Bydgoszcz
16C
Niebo częściowo zachmurzone
93% wilgotność
Wiatr: 5km/h SSW
H 16 • L 16
16C
Sob
18C
Nd
18C
Pon
20C
Wt
23C
Sr
Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]
Metropolia BydgoskaBydgoszczPolitykaJan Szopiński: Dziękuję Grzegorzowi Schetynie. On jest ojcem naszego sukcesu [STUDIO METROPOLIA]
Jan Szopiński - SF
21.02.2020 | 06:05

Jan Szopiński: Dziękuję Grzegorzowi Schetynie. On jest ojcem naszego sukcesu [STUDIO METROPOLIA]

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Jan Szopiński w przeszłości był wicemarszałkiem województwa, zastępcą prezydenta Bydgoszczy i wiceprzewodniczącym rady miasta. Od jesieni 2019 roku jest posłem.

Fot. Szymon Fiałkowski

Rozmowa z Janem Szopińskim, posłem Lewicy, byłym zastępcą prezydenta Bydgoszczy i wiceprzewodniczącym rady miasta, o odradzaniu się lewicy, aferze sypialnianej, oglądaniu Telewizji Polskiej, finansowaniu inwestycji w Bydgoszczy i regionie, a także o tym, czy z przekonaniem zagłosuje w wyborach prezydenckich na Roberta Biedronia.

Gra pan czasem w Toto-Lotka?
Czasami.

Udało się już coś wygrać?
Ostatnio udaje mi się wygrać tyle, że wychodzę na zero. Jest to taka zabawa, która moich pieniędzy więc nie angażuje.

A ile by pan postawił kilkanaście miesięcy temu, że wystartuje w wyborach do sejmu w 2019 roku, więcej – zdobędzie pan prawie 12 tysięcy głosów i się w tym sejmie znajdzie?
W ogóle bym nie obstawiał, bo nie zakładałem, że będę do sejmu startował. I to nie dlatego, że przegrałem w wyborach samorządowych (w roku 2018 Jan Szopiński bez powodzenia startował do sejmiku województwa – przyp. red.). Po pierwsze SLD miało małe poparcie. Po drugie, były też inne ugrupowania lewicowe na scenie, które startowały osobno. A SLD miał iść do wyborów razem z Platformą, więc sądziłem, że front będzie szeroki, ale akurat mnie tam nie będzie.

Tym większa pewnie była satysfakcja, gdy obejmował pan mandat. Zwłaszcza że szansa pojawiła się, gdy z SLD odszedł Ireneusz Nitkiewicz, który rok wcześniej zdecydował, że na liście do Rady Miasta Bydgoszczy pana nie będzie.
Być może tak było, zawsze można powiedzieć, że to nie ja, tylko kierownictwo partii podjęło taką decyzję. Ale wracając do satysfakcji, to ja za ojca sukcesu Lewicy uważam Grzegorza Schetynę. Na moim Facebooku do dzisiaj wisi wpis o Schetynie, który napisałem, gdy ten ogłosił, że w koalicji z Platformą SLD się nie znajdzie. Było to dokładnie 18 lipca. Napisałem wówczas, że lewica jeszcze będzie dziękować Schetynie za tę decyzję. On jest ojcem chrzestnym wspólnej listy Lewicy. Partie lewicowe były w niedostatku, rozglądały się w obie strony, w zasadzie nikt nie miał nic, ale – tak jak pisałem – była energia i przekonanie, że ta siła lewicowa odnowi polską politykę.

Włodzimierz Czarzasty nawet parafrazował później „Ziemię obiecaną”: Ty nie miałeś nic, on nie miał nic, ja nie miałem nic, razem wróciliśmy do sejmu.
Ja swoje słowa pisałem, gdy jeszcze nie miałem świadomości, że będę startował. Dzisiaj, gdy Lewica ma w sejmie 49 posłów, ludzie z Platformy, którzy wówczas decydowali o listach i koalicji, zapewne mają już świadomość popełnionego błędu. A my dostaliśmy bonus za to, że wystartowaliśmy, w dodatku wspólnie.

