Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Ks. Sławomir Bar: Człowiek jest z natury dobry, ale musimy to z niego wykrzesać

Dodano: 12.08.2026 | 10:11

Na zdjęciu: Ks. Sławomir Bar

Fot. Szymon Fiałkowski

Ksiądz proboszcz Sławomir Bar jest dobrze znany wielu Bydgoszczanom, a jego akcje charytatywne budzą powszechne uznanie. Czytelnicy naszego portalu wraz z wytypowanym gremium postanowili nagrodzić jego aktywność nagrodą 10-lecia w kategorii Działalność społeczna. – To oczywiście miłe, ale niepotrzebne. Moja posługa polega na pomaganiu. To przyrzekałem robić – mówi nam z uderzającą skromnością proboszcz.

Sława inicjatyw społecznych księdza Sławomira Bara wychodzi już poza granice miasta. Rozmowę z duchownym niedawno przeprowadzała między innymi stacja TVN 24. Nas jednak absolutnie urzekła skromność proboszcza św. Wincentego a Paulo. Ksiądz jest uzależniony od czynienia dobra. I zapowiada, że nie zamierza się zatrzymywać.

Bogumił Burczyk, dziennikarz MetropoliaBydgoska.PL: Z jakiej części działalności ksiądz proboszcz jest szczególnie dumny?

Sławomir Bar, proboszcz parafii św. Wincentego a Paulo w Bydgoszczy: Ogrzewalnia dla bezdomnych u Miecia. Pamiętam ile kosztowało nas to trudu. Gdy rozpoczęła się pandemia, wszyscy byliśmy pełni niepewności. Dominowały znaki zapytania i strach, nie wiedzieliśmy, jak sytuacja się rozwinie. Wówczas wpadliśmy na pomysł z wydziałem zarządzania kryzysowego miasta Bydgoszczy, żeby coś takiego zrobić.

Główkowaliśmy, jak pomóc bezdomny i ubogim ludziom, którzy mieszkają w niegodnych warunkach, na klatkach schodowych i pustostanach. Chcieliśmy ich zebrać, pomóc. Ludzie również bali się, że oni mogą roznosić choroby, wyrzucali ich na zewnątrz. Ideę przerodziliśmy w czyny i powstała ogrzewalnia. Najpierw w kaplicy, która wcześniej była salą wykładową. Niebawem w tym miejscu otworzymy bar socjalny, a ogrzewalnia znajduje się w pomieszczeniach obok.

Inicjatyw było zdecydowanie więcej. Chyba trudno je stopniować. Podejrzewam, że chodzi o chęć pomocy i czynienia dobra.

To nie jest kwestia spontanicznych potrzeb. Raczej chodzi o to, by skutecznie odczytywać znaki czasu i reagować na widoczne problemy. Przynajmniej ja to tak postrzegam.

Bardzo istotna zdaje się być świadomość ludzka. Widzi ksiądz, że udało zwrócić się uwagę na ważne problemy? Ludzie reagują na pewne kwestie inaczej? Pomaganie staje się czymś bardziej powszechnym?

Sądzę, że idziemy do przodu. Przede wszystkim rośnie świadomość istnienia biedy. Funkcjonując w dzisiejszym świecie, czasami troszeczkę innym, często jej nie dostrzegamy. Bieda to tak naprawdę coś ukrytego, nie zawsze widocznego na pierwszy rzut oka. Z czym ludzie nie chcą się afiszować, bo komu by na tym zależało? Czasami patrzymy powierzchownie. Spoglądamy na ławkę i widzimy kogo: pijaczka albo kloszarda koczującego pod sklepem. Tymczasem problem jest zdecydowanie szerszy. Bodajże Szlachetna Paczka przeprowadziła kiedyś raport, z którego wynika, że 30 proc. społeczeństwa nie zdaje sobie w ogóle sprawy z istnienia biedy. Nie chodzi o to, aby propagować biedę, ale pokazać metody walki z nią. Dawać szansę ludziom, żeby z niej wychodzili. Dlatego tak cieszy mnie rozwój ogrzewalni u Miecia. Wskaźnik wychodzenia z bezdomności waha się pomiędzy 60 a 70 procent. Nie chodzi o to, żeby tylko zapewniać nocleg i gwarantować wyżywienie. Zaczęliśmy wymagać od ludzi. Sami się nadal tego uczymy, ale opieramy cały projekt na konkretnych zasadach i warunkach. Na przykład w ogrzewalni u Miecia albo w domu dla kobiet, które wyszły z więzienia na ulicy Nasypowej, obowiązują regulaminy. Zawieramy dżentelmeńską umowę, którą parafujemy. Myślę, że to bardzo pomaga – świadomość, że te osoby traktuje się po ludzku z godnością i z konkretnymi wymaganiami, jak w życiu.

