Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Legenda Polonii Bydgoszcz świętuje okrągłe urodziny i wspomina. „Miałem dużo szczęścia”

Dodano: 02.01.2026 | 20:46

Na zdjęciu: Legenda świętuje 60-te urodziny. Do dziś Ryszard Dołomisiewicz może liczyć na aplauz w Bydgoszczy. Kibice nie zapomnieli, ile zrobił dla klubu.

Fot. Łukasz Wilk

Ryszard Dołomisiewicz błyskawicznie stał się ulubieńcem bydgoskiej publiczności. 2 stycznia jeden z najbardziej rozpoznawalnych żużlowców z miasta nad Brdą skończył 60 lat. – Kariera dostarczyła mi wielu ciekawych i miłych wspomnień, ale skończyła się przedwcześnie. Dopiero się rozkręcałem – mówi były zawodnik dla MetropoliaBydgoska.PL. 

Kariera Dołomisiewicza rozwijała się bardzo dynamicznie. Najlepiej wskazuje na to fakt, że już jako 20-letni zawodnik awansował do finału Indywidualnych Mistrzostw Świata w 1986 roku.

Jednodniową rywalizację w Chorzowie wygrał słynny Hans Nielsen. Z kolei bydgoszczanin zajął w nim 11. miejsce i był jedynym Polakiem, który pojawił się na starcie.

– Chyba najmilsze wspomnienia mam właśnie z czasów, gdy startowałem jako junior. Udało się wtedy wygrać wiele imprez, zanotować sporo sukcesów i odjechać niemało ważnych spotkań, w których dorobek indywidualny mógł satysfakcjonować – mówi Ryszard Dołomisiewicz w rozmowie z MetropoliaBydgoska.PL

Życie Dołomisiewicza wisało na włosku. Musiał zakończyć karierę

Dynamiczną karierę legendy bydgoskiego klubu przerwał fatalny w skutkach wypadek w Rybniku. 10 sierpnia 1991 roku podczas meczu ligowego kierownica wbiła się w okolicę jego miednicy.

Na domiar złego lekarz źle zdiagnozował obrażenia, przez co operacja odbyła się za późno. Życie Dołomisiewicza wisiało na włosku. Raptem kilka miesięcy po innym poważnym urazie, bo w marcu złamał kręgosłup podczas Kryterium Asów. Ostatecznie w 1993 roku powiedział pas, biorąc jeszcze udział w turnieju pożegnalnym po dwuletniej absencji.

– Moja kariera dopiero nabierała tempa. Wszystkie ruchy, które poczyniliśmy, miały zdać egzamin w przyszłości. Choć punktowałem na bardzo wysokim poziomie, przechodziłem coś w rodzaju okresu przygotowawczego. Niestety nigdy nie dowiedziałem się, ile mógłbym osiągnąć. To nie są proste, ani zerojedynkowe tematy – przyznaje legendarny zawodnik.

„Trafiłem na dobry czas”. Otaczały go ikony, wystarczyło chłonąć wiedzę

Dołomisiewicz imponował nie tylko w rywalizacji indywidualnej. Cechowała go niezłomność na każdym szczeblu. Zaangażowanie popierał niewyobrażalnymi dla wielu zawodników liczbami. Przez lata był najlepszym zawodnikiem bydgoskiej Polonii. Sezon potrafił zakończyć z niebotyczną średnią blisko 2.7 punktu na bieg. Obok takich wyczynów trudno przejść obojętnie.

– Trafiłem na dobry czas. W bydgoskim klubie wcześniej jeżdżący zawodnicy chętnie dzielili się zdobytą wiedzą i panowała wręcz rodzinna atmosfera. W tamtej epoce nie było systemu kontraktowania żużlowców. Z kolei początkowy etap kariery nie wymagał stoczenia walki o sponsorów i ogromnego zaangażowania rodziców. To na pewno pomagało – wspomina Dołomisiewicz.

W bydgoskim parku maszyn nie brakowało znamienitych osobistości i przede wszystkim znakomitych fachowców. – Dysponowaliśmy bardzo silnym i dobrze zorganizowanym zapleczem. Potrafiliśmy jak na tamte czasy doskonale dbać o motocykle i ich silniki. Wyprzedziliśmy epokę. Niektóre rozwiązania, z których korzystaliśmy, stały się standardem dopiero 20-30 lat później – opowiada Dołomisiewicz.