Jak się odradza feniks z popiołów, zwłaszcza gdy dwa miesiące przed wyborami lokomotywa wyborcza mówi, że odczepia dotychczasowe wagony i jedzie w tym samym kierunku, ale już z innymi? Ludzie zaczęli przychodzić i mówić: Panie Janku, musi pan?
Dużo osób, które mnie spotykały na mieście, a byli przeciwni, a może inaczej – zdziwieni decyzją Ireneusza Nitkiewicza mówiło, żebym wystartował. A ich zdziwienie wynikało z tego, że Nitkiewicz przez dziesięć lat był współpracownikiem Janusza Zemkego i z tego też wynikała jego wielkość na rynku politycznym. I nagle rezygnuje ze startu w Lewicy, co więcej – zostawia ją w sporym niedostatku. Poza tym pożegnanie odbywa się na Facebooku, a nie face-to-face. Zresztą, ono było podzielone na dwa etapy, bo najpierw napisał, że nie chce być w żadnej partii, a cztery dni później informuje, że idąc chodnikiem znalazł czwarte miejsce na liście Platformy.

Już widzę, jak się pan z przekąsem uśmiechał, gdy zobaczył pan wyniki.
Co do tego nie ma wątpliwości, chociaż może bardziej niż ja uśmiechali się ci, co byli w Lewicy, zostali, uwierzyli w plan, uczestniczyli i pomagali w kampanii. Odczuli nawet to mocniej jako sukces niż ja.

Nasuwa się kolejny cytat – z filmu „Psy”: Jeszcze tu (cenzura) wrócimy. I wróciliście. Stara gwardia wróciła, chociaż Krzysztof Gawkowski mówił o partii trzech pokoleń.
Cała lista faktycznie była układem z trzech pokoleń. I to trzeba im wszystkim oddać, bo gdyby nie oni, ani Gawkowskiego, ani mnie mogłoby nie być w sejmie. Albo byłaby jedna osoba. Każdy na to pracował – w swoim środowisku, w którym się obracał, mówił o tej liście, zdobywał głosy. Nie było takiego syndromu jak w 2018 roku, gdy miałem czwarty wynik w Bydgoszczy. Dombrowicz miał 7,5 tysiąca głosów – dostał się do sejmiku, Krupa – około 5 tysięcy – też, a ja miałem 10 tysięcy i mandatu nie dostałem. Nie kryję też, że zagłosowało na mnie sporo osób, które niekoniecznie utożsamiały się z SLD, ale pamiętały o mojej pracy jako wicemarszałka i zastępcy prezydenta.

A jak u pana jest z tą tożsamością – pan jest taką jednoosobową opozycją w partii?
Nie, członkiem SLD byłem zawsze, a że na radzie miasta mówiłem coś innego, to wynikało to z tego, co ludzie mi mówili i o co pytali. Zresztą po latach spoglądam na to tak, że osoby, które rządziły miastem, mogły dzięki temu nie słuchać wyłącznie głosów pochlebczych. Z korzyścią dla nich samych. W końcu prezydent Bruski wygrał ostatnie wybory już w pierwszej turze.

Z prezydentem na końcu współpracy w ratuszu łączyły pana raczej bardzo szorstkie relacje, podobnie jak z Anną Mackiewicz. No i z Ireneuszem Nitkiewiczem też. Wspólny mianownik – pan.
Ja myślę, że koleżanka Mackiewicz miała trudny zakres zarządzania miastem – gospodarka komunalna i śmieciowa. Dopiero dzisiaj to wychodzi. A że ja nie mówiłem tego, co ona by chciała i akceptowała, to tak jak mówiłem – słuchałem tego, co ludzie mówią. I dzięki temu prawo było poprawiane. A złe relacje z Ireneuszem Nitkiewiczem nie są mi znane, byłem szefem klubu, klub działał, jak trzeba. Bez zastrzeżeń.