Dajecie przysłowiową wędkę, zamiast ryby.

I to na wiele sposobów. Na przykład teraz dookoła Bazyliki są przeprowadzane prace remontowe, realizowane przez zewnętrzną firmę budowlaną. Zasilamy np. zespół wykonawczy jednym podopiecznym, który jest na tak zwanym samorozliczeniu. Nie chodzi też o to, aby zatrudniać na czarno, nie tędy droga. Staramy się wprowadzić te osoby z powrotem do społeczeństwa.

Niech zaczną płacić alimenty, podatki, długi – rozliczać się z państwem i dbać o siebie. Ważne, aby wróciła do nich świadomość – na wszystko trzeba zarobić. Tyle kosztuje życie, nie jest łatwo. Holistyczne podejście do człowieka w moim mniemaniu jest kluczem, pozwalającym wyjść tym osobom z biedy.

W trakcie naszej rozmowy rodzi się przede wszystkim jedna refleksja. Chodzi o godność i zaszczepienie pewnych wartości.

Wszyscy mamy coś takiego, że jeśli coś przychodzi za łatwo, z czasem przestajemy to szanować. Kiedy dochodzi wątek wyrzeczeń – człowiek mówi dość. Przychodzi konkretna refleksja. Skoro poświęciłem tyle czasu, walczyłem o coś, to nie mogę tego zaprzepaścić. Określenie, które przytoczył pan wcześniej jest już właściwie słynne. By dawać ludziom wędkę, nie rybę. Szalenia ważna rzecz. Podobnie jak motywacja religijna.

Nie prowadzimy indoktrynacji religijnej. Przyjmujemy wszystkich, wierzących, niewierzących, poszukujących, antyklerykalnych… Nieważne, kto, w co wierzy. Ich bycie, w przestrzeni sakralnej, okolicach bazyliki, obserwowanie ludzi, którzy przychodzą do kościoła, dzieci przyjmujących komunię świętą, zaangażowanych wolontariuszy… To jest zaraźliwe, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W ogrzewalni również pracują księża. Całokształt pomaga wrócić niektórym do wspomnień. Potem nasuwa się na przykład myśl – też byłem kiedyś np. ministrantem. Człowiek mimochodem odnajduje na nowo duchowość. Pamiętam rozmowę z panem Andrzejem, który pewnego dnia mówi do mnie.

– Proszę księdza, jak zobaczyłem te dzieci idące do pierwszej komunii, uświadomiłem sobie, że kiedyś byłem, jak oni. Biała koszula, piękny garnitur, czysty, odnowiony i ja taki piękny radosny. Zazdroszczę im. Chciałbym wrócić do tego, co było kiedyś.

Bodźce zewnętrzne, świadectwo, które dają nasi parafianie. Bardzo pomocny czynnik, sprawczy, który pomaga ludziom bezdomnym i zagrzewa ich do walki o siebie. Ja nawet nie mówię o nawróceniu, przyjściu do spowiedzi. Wiara to łaska. Oni nie muszą tak na nią patrzeć. Bardziej chodzi o to, aby uzmysłowić sobie, że system wartości jest szalenie ważny. Bez niego człowiek zaczyna się gubić.

Od dawna panuje pewien stereotyp. Z obserwacji księdza proboszcza: Jak często tych ludzi dotykają tragedie i dlatego ich życie się wali, a ile jest w tym wszystkim zaniedbania? Chodzi o przybliżone wartości procentowe.

Kiedyś zetknąłem się z bardzo mądrą sentencją. Od bezdomności dzielą nas trzy niezapłacone raty kredytu. Ponad 30 proc. bezdomnych korzystających z naszej pomocy ma wyższe wykształcenie. To nie jest żadna patologia. Myślę, że 90 proc. tych ludzi cierpi na chorobę, która nazywa się „rany zadane w miłości”. To ludzie skrzywdzeni, zranieni. Alkohol jest następstwem, konsekwencją czegoś okropnego, co ich spotkało w życiu. Mamy różną odporność. Albo zdrada. Albo dzieci zostawiły… Człowiek może w takiej sytuacji zupełnie się złamać, nie spotkać kogoś, kto poda mu pomocną dłoń. I myślę, że to jest główna przyczyna bezdomności.

