Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Anna Mackiewicz: Nie jestem panienką pensjonarką. Wiem, po co staję do wyborów [STUDIO METROPOLIA]

Dodano: 01.06.2018 | 06:00
Anna Mackiewicz

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Anna Mackiewicz od 2014 roku jest zastępczynią prezydenta Rafała Bruskiego. Wcześniej była miejską radną.

Fot. Stanisław Gazda

Rozmowa z Anną Mackiewicz, zastępczynią prezydenta Rafała Bruskiego i kandydatką w prawyborach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, które wskażą kandydata partii  w wyborach na prezydenta Bydgoszczy.

Eryk Dominiczak: Zagłosowałaby pani w wyborach prezydenckich na Jana Szopińskiego?
Anna Mackiewicz (zastępczyni prezydenta Bydgoszczy, kandydatka w prawyborach SLD na stanowisko prezydenta): Tak, ale nie wiem, czy mogę na to liczyć w drugą stronę. (śmiech)

– Pytam, bo zastanawiam się, czy SLD to jest faktycznie sojusz czy dzisiaj grupa złożona z indywidualistów.
– Mam możliwość porównania tego, z racji bycia wiceprzewodniczącą SLD, na terenie całego kraju. I wiem, że na tle innych partii politycznych nie jest u nas pod tym względem ani lepiej, ani gorzej. Wszystko musi opierać się na indywidualnościach, osobach, które przyjmą rolę przywódcy. W każdej partii dochodzi do rywalizacji wewnętrznej czy sporów, ale na przykład nasz statut zakłada, że w radzie wojewódzkiej reprezentowane są wszystkie powiaty, co tę rywalizację tonuje. Ale walka jest wpisana w istnienie partii politycznej.

– Cztery lata temu to władze partii wskazały panią na kandydatkę na prezydenta Bydgoszczy. Teraz musi pani stanąć do prawyborów, a z kilku stron słyszałem, że nie do końca jest pani do tego przekonana, bo woli pani pracę u podstaw.
– Akurat jestem tak skonstruowana, że mam dosyć kreatywny umysł i potrafię znaleźć wiele nowych rozwiązań, jestem twórcza w jakiejkolwiek działalności, nawiązuję szybki kontakt z ludźmi, co faktycznie sprzyja pracy od podstaw. W przypadku prezydenta czy radnego oznacza to jednak kilka etapów – trzeba coś wymyślić, opracować, zdobyć pieniądze, doprowadzić do końca, a ostatecznie cieszyć się, że się udało.

– Pani sama napisała ostatnio, że ma problem z autopromocją.
– Może nie problem, ale to jest taka cecha charakterystyczna u pań – szkoda nam czasami czasu na promocję, a wolimy poświęcić go na rodzinę czy odpoczynek. Mamy w swoich szeregach radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów i widzimy, że wielu z nich ma asystentów, którzy zrobią im zdjęcia i je opublikują. A w naszym sekretariacie z Mirosławem Kozłowiczem pracują dwie panie, których nie sposób takimi zadaniami obarczać. Nie jesteśmy posłami, którzy mają kilku asystentów, szefami spółek z rozbudowanymi sekretariatami czy nawet prezydentem z dużym sztabem ludzi.

– Ale jako kobieta lewicy raczej nie startuje pani tylko po to, żeby realizować kilkakrotnie pojawiający się postulat, że kobiety „muszą startować w wyborach”.
– Radną zostałam po raz pierwszy jeszcze na studiach, w czerwcu minie 30 lat mojej pracy samorządowej, sześciokrotnie była skutecznie wybierana do rady miasta, w tym dwa czy trzy razy z najwyższymi wynikami w mieście. A po ostatnich wyborach zdecydowałam się, jak się śmieję, przejść piętro niżej (sala sesyjna rady miasta znajduje się na drugim piętrze ratusza, gabinety prezydenta i jego zastępców – na pierwszym – dod. red.). Nie sposób dojść do tego gabinetu, nie podejmując wyzwań, uciekając od trudnych sytuacji czy będąc biernym radnym. Mam w sobie duże pokłady, jak sądzę – zdrowej, ambicji. Wywodzę się z ruchów organizacji pozarządowych i nadal jestem związkowczynią. To akurat świat, któremu konflikt nie służy, w odróżnieniu od partii, gdzie walka jest wpisana w system. Niemniej, gdy dowiedziałam się o prawyborach, ten pomysł spodobał mi się od razu. Kandydata nie wskaże naczelnik państwa ani władze krajowe, ale ludzie na miejscu i kandydat ten będzie „nasz” lub „nasza”. Gdyby głosowała rada miejska, to pewnie byłabym już kandydatką SLD, ale od strony demokratycznej takie rozwiązanie mi się podoba.

