sześć lat – to też już o czymś świadczy. Nie udałoby się to bez pomocy – mamy własny szpital oraz umowy z innymi placówkami. Teraz poszukujemy nowych kierunków, które dadzą gwarancję stabilizacji funkcjonowania uczelni w przyszłości, w tym rodowodzie, który mamy. Chcemy łączyć je z “pewnikiem” w trendach oczekiwań potencjalnego studenta. Uczelnia jest firmą, która świadczy usługi edukacyjne i badawcze – trzeba przyjąć to do świadomości. Te kierunki się pojawią i myślę, że się jeszcze pojawią. To są działania prorozwojowe i odpowiedź na niż demograficzny.
Uczelnia ma w tym roku 75 lat. Jakie są najbliższe plany na jej rozwój, tak by przy kolejnym jubileuszu, przypadającym za pięć lat, można było dodać kolejne elementy do historii Politechniki?
W 2020 roku wprowadziliśmy nową strategię uczelni. Określiliśmy w niej konkretne zadania. Ja niezmiernie cieszę się, że udaje mi się współpracować z ludźmi kompetentnymi, zaangażowanymi w życie uczelni, chcących zmian. To oni napisali tę strategię. Przez pięć lat zrealizowaliśmy prawie wszystko, co w niej zaplanowaliśmy – co jest prawie niemożliwe – a nawet z nawiązką. Przypomnę, że zmienialiśmy ją dwa razy, także przed uruchomieniem Wydziału Medycznego. Uczelnia cały czas reaguje i się rozwija. Zamknęliśmy strategię z dużym sukcesem w jej realizacji.
Mając doświadczenie w tym, jak realizować strategię w takiej firmie pt. uczelnia, ułożyliśmy treść kolejnego dokumentu. Senat przyjął ją do realizacji na kolejne trzy lata. Jest ona krótsza, ponieważ kończy się kadencja rektora. Na uczelniach jest dwukadencyjność – nowemu rektorowi nie chcę zostawiać odpowiedzialności, ale chcę dać szansę na możliwość wykreowania nowych zapisów.
Co jest w tej strategii?
Główny cel to dokończenie działań na rzecz maksymalnej konsolidacji do kampusu fordońskiego. 10 lat temu mieliśmy 11 różnych lokalizacji poza nim, dziś przy tym przyspieszeniu zostały nam trzy, a bym nawet powiedział, że 2,5, bo będziemy realizować przeprowadzkę Wydziału Rolnictwa i Biotechnologii – na Bernardyńskiej zostanie jedna katedra. Konsolidacja jest jednak bardzo kosztochłonna. Wydziały, które pozostały w centrum dysponują największym zapleczem empirycznym, jeśli chodzi o prace badawcze i dydaktyczne.
Stworzyliśmy zatem koncepcję Centralnego Laboratorium, które ma powstać na kampusie fordońskim. Budynek będzie miał symbol L, który bardzo do niego pasuje. W tej inwestycji chcemy skumulować wyłącznie zaplecze laboratoryjne. Mamy dziś katedry, które kształcą z zakresu chemii ogólnej. Studenci poszczególnych kierunków mają zajęcia w różnych miejscach, a dzięki Centralnemu Laboratorium będą przechodzić przez te same stoły. W jednym budynku będą kształcić się adepci z różnych wydziałów.
Jakie są zalety tego rozwiązania?
Oszczędność miejsca, powierzchni i czasu oraz usprawnienie zarządzania. Pełna konsolidacja. Planujemy, że budynek Centralnego Laboratorium będzie miał powierzchnię 9 tysięcy mkw. – nie chcemy czegoś zabierać, tylko efektywnie i nowocześnie prowadzić badania.
Budynek ma też mieć funkcję schronową?
W związku z tym, że wraz z Centrum Onkologii funkcjonujemy w Fordonie jako dwie największe instytucje, to uznaliśmy, że takie rozwiązanie przysłuży się mieszkańcom, a my pozyskamy środki zewnętrzne na ten cel. Zarówno dzielnica jak i uczelnia zyskają miejsce schronienia, tak potrzebne w dzisiejszych czasach. Staramy się pokazywać, że nie jesteśmy instytucją oderwaną od rzeczywistości. Prowadzimy bardzo otwartą lokalną politykę.