Często chcemy usprawiedliwić siebie, albo boimy się zaangażować w pomoc, patrząc na ubogiego. Łatwiej jest założyć, że to patologia, pijak. Wierzcie mi, często to nie ma nic wspólnego z prawdą.

Zapadły księdzu w pamięć jakieś szczególne przypadki?

Na przykład pan Leszek, niestety już świętej pamięci. Człowiek sukcesu, był inżynierem i projektował jachty. Trafił do nas w ciężkim stanie, zmarł na raka. Po śmierci okazało się, że ma gdzieś zacumowany jacht na Lazurowym Wybrzeżu.

Niektórzy mieszają u nas, bo przepisali mieszkanie na dzieci albo wnuki. Tymczasem momentalnie po zrzeknięciu się praw, rodzina się ich stamtąd pozbyła i wylądowali na ulicy. Z emeryturą rzędu 2 tysięcy złotych, bo o takich kwotach mówimy, te osoby nie mają żadnych szans.

Starsi ludzie mają taki mechanizm, że najpierw rachunki, później leki, a na końcu jedzenie. I często na to ostatnie już nie starcza. W każdy czwartek wydajemy żywność długoterminową. Myślę, że spośród ludzi, którzy po nią przychodzą, 60 – 70 proc. to seniorzy. Resztę stanowią samotne matki, wychowujące dzieci, którym 800 plus nie starcza, a utrzymują na przykład czwórkę lub piątkę dzieci.

Rzeczywiście panaceum na problemy to często alkohol?

U starszych tak. To jest taki bicz na zmęczonego konia. Ktoś myśli, że wypije i zapomni. U młodych ludzi zaczęły pojawiać się narkotyki i dopalacze. Też mamy w ogrzewalni młode osoby, na przykład wyrzucone z domu przez rodziców. Matka albo ojciec nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego właśnie ze względu na używki. Używki często pojawiały się, by pokazać, że jesteśmy fajni. Później nawyk zaczyna brać górę nad rozsądkiem. Wysyłamy ich na terapię. Każdy, bez wyjątku, kto tu przychodzi, zostaje zbadany przez terapeutę i psychologa. Oferujemy pomoc. Wybór należy do nich.

Biorąc pod uwagę całokształt, rozmawiamy o bardzo kompleksowym przedsięwzięciu, wymagającym wielkiej odpowiedzialności i świetnej logistyki. Zwłaszcza w świecie biurokracji. Jak sobie z tym radzicie?

Współpracujemy z MOPSEM, panem wojewodą i prezydentem, mamy zlecone pewne zadania, które realizujemy razem z nimi. Znaczną część kosztów pokrywa nasze zgromadzenie. Jesteśmy zakonnikami, więc pieniądze idą do jednego worka. Każdy z nas dostaje jakieś kieszonkowe. Z tych pieniędzy, które zostają, część przeznaczamy my, jako dom księży, na ubogich i jego funkcjonowanie. Dlatego wpadliśmy na pomysł zamontowania fotowoltaiki. Nie chcieliśmy przepalać tych pieniędzy w piecach gazowych, które mieliśmy albo inwestować ich w miejskie ogrzewanie. To są realne korzyści, które pozwalają i oszczędzać i pomagać efektywniej.

Zainteresowanie inicjatywami księdza jest duże. Do jadłodajni ustawiają się kolejki widoczne gołym okiem.

Powiem panu, że ono wzrasta. Niestety nie jestem przekonany, czy chodzi dokładnie o zainteresowanie, a nie poziom ubóstwa. Potrzebujących jest coraz więcej i staramy się wychodzić im naprzeciw. Dziennie wydajemy od 300 do 400 ciepłych posiłków. Teraz z niecierpliwością czekamy na otwarcie baru socjalnego, ale to też biurokracja, o której pan wcześniej wspomniał, która wymaga czasu. Jestem przede wszystkim proboszczem, odpowiedzialnym za parafię. Stowarzyszenie w takim układzie musi być na drugim miejscu. Priorytetem są nasi parafianie i przyjaciele bazyliki. Pomoc ubogim to taka wartość dodana do tego wszystkiego – nasz charyzmat. Cały czas gotujemy jedzenie, wydajemy posiłki, staramy się działać profesjonalnie.