Ale jednak Nitkiewicz miał okazję wprowadzać rzymską maksymę „dziel i rządź”. Nie wierzę, że propozycji startu do sejmiku w 2018 roku nie odebrał pan jak zesłania.
Nie jako zesłania, choć nie ma najmniejszych wątpliwości, że chciałem startować do rady miasta. Dobrze się orientowałem w kwestiach miejskich, byłem szefem klubu, współpracowałem z radami osiedli. Zresztą, obojętne byłoby mi to, z którego okręgu wystartuję. Brak na liście do rady miasta był dla mnie dziwny i niezbyt miły. Ale po czasie spojrzałem na to tak – byłbym w radzie, ale czy w wyborach do sejmu ktoś inny dostałby tyle samo głosów? A tak mieliśmy wynik na poziomie chyba 15-16 procent, czyli tak jak w kraju.

Myśli pan, że gdyby pan trafił do rady miasta, odpuszczono by panu temat związany z miejscem zamieszkania?
Myślę, że tak. To była tak sprawa rzucona…

Groteskowo brzmiało, że dojeżdża pan do żony.
Ale ja to sam opowiadałem.

No właśnie. A nawet podczas otwarcia Szkoły Podstawowej nr 9 w Fordonie widziano pana, jak wysiadał pan z samochodu na tablicach z powiatu bydgoskiego.
Zgoda, ale ja mam dwa samochody.

Teraz już tak.
Sam o tym mówiłem. Ale co mam zrobić – wziąć rozwód? (śmiech)

Wiedział pan, jak się skończyła chwila szczerości Jakuba Mendrego. Pana też wzięto na cel.
Tylko ja tego nie powiedziałem…

Dzisiaj pan mieszka w Fordonie czy w Osielsku?
Nadal w Fordonie.

I dalej dojeżdża pan do żony? Chociaż teraz są dwa samochody. Żona też może przyjechać.
Żeby było ciekawiej, żona jeździ moim na bydgoskich rejestracjach. Naprawdę.

Uczciwie trzeba przyznać, że radny Bydgoszczy powinien mieszkać w mieście.
Ale wtedy radny płacił tutaj wszystkie podatki…

Radny Mendry też tak tłumaczył.
Dalej – mieszkania, w którym jestem do dzisiaj z córką, nie opuściłem od roku 1992.

Historia zaraz zatoczy koło. Padną o to samo pytania do radnego Wenderlicha.
A gdzie on mieszka?

No będzie musiał tłumaczyć, że w Bydgoszczy. A pracował będzie w Warszawie.
Powiedziałbym, że na końcu trzeba dojść do tego, co jest miejscem stałego pobytu.

Z tym miała problem nawet komisja radnych badająca, gdzie inni radni śpią.
Mówię o elemencie prawnym. Jak to zmierzyć, gdzie ktoś, kto powiedzmy przyjeżdża na sobotę i niedzielę, jak Wenderlich i powiedzmy ja, ma miejsce stałego pobytu. Strasznie trudne.

Raczej – mało poważne.
Było wiele sytuacji w kraju, gdy radny przemeldowywał się w trakcie kadencji. Wtedy był inny wątek prawny. Ale jak się stale mieszka w tym samym miejscu, odprowadza podatki, to ocena tego jest strasznie trudna.


ZOBACZ TAKŻE: WIĘCEJ WYWIADÓW Z CYKLU STUDIO METROPOLIA


Żona pana teraz ogląda częściej czy rzadziej, niż gdy był pan w radzie miasta?
Rzadziej, rzadziej.

Ile opuścił pan głosowań w tej kadencji?
Jedno.

Które?
Głosowanie dotyczące Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

I dwóch miliardów złotych dla TVP. Pan – debiutant sejmowy wykazał więcej wyczucia niż doświadczona posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska. Gdybym był partią rządzącą, chciałbym mieć taką właśnie opozycję.
Dlaczego?

