Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Jan Szopiński: Dziękuję Grzegorzowi Schetynie. On jest ojcem naszego sukcesu [STUDIO METROPOLIA]

Dodano: 21.02.2020 | 06:05
Jan Szopiński

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Jan Szopiński w przeszłości był wicemarszałkiem województwa, zastępcą prezydenta Bydgoszczy i wiceprzewodniczącym rady miasta. Od jesieni 2019 roku jest posłem.

Fot. Szymon Fiałkowski

Rozmowa z Janem Szopińskim, posłem Lewicy, byłym zastępcą prezydenta Bydgoszczy i wiceprzewodniczącym rady miasta, o odradzaniu się lewicy, aferze sypialnianej, oglądaniu Telewizji Polskiej, finansowaniu inwestycji w Bydgoszczy i regionie, a także o tym, czy z przekonaniem zagłosuje w wyborach prezydenckich na Roberta Biedronia.

Gra pan czasem w Toto-Lotka?
Czasami.

Udało się już coś wygrać?
Ostatnio udaje mi się wygrać tyle, że wychodzę na zero. Jest to taka zabawa, która moich pieniędzy więc nie angażuje.

A ile by pan postawił kilkanaście miesięcy temu, że wystartuje w wyborach do sejmu w 2019 roku, więcej – zdobędzie pan prawie 12 tysięcy głosów i się w tym sejmie znajdzie?
W ogóle bym nie obstawiał, bo nie zakładałem, że będę do sejmu startował. I to nie dlatego, że przegrałem w wyborach samorządowych (w roku 2018 Jan Szopiński bez powodzenia startował do sejmiku województwa – przyp. red.). Po pierwsze SLD miało małe poparcie. Po drugie, były też inne ugrupowania lewicowe na scenie, które startowały osobno. A SLD miał iść do wyborów razem z Platformą, więc sądziłem, że front będzie szeroki, ale akurat mnie tam nie będzie.

Tym większa pewnie była satysfakcja, gdy obejmował pan mandat. Zwłaszcza że szansa pojawiła się, gdy z SLD odszedł Ireneusz Nitkiewicz, który rok wcześniej zdecydował, że na liście do Rady Miasta Bydgoszczy pana nie będzie.
Być może tak było, zawsze można powiedzieć, że to nie ja, tylko kierownictwo partii podjęło taką decyzję. Ale wracając do satysfakcji, to ja za ojca sukcesu Lewicy uważam Grzegorza Schetynę. Na moim Facebooku do dzisiaj wisi wpis o Schetynie, który napisałem, gdy ten ogłosił, że w koalicji z Platformą SLD się nie znajdzie. Było to dokładnie 18 lipca. Napisałem wówczas, że lewica jeszcze będzie dziękować Schetynie za tę decyzję. On jest ojcem chrzestnym wspólnej listy Lewicy. Partie lewicowe były w niedostatku, rozglądały się w obie strony, w zasadzie nikt nie miał nic, ale – tak jak pisałem – była energia i przekonanie, że ta siła lewicowa odnowi polską politykę.

Włodzimierz Czarzasty nawet parafrazował później „Ziemię obiecaną”: Ty nie miałeś nic, on nie miał nic, ja nie miałem nic, razem wróciliśmy do sejmu.
Ja swoje słowa pisałem, gdy jeszcze nie miałem świadomości, że będę startował. Dzisiaj, gdy Lewica ma w sejmie 49 posłów, ludzie z Platformy, którzy wówczas decydowali o listach i koalicji, zapewne mają już świadomość popełnionego błędu. A my dostaliśmy bonus za to, że wystartowaliśmy, w dodatku wspólnie.

Jak się odradza feniks z popiołów, zwłaszcza gdy dwa miesiące przed wyborami lokomotywa wyborcza mówi, że odczepia dotychczasowe wagony i jedzie w tym samym kierunku, ale już z innymi? Ludzie zaczęli przychodzić i mówić: Panie Janku, musi pan?
Dużo osób, które mnie spotykały na mieście, a byli przeciwni, a może inaczej – zdziwieni decyzją Ireneusza Nitkiewicza mówiło, żebym wystartował. A ich zdziwienie wynikało z tego, że Nitkiewicz przez dziesięć lat był współpracownikiem Janusza Zemkego i z tego też wynikała jego wielkość na rynku politycznym. I nagle rezygnuje ze startu w Lewicy, co więcej – zostawia ją w sporym niedostatku. Poza tym pożegnanie odbywa się na Facebooku, a nie face-to-face. Zresztą, ono było podzielone na dwa etapy, bo najpierw napisał, że nie chce być w żadnej partii, a cztery dni później informuje, że idąc chodnikiem znalazł czwarte miejsce na liście Platformy.