– Końcowy sukces był efektem zaangażowania rzeszy ludzi. Można wyróżnić wielu. Na przykład świetnych mechaników, pokroju Leszka Nogowskiego – szefa warsztatu, czy Zygrfyda Łapy, niestety już świętej pamięci. Pewne sztuczki, jak zachowywać się na torze przekazywał nam Stanisław Kasa, który zrobił wiele dla bydgoskiego żużla. W obu elementach pomagał też Andrzej Koselski – wcześniej znakomity zawodnik, później trener – dodaje jeden z najwybitniejszych wychowanków w historii Gryfów.

Czasy, w których startował Dołomisiewicz, charakteryzowały zupełnie inne realia. Wówczas Polacy nie dominowali na świecie, jak ma to miejsce teraz. Szczególnie pod względem zaplecza sprzętowego.

– Miałem szczęście, że trafiłem do bydgoskiego środowiska, ale nie zmienia to faktu, że musieliśmy być gotowi na wiele wyzwań. Żeby zdobyć  części z najwyższej półki, trzeba było się nagimnastykować. Wszystko, co najlepsze mieli na zachodzie. Nie do pomyślenia było także ściganie w ligach zagranicznych. Istniały tylko drobne wyjątki, jak Zenon Plech. Mieliśmy związane ręce – wspomina nasz rozmówca.

Trudno porównać żużel za czasów Dołomisiewicza z teraźniejszością

Nie brakuje teorii, że w dzisiejszych czasach zawodnicy są gorzej wyszkoleni technicznie i uzależnieni od dobrego sprzętu. Dołomisiewicz choć od lat nie jeździ na żużlu, pozostaje aktywny w środowisku. Nie tak dawno był menedżerem Polonii Piła. Wspierał także zawodników indywidualnie.

Dlatego ma pole, by bardzo precyzyjnie zestawić ze sobą teraźniejszość i przeszłość.  – Nigdy nie prowadziłem zestawień statystycznych i nie jestem w tym dobrym. Faktem jest natomiast, że liczba kontuzji nie zmalała, a tory są łatwiejsze, mniej dziurawe i często twarde. Z drugiej strony takie porównania nie są miarodajne w żadnym sporcie, choć w żużlu chyba najprostsze, bo zmieniło się najmniej – analizuje popularny „Dołek”.

– Wszystko sprowadza się do wyuczenia pewnych manewrów. Potem wysiłek w wyścigu jest porównywany do przejechania kilku okrążeń na rowerze. Po prostu tego się nie zapomina. Albo coś umiesz albo nie. A jeśli umiesz, wykorzystujesz te manewry w sposób naturalny. Choć faktycznie są one obarczone ogromnym ryzykiem – dodaje.

Gdzie więc tkwią największe różnice? – Kiedyś wszystko było bardziej niebezpieczne. Cena nauki? Bardzo bolesne upadki. Wykonując pewne manewry z dużą prędkością, masz naprawdę mało czasu na reakcje, by wykonać coś prawidłowo. Nie uda się? Może boleć. Teraz jednak istnieje szereg rozwiązań, który sprawia, że jest bezpieczniej, a kraksy są często mniej dotkliwe. Po prostu realia się zmieniły – podkreśla Dołomisiewicz.

Są gorsi, czy inni?

Jako podobieństwo obu epok można wskazać pewne rewolucje technologiczne, które działają na korzyść lub niekorzyść żużlowców. Przykład? Zmiany konstrukcji tłumików sprzed około 10 lat, które realnie wpłynęły na postawę wielu żużlowców.

– Kto najlepiej kombinuje, wygrywa. Kiedyś Duńczycy odskoczyli konkurencji. Potem okazało się, że wykorzystują tytan w swoich motocyklach, FIM tego zabroniło i nagle Skandynawowie byli do pokonania. Przykłady można mnożyć. Sprzęt to połowa sukcesu, czy jednak żużlowcy są gorzej technicznie wyszkoleni niż kiedyś? Myślę, że po prostu inaczej, bo co innego skutecznie pozwalać zdominować konkurencję, co także wymaga innowacyjnych rozwiązań w technice prowadzenia motocykla. Być może niekiedy bardziej „surowych” dla oka – podsumowuje Ryszard Dołomisiewicz.

Legenda Polonii Bydgoszcz świętuje okrągłe urodziny i wspomina. "Miałem dużo szczęścia"