Chcecie zrywać kworum i – mówiąc kolokwialnie – wykładacie się.
Jeśli chodzi o Śledzińską-Katarasińską, to w jej wydaniu był to zwyczajny przypadek i sądzę, że koledzy nie mają jej tego za złe. Ja jej słuchałem o pierwszej w nocy, gdy na sali było kilkanaście osób i mówiła o tej ustawie z dużym zacięciem. Nie sądzę, że zagłosowała celowo. Podobno było tak – jej wypowiedź była ostatnia przed głosowaniem, idąc na mównicę nacisnęła przycisk „przeciw”, powiedziała swoje, wróciła, wyjęła kartę. System zaznaczył, że oddała głos.

Opozycja cierpi na brak wyrachowania.
Ja wiem, ale gorzej było chyba z szefową partii Zielonych (Magdaleną Tracz – dod. red.). Nawet partia Porozumienie nie głosowała. A ona jednak tak. Przegraliśmy przez dwa głosy.

No i to była praprzyczyna, dzięki której posłanka Joanna Lichocka mogła zademonstrować swój triumfalizm. Co bardziej powinno denerwować – gest, który pokazała, czy sposób, w jaki się tłumaczyła?
Doszliśmy do ściany i zakłamania. Co innego mówimy, co innego robimy. Zresztą, co ciekawe, miała być sprawozdawcą uchwały, która potępiała zachowanie tych, którzy protestowali chociażby w Pucku.

Ogląda pan w ogóle Telewizję Polską? Wiadomości, TVP info?
Zacząłem oglądać.

Wcześniej była profilaktyka. No tak, pan z komisji zdrowia.
Profilaktyka, ale muszę zacząć oglądać, żeby wiedzieć, o czym mówi część społeczeństwa, co tam ogląda. Gdy mówi się o chorobach onkologicznych i występuje podobno dyrektor Centrum Onkologii w Kielcach, a nim nie jest, to trzeba się zainteresować.

Dyrektor Jarosław Olechowski już wyjaśnił: Niezamierzona pomyłka.
Ale ci, co w niedzielę to oglądali, to niekoniecznie musieli o tym wiedzieć. I teraz trzeba się zastanowić, czy to jest grupa amatorów, na którą dajemy duże pieniądze. Sprostowanie powinno być już po dzienniku. Przepraszamy, to nie jest ten człowiek. A niezamierzoną pomyłkę prostowano następnego dnia na Twitterze.

Pan wierzy w te wyjaśnienia?
Nie, nie przypuszczam, żeby było to niezamierzone.

Wyrobił sobie pan już zdanie o TVP?
TVP Info oglądam… szczególnie. Tam występują różni politycy. Obserwuję, jak dyskutują, o czym dyskutują.

Z racji wieku to ja o takim poziomie propagandy głównie słyszałem albo oglądałem w archiwach na YouTubie.
Nie, nie, źle pan mówi. Maciej Szczepański, który był prezesem telewizji do 1990 roku, to się powinien uczyć, jak się robi taką telewizję. Choćby w aspekcie wywiadu dotyczącego onkologii w Kielcach, później – przez kilka dni pokazywania, jak rosną nakłady na onkologię, i to bez komentarza. A rosną, bo rosną nasze wpłaty. Więcej osób zatrudnionych, to więcej pieniędzy na fundusz zdrowia i służbę zdrowia.

Onkologia stała się nagle języczkiem u wagi. Robert Biedroń wskazuje, że w Polsce na raka choruje 8 milionów ludzi, a 100 tysięcy rocznie umiera. I dodaje, że zamiast na katechetów, chce dać na onkologię, a zamiast na F-35 – na ochronę zdrowia. Państwo to złożony organizm, trąca populizmem.
Są to oczywiście pewne skróty. Ale trwała dyskusja, czy kupić F-35 czy może kupić F-16, a różnicę przeznaczyć na zdrowie. Więc to nie jest populizm. Same samoloty to tylko pierwszy koszt, później dochodzi jeszcze utrzymanie. O tym zresztą miała toczyć się dyskusja na komisji obrony narodowej. Ale PiS i ministerstwo do tego nie dopuściły. A warunki zakupu są znane tylko ministerstwu.