Już widzę, jak się pan z przekąsem uśmiechał, gdy zobaczył pan wyniki.
Co do tego nie ma wątpliwości, chociaż może bardziej niż ja uśmiechali się ci, co byli w Lewicy, zostali, uwierzyli w plan, uczestniczyli i pomagali w kampanii. Odczuli nawet to mocniej jako sukces niż ja.

Nasuwa się kolejny cytat – z filmu „Psy”: Jeszcze tu (cenzura) wrócimy. I wróciliście. Stara gwardia wróciła, chociaż Krzysztof Gawkowski mówił o partii trzech pokoleń.
Cała lista faktycznie była układem z trzech pokoleń. I to trzeba im wszystkim oddać, bo gdyby nie oni, ani Gawkowskiego, ani mnie mogłoby nie być w sejmie. Albo byłaby jedna osoba. Każdy na to pracował – w swoim środowisku, w którym się obracał, mówił o tej liście, zdobywał głosy. Nie było takiego syndromu jak w 2018 roku, gdy miałem czwarty wynik w Bydgoszczy. Dombrowicz miał 7,5 tysiąca głosów – dostał się do sejmiku, Krupa – około 5 tysięcy – też, a ja miałem 10 tysięcy i mandatu nie dostałem. Nie kryję też, że zagłosowało na mnie sporo osób, które niekoniecznie utożsamiały się z SLD, ale pamiętały o mojej pracy jako wicemarszałka i zastępcy prezydenta.

A jak u pana jest z tą tożsamością – pan jest taką jednoosobową opozycją w partii?
Nie, członkiem SLD byłem zawsze, a że na radzie miasta mówiłem coś innego, to wynikało to z tego, co ludzie mi mówili i o co pytali. Zresztą po latach spoglądam na to tak, że osoby, które rządziły miastem, mogły dzięki temu nie słuchać wyłącznie głosów pochlebczych. Z korzyścią dla nich samych. W końcu prezydent Bruski wygrał ostatnie wybory już w pierwszej turze.

Z prezydentem na końcu współpracy w ratuszu łączyły pana raczej bardzo szorstkie relacje, podobnie jak z Anną Mackiewicz. No i z Ireneuszem Nitkiewiczem też. Wspólny mianownik – pan.
Ja myślę, że koleżanka Mackiewicz miała trudny zakres zarządzania miastem – gospodarka komunalna i śmieciowa. Dopiero dzisiaj to wychodzi. A że ja nie mówiłem tego, co ona by chciała i akceptowała, to tak jak mówiłem – słuchałem tego, co ludzie mówią. I dzięki temu prawo było poprawiane. A złe relacje z Ireneuszem Nitkiewiczem nie są mi znane, byłem szefem klubu, klub działał, jak trzeba. Bez zastrzeżeń.

Ale jednak Nitkiewicz miał okazję wprowadzać rzymską maksymę „dziel i rządź”. Nie wierzę, że propozycji startu do sejmiku w 2018 roku nie odebrał pan jak zesłania.
Nie jako zesłania, choć nie ma najmniejszych wątpliwości, że chciałem startować do rady miasta. Dobrze się orientowałem w kwestiach miejskich, byłem szefem klubu, współpracowałem z radami osiedli. Zresztą, obojętne byłoby mi to, z którego okręgu wystartuję. Brak na liście do rady miasta był dla mnie dziwny i niezbyt miły. Ale po czasie spojrzałem na to tak – byłbym w radzie, ale czy w wyborach do sejmu ktoś inny dostałby tyle samo głosów? A tak mieliśmy wynik na poziomie chyba 15-16 procent, czyli tak jak w kraju.

Myśli pan, że gdyby pan trafił do rady miasta, odpuszczono by panu temat związany z miejscem zamieszkania?
Myślę, że tak. To była tak sprawa rzucona…

Groteskowo brzmiało, że dojeżdża pan do żony.
Ale ja to sam opowiadałem.