Nie mogę zamknąć stołówki, ogrzewalni, przestać wydawać żywności długoterminowej, bo postanowiliśmy otworzyć sobie bar. Nie mogę zamknąć parafii. Środki przekierowujemy powoli, skutecznie. Czasami trzeba się uzbroić w cierpliwość. Niezwykle cenna jest bezinteresowna pomoc, w postaci modlitwy, ofiary, zadań wykonywanych w charakterze wolontariatu. Wydawanie posiłków to jedno, ale posiłki również rozwozimy po domach prywatnych. Nie każdy może przyjść po żywność do bazyliki. Niektórym nie pozwala na to zdrowie, albo siły.

Pytałem już o to, z czego ksiądz jest najbardziej dumny. Zapytam także o największe wyzwanie z tych wszystkich przedsięwzięć.

To chyba właśnie biurokracja. Ciągle dochodzą nowe przepisy, podatki. Świetnie, że mamy akurat od tego księgowość, zewnętrzną firmę, która pomaga, bo sami nie dalibyśmy sobie rady. Projekty, moc zapisów, związanych na przykład z wydawaniem żywności, uczestnictwem w programach unijnych. Papierów jest tak dużo, że mamy 900 osób akurat teraz na listach. W związku z tym trzeba wypełnić 900 ankiet, wszystkie osoby muszą się podpisać, trzeba z nimi porozmawiać, sprawdzić je. Czasami to jest masakra. W MOPS-ach wokół tych tematów działa rzesza ludzi. Tymczasem nasz dział administracyjny jest wąski, a trzeba zarządzać w taki sposób, by pieniądze nie były przejadane.

Trudno dotrzeć do potrzebujących? Wszyscy mają świadomość tego, że mogą się do was zwrócić?

Ludzie między sobą rozmawiają i wieści się niosą. Ale co ciekawe, każda z tych osób ma komórkę, a niektóre nawet laptopa. Ważna jest także tradycja. Pomaganie w bazylice trwa już prawie 100 lat. Zawsze można było tu przyjść. Najpierw, w 1928 roku, były Panie Miłosierdzia. Zajmował się przede wszystkim dziećmi. Nazywano te kobiety „Wincentkami”. Pomagały, walczyły choćby z wysoką umieralnością dzieci, która niegdyś stanowiła poważny problem. Wskaźnik w okresie międzywojennym wynosił około 50 proc. Później też powstali „Panowie Miłosierdzia”. Na Chodkiewicza były baraki gdzie mieszkali ludzie w trudnych warunkach, a więc blisko nas. Więc pomoc jest u nas właściwie od zawsze, na wyciągnięcie ręki. Widzę też jeden kluczowy czynnik.

Jaki?

Transparentność. Informujemy bardzo konkretnie. Chcemy wzbudzać zaufanie. Stąd pomoc tych firm zewnętrznych, księgowości, informatycznej, prawnej Każdy może sprawdzić nasze stowarzyszenie. Nie mamy nic do ukrycia. Dziś kościół jest różnie oceniany, ale zaufanie do niego jest mimo wszystko większe, niż do instytucji państwowych. I to ciekawe. Ludzie wielokrotnie do mnie przychodzili i mówili:

– O nie, nie, nie. Proszę księdza, ja do MOPS-u nie pójdę. Nie chcę, żeby mnie tam znali. Wolę przyjść tutaj.

Ludzie przychodzą po chleb w nocy, żeby nikt ich nie widział. Wstydzą się i nie chcą ujawniać. I ja to rozumiem oraz szanuję. To niekoniecznie osoby, które chodzą do kościoła. Ale to dla mnie nie ma znaczenia. Przecież nie selekcjonujemy ludzi na lepszych albo gorszych, wierzących czy nie. Człowiek to po prostu człowiek.

Ksiądz proboszcz jest doceniany przez poszczególne środowiska. Pokłosiem jest także nagroda od naszych czytelników za działalność społeczną. To motywuje do jeszcze cięższej pracy? Napędza?