Zobacz również:

Robert Biedroń: Przyjeżdżam do Bydgoszczy jako kandydat na prezydenta i jestem z tego szczególnie dumny

Włodzimierz Czarzasty po wtorkowym wywiadzie w „Kropce nad i” napisał o Biedroniu: „Dojrzał. Zagłosuję na niego”. Pan też? Z lojalności czy przekonania?
Zawsze są wątpliwości przy głosowaniu. Natomiast dzisiaj Robert Biedroń jest reprezentantem Lewicy. W kampanii, z tego, co obserwuję, ma szereg fajnych pomysłów na prezydenturę. Czy to dotyczących budownictwa, czy też osób starszych lub nauczycieli. Mnie te pomysły odpowiadają, dlatego na niego zagłosuję.

Biedroń powiedział też, że chciałby prezydentury na wzór Aleksandra Kwaśniewskiego, który odcinał partyjną pępowinę. Dla samej partii to nie jest dobry sygnał.
To jest dobry sygnał w tym sensie, że prezydent powinien zdać legitymację partyjną.

Przecież prezydent Duda tak zrobił.
Tak zrobił, ale dla prezydenta Dudy źródło sterowania było i jest w siedzibie PiS-u. Nie ma takiej sytuacji, żeby tam czegoś nie konsultował. A moim zdaniem powinno być tak, że prezydent konsultuje się z narodem, a nie partią.

Czy wiarygodność Biedronia nie jest już podważona przez deklarację startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego i rezygnacji z mandatu, czego nie zrobił?
Ta deklaracja była wypowiedziana, gdy był okres wyborczy do Parlamentu Europejskiego. Później zaszły zmiany – Lewica zjednoczona poszła do sejmu, zapadła decyzja, że dwóch liderów idzie w wyborach do sejmu, a jeden – w wyborach prezydenckich.

A może Biedroń bał się, że zostanie z niczym?
Nie sądzę. Na dzisiaj wyniki wskazują, że zostałby posłem i był w polskim parlamencie. Listy budowano do ostatniej chwili, a wtedy sondaże dawały Lewicy już około dziesięciu procent.

To jeszcze porozmawiajmy trochę o procentach. Ile daje pan procent szans, że do 2025 roku pojedziemy S10 pomiędzy Bydgoszczą a Toruniem?
(chwila namysłu) 50 procent.

Sporo. Skąd ten optymizm?
Na spotkaniu z przedstawicielami ministerstwa i GDDKiA padła informacja, że w przyszłym roku rozpoczną się prace drogowe. To znaczy, że do 2025 się skończą. Na dzisiaj czekamy na zgodę instytucji…

Eurostatu. Bo droga ma być budowana w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego.
Ministerstwo zapewniło, że wysłało wszystkie wnioski, włącznie z naszym odcinkiem, i w tym roku wróci do nich decyzja. A jak przyjdzie w pierwszej połowie roku, to w przyszłym roku prace wystartują. Pytanie, czy wystartują też po to zlecenie firmy…

Koronny argument jest taki – nikt w tej formule drogi ekspresowej jeszcze nie zbudował.
Nie do końca. Pytałem o to i pokazywano mi dwa odcinki w Polsce, które w ten sposób zrealizowano. Poproszę o tę informację raz jeszcze, bo posiedzenia zespołów parlamentarnych nie są transmitowane.

W zespole ds. budowy S10 z osób, które realnie mają wpływ na decyzję o budowie, zasiada jedynie jeden polityk PiS – senator Marek Martynowski. S10 to dla jego partii chyba jednak nie jest priorytet.
Jako debiutant nie chciałbym w tym zakresie źle myśleć o intencjach Prawa i Sprawiedliwości. Daję im kredyt zaufania. Może zdaniem tych, którzy się do tego zespołu nie zapisali, wszystko jest poukładane, prace rozpoczną się w przyszłym roku, w tym roku będzie przetarg, więc nie ma czego pilnować.