– I to mimo wątpliwości, czy w kampanii będziecie jednym zespołem?
– Wątpliwości nie ma, choć każdy ma innych charakter i osobowość. Dla mnie zawsze ważniejsze od autopromocji było rozwiązywanie w kolejnych kadencjach różnych spraw. Na przykład z radną PO Bernadettą Różańską-Majchrzak czy Markiem Gralikiem z PiS stanowiliśmy pod tym względem znakomity tercet. Mamy takie charaktery, że skupiliśmy się na pracy np. przy świetlicy w Łęgnowie i nikt później nie krzyczał, że taka a taka partia zrobiła w tej materii więcej. Bo, potocznie mówiąc, sprawa dziury w jezdni nie jest sprawą polityczną. Wszystko zależy jednak od ludzi, którzy się tym zajmują. Taka już jestem – gdy mam problem do rozwiązania, to pozyskuję sojuszników, mam oparcie w przyjaciołach, znajomych, i to takie ludzkie, nie wyrachowane. A zdarzało mi się zastanawiać, czy ktoś podaje mi rękę, bo jestem zastępczynią prezydenta czy dlatego, że się znamy i lubimy.

– Ale uszczypnąć też pani umie. Choćby ostatnio wspomnianego Marka Gralika.
– Widzę, że śledził pan moje ostatnie wpisy na Facebooku. W niektóre dni staram się tam jednak nie wchodzić. Czasami bowiem kończy się to tak, że zaczynam czytać publikowane artykuły i mnie to pochłania. I patrzę na zegarek, a tam pierwsza w nocy. Dochodzę do wniosku – czytaj, kiedy chcesz, a nie kiedy musisz. Pewnie inaczej by to wyglądało, gdybym prowadziła autopromocję planowo.

– Dla prezydenta Rafała Bruskiego pani wybór na kandydatkę SLD będzie korzystniejszy. Jako jego zastępczyni trudno będzie pani krytykować jego i jego administrację.
– Trudno będzie mi krytykować prezydenta za coś, co zrobiłam sama. Miałam zresztą chwilę zawahania, gdy dla moich koleżanek i kolegów przygotowywałam sprawozdanie z tego, co udało mi się zrobić w tej kadencji. Wiadomo, że prowadziłam i prowadzę ważne duże inwestycje za duże pieniądze. Ale dla mnie równie istotne są i mniejsze inwestycje, które mają jednak większe znaczenie dla jakości życia mieszkańców. Poza tym, gdyby każda decyzja zapadała kolegialnie, jak w czasie, gdy pracami miasta kierował zarząd, to mogłabym powiedzieć, że odpowiedzialność jest „fifty-fifty”. Ale tak nie jest. Prezydent ma bowiem zawsze decydujący głos – szczególnie w sprawach strategicznych czy wszystkich związanych z wydatkowaniem pieniędzy.

– Czyli w niektórych sprawach w ogóle się z wami jako zastępcami nie konsultował?
– Jeżeli chodzi o nasze decernaty, to taka sytuacja chyba nigdy nie miała miejsca. Raczej to działało w drugą stronę, to my proponowaliśmy jakieś rozwiązania i o tym rozmawialiśmy. Oczywiście nie konsultował z nami rozwiązań będących w wyłącznych kompetencjach pozostałych zastępców, chyba że w pewnym zakresie je opiniowaliśmy. Wszystkie zaś konsultowane są na poziomie klubów radnych i koalicji. Czy była taka sytuacja, w której prezydent coś nam narzucił, a ja nie chciałam tego robić? Była taka duża sprawa…

– Czyli?
– Chodziło o system gospodarowania odpadami. Wchodząc w rok 2016 mieliśmy nadwyżkę, ale już budżet systemu za sam rok 2016 się nie domknął, brakowało dwóch milionów złotych na przeszło 70 mln zł. Wiedzieliśmy, że podobnie będzie w roku 2017. Dlatego rozpoczęliśmy ponowne analizy sytuacji w innych miastach. Choć wiedzieliśmy, że mimo kontroli i naszych działań nigdy nie osiągniemy 100 procent złożonych i opłacanych deklaracji od mieszkańców i z terenów niezamieszkałych…

– Prezydent mówił wówczas, że brakuje 50 tysięcy deklaracji.
– W porównaniu z danymi z GUS-u. Według jego wyliczeń Bydgoszcz ma 352 tysiące mieszkańców. Mamy tyle? Nawet gdybyśmy doliczali cudzoziemców, których jest w naszym mieście coraz więcej? Opracowujemy obecnie pomysł, aby również ich objąć systemem. Do tego potrzebna będzie jednak współpraca z wojewodą, jego zrozumienie i wsparcie, a to – jak pokazują doświadczenia całego kraju – nie jest pewne, bo wojewodowie w różny sposób się zachowują. Ale wracając do tematu – analizowaliśmy efektywność systemów w miastach, gdzie opłata za odpady zależy nie od liczby osób, ale powierzchni lokalu. I prezydent polecił nam przygotować taki wariant do skonsultowania go z mieszkańcami.