Wcale na to nie patrzę, nie przywiązuję uwagi. Oczywiście bardzo dziękuję, że jestem doceniany, ale ja się na to pisałem. Mój charyzmat – Zgromadzenia Księży Misjonarzy – to pomoc ubogim. Więc ja po prostu robię swoje. Tak jak każdy inny człowiek w społeczeństwie, trudniący się jakimkolwiek fachem. Nie chodzi o żadne tytuły, odznaczenia. Za mną stoi sztab ludzi dobrej woli, zaangażowanych we wszystko. Moi kochani parafianie wspierają każdą działalność, którą wymyślimy. Sami dopytują, jak można pomóc. Wspierają nas nie tylko Bydgoszczanie, ale osoby z różnych polskich miast – Poznania, Wrocławia, Warszawy, Krakowa… I to jest fantastyczne. Potrafimy gromadzić ludzi. Jednoczyć w szczytnym celu, niesienia pomocy bliźniemu. Polacy chcą pomagać. Mamy dobre serca. Nie lubimy jak ktoś nas oszuka. Wtedy będziemy zawzięci. Ale jak widzimy, że coś zmierza w dobrym kierunku i funkcjonuje, jest czytelne, to angażujemy się w pomoc. Każdą nagrodę indywidualną dla mnie, postrzegam jako ogólną dla społeczeństwa, dla wszystkich oddanych sprawie, by przezwyciężać podziały i walczyć z polaryzacją polityczną, o pokój i miłość.

W przypadku każdej inicjatywy, nawet tych najbardziej szczytnych, pojawiają się sceptycy. Kościół też się z tym problemem boryka?

Ludzie są nieufni, dlatego transparentność jest kluczowa. Ludzie weryfikują i mają do tego prawo. Dlatego tak ważne było dla mnie, nie pozostawianie żadnych niedomówień. Żeby wszystko było czytelne, jak na dłoni.

Jaki ksiądz widzi dalszy kierunek rozwoju? To przede wszystkim usprawnienie dotychczasowych rozwiązań, czy w planach są również zupełnie nowe?

Po pierwsze, wcześniej wspomniane holistyczne podejście. Po drugie otwarcie baru – czekamy na ostatnie pozwolenie. Wreszcie po trzecie, następny krok to przychodnia lekarska dla ubogich, potrzebujących i parafian. Dla ubogich zamierzamy przeznaczyć jeden, konkretny dzień w tygodniu, w którym będą mogli przyjść i skorzystać z pomocy. Mamy wprawdzie swój gabinet ambulatoryjny, gdzie można wykonać USG, EKG, są lekarstwa i specjaliści od fachowej pomocy, ale chcemy też to zrobić jeszcze bardziej profesjonalnie. W kościele nauczyliśmy się nie promować tak zwanej „katolipy”. Nie chodzi o to, aby ludzie utonęli w papierach, ale o normalność i profesjonalizm. Dlatego punkt terapeutyczny to za mało. Potrzebujemy czegoś bardziej dostosowanego do dzisiejszych realiów.

To bardzo szczytna inicjatywa. Kolejna, która odpowiada na potrzeby ludzi. Od bardzo wielu lat debatuje się nad systemem leczenia w Polsce. Ludzie są zgodni. Jest niewystarczający.

Za mało tego wszystkiego. Kłócimy się między sobą, obwiniamy poszczególne opcje polityczne, pogłębiamy polaryzację, a ja chcę z tym walczyć. Łatwo hejtować niż pracować zmieniać, ulepszać. To dotyczy wszystkich, kościół też czasami dotykają różne komentarze. Trudniej natomiast spróbować coś zmienić. Wstać z kanapy i zawalczyć z problemami dzisiejszego świata. Łatwiej być obserwatorem i komentatorem. Chłopie – coś się nie podoba? Jasne, chętnie cię wysłucham, ale przyjdź, pokaż swój projekt, zmień coś, nakieruj na lepsze myślenie. Udowodnij, że też potrafisz. Może tobie uda się lepiej. Chcę walczyć z takimi sytuacjami.

Człowiek jest z natury dobry, ale myślę, że musimy to z niego wykrzesać. Nieraz ludzie są sfrustrowani, przeżywają kryzysy i wylewają te negatywne emocje na zewnątrz, na innych, i często niewinni obrywają rykoszetem. Internet jeszcze to ułatwia. Wiele szczytnych organizacji, inicjatyw, upadło z tego powodu. Bo komuś się coś nie spodobało, albo po prostu zazdrościł, że komuś się udało i ranił, a to w pewnym momencie przerodziło się w zwątpienie. Ktoś twierdził – nie będę tego robił, skoro inni mnie nie doceniają i są roszczeniowi, krzywdzą. Ja wychodzę z takiego założenia, że robię to dla ludzi i Pana Boga, tych którzy tego chcą i potrzebują. Zależy mi na ich zadowoleniu. Jeśli komuś się coś nie podoba, nie chce, to na razie trudno. Nie będę walczył z wiatrakami. Całego świata nie da się zmienić, Ale można wybudować kawałek nieba dla tych, którzy chcą, pragną i potrzebują, bo dość już dostali od życia

Bogumił Burczyk