Pan z kolei już zdążył zaapelować do ministra Andrzeja Adamczyka, żeby nie czytał poprawki o sfinansowaniu S10, tylko podjął decyzję i ją budował. Dołączył pan też do prezydenta Rafała Bruskiego – on chciał premierowi Morawieckiemu wysyłać nekrologii, pan z trybuny sejmowej mówił o drodze „naznaczonej krzyżami”.
Miałem na względzie kilku moich znajomych, którzy tam zginęli. Między innymi Magdę Kwiatkowską, która podlegała mi, gdy byłem zastępcą prezydenta. Dużo rozmawialiśmy o BTBS-ie, często się spotykaliśmy. To jest duża strata.

Dla mnie dołączenie odcinka Bydgoszcz – Toruń do pakietu odcinków obwodnicy Trójmiasta jest dość osobliwym działaniem.
Dla mnie jest to dziwne, dlatego pytałem o zbudowane w formule PPP drogi. Wykorzystuję każdą okazję. Czy to trybunę w sejmie, czy pytania na zespole, gdzie jestem wiceprzewodniczącym. Po jakimś czasie ponownie będziemy odpytywali resort i GDDKiA, jak daleko jesteśmy, czy jest opinia, co z nią zrobiliśmy. Obawiam się jednak, że może nie być polskich czy zagranicznych firm, które będą chciały w tym uczestniczyć. A tego pytania jeszcze nie zadałem – co będzie, jak nikt nie wystartuje.

Sprawa S10 zaczęła niecierpliwić nawet posłankę PiS Ewę Kozanecką.
Widziałem, czytałem jej interpelację.

A pan dostał już odpowiedź na swoją, co z pieniędzmi na kampus Akademii Muzycznej?
Nie, jeszcze nie.

Trochę to przypomina bieganie po mieszkaniu i szukanie po zakamarkach pieniędzy. Co chwilę w tym temacie zmienia się zdanie. Czy pana zdaniem w tym roku pojawią się potrzebne na budowę nowej siedziby środki?
Wierzę, że się pojawią. Ale może się okazać, że się pojawią, a nie zostaną wykorzystane. Bo jeśli to miałyby być fundusze unijne, to trzeba je do któregoś momentu wykorzystać.

Ale akurat akademia ma być finansowana ze środków rządowych, nie unijnych.
A to przepraszam. Mój błąd.

Ale o funduszach unijnych chętnie też porozmawiam. Jaki jest pana status w szpitalu zakaźnym?
Jestem na urlopie bezpłatnym.

Zobacz również:

Marszałek kluczy w sprawie finansowania budowy czwartego kręgu Opery Nova. Nowy pomysł to fundusze unijne

Tam miał pan się zajmować funduszami unijnymi. Docierały do pana jakiekolwiek informacje, że jest realne zbudowanie czwartego kręgu Opery Nova ze środków unijnych, skoro już w obecnej perspektywie Unia Europejska ograniczyła inwestycje w kulturę do 5 mln euro?
Nic o tym nie wiem. Ale jeszcze dwa zdania o rozbudowie opery czy kwestii kampusu oraz rozbudowy Filharmonii Pomorskiej. Składałem w tej sprawie poprawki do budżetu, ale zostały one odrzucone głosami kolegów z PiS-u.

Tego akurat można się było spodziewać.
W kwestii Akademii Muzycznej, po jej sukcesach czy wobec renomy nie tylko w kraju, ale również za granicą, to minister Gliński wyjścia nie ma. Ale na początku nie chciał dać, decyzja była na nie. Nie wiem, czy on w ogóle wiedział, że akademia funkcjonuje.