No właśnie. A nawet podczas otwarcia Szkoły Podstawowej nr 9 w Fordonie widziano pana, jak wysiadał pan z samochodu na tablicach z powiatu bydgoskiego.
Zgoda, ale ja mam dwa samochody.

Teraz już tak.
Sam o tym mówiłem. Ale co mam zrobić – wziąć rozwód? (śmiech)

Wiedział pan, jak się skończyła chwila szczerości Jakuba Mendrego. Pana też wzięto na cel.
Tylko ja tego nie powiedziałem…

Dzisiaj pan mieszka w Fordonie czy w Osielsku?
Nadal w Fordonie.

I dalej dojeżdża pan do żony? Chociaż teraz są dwa samochody. Żona też może przyjechać.
Żeby było ciekawiej, żona jeździ moim na bydgoskich rejestracjach. Naprawdę.

Uczciwie trzeba przyznać, że radny Bydgoszczy powinien mieszkać w mieście.
Ale wtedy radny płacił tutaj wszystkie podatki…

Radny Mendry też tak tłumaczył.
Dalej – mieszkania, w którym jestem do dzisiaj z córką, nie opuściłem od roku 1992.

Historia zaraz zatoczy koło. Padną o to samo pytania do radnego Wenderlicha.
A gdzie on mieszka?

No będzie musiał tłumaczyć, że w Bydgoszczy. A pracował będzie w Warszawie.
Powiedziałbym, że na końcu trzeba dojść do tego, co jest miejscem stałego pobytu.

Z tym miała problem nawet komisja radnych badająca, gdzie inni radni śpią.
Mówię o elemencie prawnym. Jak to zmierzyć, gdzie ktoś, kto powiedzmy przyjeżdża na sobotę i niedzielę, jak Wenderlich i powiedzmy ja, ma miejsce stałego pobytu. Strasznie trudne.

Raczej – mało poważne.
Było wiele sytuacji w kraju, gdy radny przemeldowywał się w trakcie kadencji. Wtedy był inny wątek prawny. Ale jak się stale mieszka w tym samym miejscu, odprowadza podatki, to ocena tego jest strasznie trudna.


ZOBACZ TAKŻE: WIĘCEJ WYWIADÓW Z CYKLU STUDIO METROPOLIA


Żona pana teraz ogląda częściej czy rzadziej, niż gdy był pan w radzie miasta?
Rzadziej, rzadziej.

Ile opuścił pan głosowań w tej kadencji?
Jedno.

Które?
Głosowanie dotyczące Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

I dwóch miliardów złotych dla TVP. Pan – debiutant sejmowy wykazał więcej wyczucia niż doświadczona posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska. Gdybym był partią rządzącą, chciałbym mieć taką właśnie opozycję.
Dlaczego?

Chcecie zrywać kworum i – mówiąc kolokwialnie – wykładacie się.
Jeśli chodzi o Śledzińską-Katarasińską, to w jej wydaniu był to zwyczajny przypadek i sądzę, że koledzy nie mają jej tego za złe. Ja jej słuchałem o pierwszej w nocy, gdy na sali było kilkanaście osób i mówiła o tej ustawie z dużym zacięciem. Nie sądzę, że zagłosowała celowo. Podobno było tak – jej wypowiedź była ostatnia przed głosowaniem, idąc na mównicę nacisnęła przycisk „przeciw”, powiedziała swoje, wróciła, wyjęła kartę. System zaznaczył, że oddała głos.

Opozycja cierpi na brak wyrachowania.
Ja wiem, ale gorzej było chyba z szefową partii Zielonych (Magdaleną Tracz – dod. red.). Nawet partia Porozumienie nie głosowała. A ona jednak tak. Przegraliśmy przez dwa głosy.

No i to była praprzyczyna, dzięki której posłanka Joanna Lichocka mogła zademonstrować swój triumfalizm. Co bardziej powinno denerwować – gest, który pokazała, czy sposób, w jaki się tłumaczyła?
Doszliśmy do ściany i zakłamania. Co innego mówimy, co innego robimy. Zresztą, co ciekawe, miała być sprawozdawcą uchwały, która potępia