Wracając do strategii – najważniejszy punkt to konsolidacja. Czy wszystko się uda zrealizować w trzy lata? Mówiąc realistyczne – nie, natomiast mówiąc wprost – ja bym bardzo chciał, żeby pociąg był ułożony na takich torach, by następny przystanek to była konsolidacja. Wiemy, ile trwa proces planowania, inwestycji, uzyskania zgód i realizacji. To jest rozłożone na lata, ale już nie na dziesiątki. W moim przekonaniu przeniesienie wszystkich wydziałów do Fordonu to jest perspektywa 2030-2031 roku. Oby stało się to szybciej. To jest nakreślone w strategii.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Tak Politechnika Bydgoska będzie świętować 75-lecie uczelni
W strategii znajdziemy też plany zmian w zakresie funkcjonowania procesów dydaktycznych na uczelni. Taka mała rewolucja kierunkowa, np. konsolidacja kierunków drugiego stopnia – co jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom, pragmatyczne podejście do studiów podyplomowych, uruchomienie dedykowanych kursów. Dziś człowiek potrzebuje zajęć specjalistycznych – uczelnia musi być elastyczna w procedurach. W kluczowym dokumencie wytyczyliśmy też cele w obszarze naukowym, które są bardzo proste – utrzymanie wysokich kategorii naukowych w danych dyscyplinach, stworzenie nowych dyscyplin. Jeśli któreś się nie powiedzie, to będziemy je reorganizować tak, by szła w obszar dydaktyczny.
Sprecyzowaliśmy też elementy dotyczące uczelnianej kariery dydaktycznej i funkcjonowania administracji. Planujemy też rozbudowę zaplecza pod kątem weterynarii w Rolniczym Zakładzie Doświadczalnym w Minikowie. Mamy też zapisy dotyczące stworzenia warunków dotyczących większej atrakcyjności naszej uczelni dla gospodarki: bazy danych aparatury, jej dostępności.
Na koniec: Jakie są ulubione, poza Politechniką Bydgoską, miejsca Bydgoszczanina 10-lecia prof. Marka Adamskiego w Bydgoszczy?
20 lat temu należałem do pracowników, którzy na hasło “jedziemy do Fordonu” traktowali to jako karę. Dziś to jest historia. Moim ulubionym miejscem na uczelni jest kampus przy Kaliskiego. Z rozrzewnieniem jadę na ulicę Mazowiecką, ale cieszę się, że nawet tamtejszy zespół pyta: “kiedy my przeniesiemy się do Fordonu”. Jest Centralny Dziekanat, ułożone procesy administracyjne, dostępność do zaplecza sportowego. Ten kampus stał się otwartym i zdefiniowanym miejscem dla Politechniki Bydgoskiej.
Zawsze, gdy studenci chcą się ze mną spotkać, jestem do ich dyspozycji. Niedawno spotkałem się z tymi, którzy uczą się w mieście i pytali się, kiedy będą studiować w Fordonie. To zostało wypracowane i jest dobre z punktu widzenia uczelni. Mamy teraz takie czasy, że wszyscy chcemy być w Fordonie i to jest fajne.
A poza Fordonem?
Szwederowo, Szwederowo i jeszcze raz Szwederowo. Wzgórze Dąbrowskiego, Wieża Ciśnień, zapomniane skwery zielone za Traugutta i Wiatrakową, cała skarpa szwederowska od Nowodworskiej po Nowy Rynek. To są najlepsze miejsca spacerowe. Tam spędziłem dzieciństwo, jeździłem na sankach i zawsze z wielkim rozrzewnieniem i miłą chęcią wracam. A jak odpoczywam, to wraz z prorektorem Szymonem Różańskim jedziemy na rowerach wokół kampusu i sprawdzamy, co tam słychać dookoła w Fordonie. Serce emocjonalne bije na Szwederowie, a racjonalne i codzienne to Fordon.
Wszystkich będę zachęcał do odwiedzin Fordonu i nie tylko dlatego, że jestem rektorem tamtejszej uczelni. To osiedle przez te lata bardzo wyrosło; jest dużo zieleni, jest gdzie odpocząć i też są bardzo fajni ludzie. Staramy się być z nimi w stałym kontakcie i prowadzić politykę bardzo dużej otwartości. My służymy ludziom.