Daje pan wiarę zapewnieniom, że pieniądze w tym roku będą. Minister Łukasz Schreiber mówi o tym non stop.
Pożyjemy, zobaczymy. Ale dobrze, że są wybory prezydenckie, bo to będzie wymuszało po stronie rządzących przyspieszone działania. Trzeba przegłosować budżet, potem prezydent ma czas na jego podpisanie. I nic nie stoi na przeszkodzie, żeby minister Gliński przygotował i przegłosował uchwałę o finansowaniu. Natomiast medialny entourage, które temu towarzyszy, przekazywanie promesy, to jest dla mnie – na gruncie zarządzania finansami – kolejny akt propagandy.

A batalia o utworzenie Uniwersytetu Medycznego to też propaganda? Dostał pan w ogóle odpowiedź od wiceministra Maksymowicza?
Nie otrzymałem i raczej nie otrzymam. Bo to gorący kartofel dla rządu. Z jednej strony Maksymowicz mówił, że nie ma szans na utworzenie uczelni, z drugiej minister Schreiber mówił coś innego. Dlatego po całej dyskusji zapytałem, która wykładnia jest prawidłowa.

Minister Schreiber mówił później, że chodzi o autonomiczny wydział lekarski.
Nie chciałbym komentować, co mówił. Najlepiej, gdyby pokazał pismo.

Pokazywał z trybuny.
Pokazał okładki. Ja treści samego pisma nie znam. Nie wiem, co tam było. A to byłoby bardzo ciekawe. Nie chcę, żebyśmy opowiadali, o czym mówił, ale co napisał. A ja tego dokumentu nigdy nie widziałem. Poza tym, podczas ostatniego posiedzenia komisji zdrowia usłyszeliśmy, że pomiędzy rokiem 2016 a 2020 powstało sześć nowych akademii medycznych kształcących lekarzy. Pójdę tym tropem i zapytam, co to za ośrodki, choć mniej więcej wiem – Kielce, Gorzów. I zapytam, ilu jest tam kształconych lekarzy. W końcu podczas innej dyskusji minister zdrowia mówił, że lekarzy brakuje. Będziemy więc pytać.

A nie ma pan wrażenia, że cała batalia o uczelnię medyczną to wielka improwizacja. A samo zbieranie podpisów miało uratować w 2015 roku głosy dla Platformy Obywatelskiej?
Wtedy tak było, ale przecież inicjatywę popierali też politycy PiS-u. Dzisiaj są na wysokich stanowiskach, więc jeśli wtedy popierali, to dlaczego mieliby teraz zmienić zdanie? Fakt, że zbierano podpisy w dość niekorzystnym czasie, trwała kampania. Ale jest nowe rozdanie sejmowe, wniosek trafił do dwóch komisji – edukacji i zdrowia. Rozpoczynamy prace w tej sprawie. A przecież cały czas zmienia się otoczenie w województwie. Do tego stopnia, że za rok czy dwa lata otwarty zostanie nowoczesny szpital w Toruniu. Nie wierzę, że nie będzie zakusów, żeby utworzyć na jego bazie wydział lekarski.

Pan już kiedyś mówił, że jeśli Bydgoszcz będzie marginalizowana, to będziemy szli w kierunku rozpadu województwa. Erozja postępuje…
W kwestii dotyczącej czwartego kręgu jestem zupełnie spokojny. Bo to też ma brzemię kampanii wyborczej. Były podpisane porozumienia, notabene też w kampanii. A pan prezydent i pan marszałek są w PO. Nie wierzę, że sytuacja nie zostanie rozwiązana. Marszałek szuka pieniędzy, teraz w unii, chce zaoszczędzić. Ale za kilka miesięcy ci, którzy obserwują te działania, zapytają, jak daleko jesteśmy z projektem.

Ja uważam, że pytać trzeba już.
Nie powinno być tak, że projekt będzie sierotą, a dyrektor opery będzie jedynym, który pyta. Z deklaracji trzeba się wywiązywać.