– I pojawiła się krytyka, że samotna osoba zamieszkująca dużą powierzchnię będzie płaciła nieadekwatnie dużo.
– Taki system łatwo jest zamknąć, bo metry to są metry. Nie ma pola do nadużyć. Wykonaliśmy więc kalkulacje, poddaliśmy propozycję pod konsultacje. Ja zawsze byłam i jestem zwolenniczką pozostania przy systemie opłat za osobę. Wobec propozycji prezydenta przekonałam go i przygotowałam program osłonowy, który miał chronić osoby samotne np. wdowę, która została w dużym lokalu. Chodziło o to, aby osoby z najmniejszymi dochodami nie musiały płacić za wywóz odpadów więcej niż do tej pory. Nie mogłabym później podczas konsultacji mówić, że nie, to nie ja, to prezydent Bruski.

– Ale ze zmian się ostatecznie wycofaliście.
– Prezydent uznał wynik konsultacji.

– Ba, nawet ogłosił go dwa dni przed ich zakończeniem.
– Przygotowane były projekty uchwał dla obu wariantów, w zależności od wyniku konsultacji. Zatem wtedy zależało nam na czasie…

– Zamiast tego była propozycja podwyżki stawek za wywóz odpadów dla przedsiębiorców.
– Tak, ale myślę, że to była symboliczna podwyżka – dzisiaj opłaty dla terenów niezamieszkałych rekompensują wydatki. I dzięki temu rok 2017 zbilansowaliśmy. Do momentu wejścia w życie w Bydgoszczy w 2020 roku zmian w ustawie, gdy potrzebnych będzie więcej pojemników, nie trzy, a w niektórych miejscach pięć, nie będziemy robili przymiarek do zmian w systemie. Ale później będą one nieuniknione, bo koszty obsługi wzrosną.

– Jak tak pani słucham, to okazuje się, że w ciągu czterech lat kadencji współpraca w gronie prezydenckim układała się nadzwyczaj harmonijnie.
– Nie, to nie tak, są sytuacje, które nas różnią. Choćby realizacja celu zrównoważonego czy też – choć to inne pojęcia – zintegrowanego rozwoju miasta. Ja rozumiem to tak, że zmieniamy warunki w całym mieście, a cała energia i środki nie idą tylko w przebudowę dróg czy zmiany w komunikacji. Przez lata na przykład w wielu parkach prowadzono wyłącznie prace interwencyjne. Ile było pretensji, gdy chciano dokonać wycinki w parku Kochanowskiego, gdzie przez 20 lat nie robiono żadnych planowanych prac. A park miejski ma być zorganizowaną przestrzenią, a nie laskiem w centrum miasta.

– Pani nawet zarzucano, że najchętniej z siekierą udałaby się w nocy na plac Kościeleckich i wycinała kasztanowce. I w parku Witosa tak samo.
– Tam też przez dwadzieścia lat nie dokonywano żadnych prac planowych. Było tak – reagowano, gdy gałąź spadła lub drzewo uschło. W tym czasie wyrosły samosiejki, a z czasem drzewa lub krzewy, które niszczyły architekturę krajobrazu. Do parku Kochanowskiego większość już się przekonała. Podobnie będzie z parkiem Witosa. Tam bilans będzie dodatni, za jedno stare drzewo posadzimy przynajmniej dwa młodsze. Niedawno miałam spotkanie z osobą uznawaną za autorytet i usłyszałam, że przychodzi czas, gdy drzewa nie należy już bronić. Taki jest cykl w naturze, gdy drzewa trzeba zastąpić nowymi.

– Ale pamięta pani te nagłówki – 100-letnie drzewa na placu Kościeleckich do wycięcia czy 100 drzew w Witosie do wycięcia. To są stwierdzenia-klucze działające na wyobraźnię.
– I to jest taka sytuacja, gdy u każdego z prezydentów dochodzi do dyskomfortu. Najpierw długo dyskutowaliśmy nad koncepcją rewitalizacji placu Kościeleckich, w tym samego skweru i propozycją miejskiego i wojewódzkiego konserwatora zabytków – odtworzenia jego historycznego kształtu z dwoma podwójnymi rzędami, szpalerami drzew. Zdecydowaliśmy o wprowadzeniu deptaku, ponieważ dzisiaj to jest wielki przystanek autobusowy! I wtedy doszło do wywrotu jednego drzewa, a następnie po wichurach dwóch kolejnych. Zrobiliśmy nowe badania, konserwator zrobił swoje. Oba potwierdziły bardzo złą statykę i stan drzew z winy wcześniejszych przebudów skweru. Zastanawiałam się, co zrobić przed zapowiadanymi wichurami – zamknąć skwer dla ludzi, żeby nikomu nie stała się krzywda? I dlatego wróciliśmy do koncepcji konserwatorów i złożyliśmy projekt przewidujący wycinkę. A niektórzy radni krzyczeli, że zabijamy 100-letnie drzewa, choć o wszystkim ich informowaliśmy i opublikowaliśmy wszystkie ekspertyzy.

– Radna Grażyna Szabelska już widziała tam teren dla deweloperów.
– Och, tak, a byliśmy bardziej zdezorientowani, gdy na konferencji prasowej obok niej siedziała dyrektor delegatury wojewódzkiego konserwatora zabytków. I wyszło na to,