Był pan dwukrotnie wicemarszałkiem. Zdarzyło się tak, że mówiono: „Budujemy”, a później szukano pieniędzy? To niepoważne.
Z punktu widzenia marszałka to jest oszczędzanie pieniędzy. Moim zdaniem sytuacja wyjaśni się w ciągu czterech miesięcy. Jakie pieniądze będzie można pozyskać z unii, czy w ogóle będzie można po nie sięgnąć. Od tej inwestycji nie ma odwrotu, bez względu na sposób finansowania. Była wspólna deklaracja, ale to, że jest to teraz kierowane w stronę funduszy unijnych, to wyrażam z tego powodu zdziwienie.

Ja się zdziwiłem, że pan się pozapisywał do tylu zespołów parlamentarnych. A to współpraca z Gruzją, Francją, Mołdawią, Słowacją czy Włochami. No i jeszcze zespół ds. strażaków, który liczy 122 osoby i ma 10 wiceprzewodniczących.
To jest największy zespół, gdzie są reprezentanci wszystkich ugrupowań, a szefem jest kolega poseł z PiS-u. Zespół funkcjonuje już z 20 lat i – gdy strażacy mają problemy – dyskutuje się na nim o finansowaniu dużych czy małych samochodów, powrotu ustawy dot. emerytur czy chociażby dodatków dla ochotników.

Rozumiem szlachetne intencje, zastanawia mnie rozmiar zespołu.
Spotkaliśmy się już z nowym komendantem PSP, rozmawiamy o zawodowych strażakach, o ochotnikach. A co do współpracy międzynarodowej. Konsulem honorowym Słowacji w Bydgoszczy jest niejaki Wiesław Olszewski i to on mnie namawiał i lobbował, żebym do takiego zespołu wszedł. A inne kierunki wynikają z moich doświadczeń we współpracy miasta czy województwa. Choćby z rejonem Tuluzy, gdzie za pieniądze unijne ćwiczyliśmy przez półtora roku opisywanie dokumentów czy aplikowanie o środki, gdy chcieliśmy wejść do Unii Europejskiej. To taki akces z sympatii do Francji.

A nuż uda się wyjechać na jakąś wycieczkę.
Trudno powiedzieć, w tej sprawie nikt nic nie mówił. Ale akurat wątek francuski związany jest z doświadczeniami regionalnymi.

Regionalnie to mamy trudne doświadczenia z koleją. Od wielu lat o reaktywacji czy odbudowie linii dużo się mówi, a nie dzieje się nic. Dyskusja dla dyskusji.
Nic się faktycznie nie wydarzyło takiego, żebyśmy mogli mówić, że za rok, dwa rozpoczynamy prace przy odcinku np. Kcynia – Gołańcz. Przy okazji Centralnego Portu Komunikacyjnego apelowałem też, żeby nie okazało się, że – gdy pojawi się mniejsza inwestycja – to urzędnik wyciągnie dokument, że to nie jest powiązane z CPK i sprawa upadnie. Chociaż nie wiadomo, czy z CPK nie będzie jak z 100 obwodnicami. Dlatego apelujemy – do rady miasta, do marszałka i sejmiku, żeby się tematem kolejowym zająć. Dobra byłaby linia kolejowa do Koronowa, później moglibyśmy iść dalej. To dobre rozwiązania także dla miasta, które ma być centralnym miastem metropolii.

Marszałek od lat mówi o niektórych liniach, że są bardzo istotne. I tylko mówi.
Jesteśmy na etapie nowych pieniędzy unijnych. Mam nadzieję, że jak teraz usiądziemy przy stole, to nie będzie to ustalanie dla samego ustalania. I za półtora roku będziemy rozmawiali o tym samym. Problemem nie jest, czy wierzę marszałkowi, ale to, żeby z grupą doradców usiadł i określił z samorządami wartości minimalne dla rozwoju regionu. Czyli – co musimy zrobić. I wartości maksymalne, gdy będzie więcej pieniędzy. Szczerze przyznaję, że są wątpliwości i głosy, że po tamtej stronie Wisły dzieje się więcej niż tutaj. A nie chcę, żeby tak było.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane treści