Paweł Bokiej: Pokażemy pomysły na Halę Targową i Młyny Rothera [WYWIAD]
Dodano: 06.02.2024 | 06:00Na zdjęciu: Paweł Bokiej jest radnym od 2016 roku.
Fot. Szymon Fiałkowski
Paweł Bokiej to jeden z najaktywniejszych bydgoskich radnych – komentuje bieżące wydarzenia w mediach społecznościowych, zabiera głos na sesjach, pisze też interpelacje dotyczące spraw bliskiemu mu Szwederowa i Górzyskowa, ale nie tylko. Przed startem kampanii poprosiliśmy go o ocenę pięcioletniej kadencji zarówno rady, jak i prezydenta Rafała Bruskiego, pytamy dlaczego klub PiS nie głosuje za budżetem miasta oraz jaka jest jego wizja na Młyny Rothera, plac Teatralny czy Halę Targową.
Błażej Bembnista: W tej rozmowie poruszymy przede wszystkim tematy lokalne, ale nie sposób jej zacząć od pytania, w jaki sposób wyniki wyborów parlamentarnych wpływają na lokalne struktury Prawa i Sprawiedliwości i na to, jak Pana formacja przygotowuje się do wyborów samorządowych?
Paweł Bokiej: To jest ciężka sytuacja. Po porażce zawsze trzeba się otrząsnąć, są gorsze nastroje niż po zwycięstwie. Od lat śledzę politykę i zazwyczaj było tak, że zwycięzca wyborów otrzymywał jakąś premię społeczną – a teraz widzimy, że sondaże nie dały tej premii obecnie rządzącej koalicji. Może to efekt jej bardzo ostrych, radykalnych działań? Nie podobają się one części osób, które ją popierają.
Z drugiej strony widzę jednak ogromną mobilizację naszych sympatyków. Jest ich dużo na organizowanych przez PiS pikietach i demonstracjach – sytuacja w kraju mocno na nich oddziałuje. Pytanie, jak to przełoży się na wynik wyborczy. Frekwencja w wyborach samorządowych jest zawsze niższa, wygrywa się je mobilizacją. Wierzę, że jesteśmy w stanie powalczyć o dobry rezultat – i to mimo niesprzyjającej nam sytuacji.
Przed wyborami możemy już się pokusić o podsumowanie mijającej kadencji. Jako radny złożył Pan kilkadziesiąt interpelacji, zabiera Pan głos na sesjach i komentuje różne miejskie sprawy w mediach społecznościowych. To – na tle obecnej rady – czyni z Pana jednego z jej najbardziej aktywnych członków. Czy wyborcy to docenią?
Zawsze da się zrobić więcej. Wymienione przez Pana działania to w zasadzie jedyne, które mogę podejmować. Mam świadomość, że przy takim układzie politycznym i tak miażdżącej przewadze liczebnej rządzącej miastem koalicji trudno wygrywać głosowania i wprowadzać rozwiązania na rzecz miasta. My możemy nagłośnić pewne problemy, lobbować za jakimiś sprawami – ta skuteczność siłą rzeczy jest niższa, więc musimy się medialnie przebijać z narracją i pokazywać alternatywę dla obecnego układu
Ja zawsze byłem aktywną osobą, lubię zabierać głos i nie boję się krytyki. Staram się jako radny robić to, co mogę. Myślę, że ważna jest teraz aktywność internetowa – warto ją rozwijać. Staram się narzucać tematy i wyrażać własne zdanie.
Które nie zawsze jest zgodne z linią partii…
Powiem szczerzę, że lokalnie nie mamy jakiejś linii. Są sprawy absolutnie kluczowe, w których mamy dyscyplinę – na przykład głosowanie nad budżetem miasta, ale są takie, w których możemy mieć różne opinie. Mamy przyzwolenie na to, aby zabierać różne stanowiska. Nasz klub jest różnorodny i każdy członek zagospodarowuje swoją niszę. Warto robić cokolwiek, bo po niektórych radnych widzę, że nie mają profilu na Facebooku, udostępnionego telefonu czy e-maila. Media społecznościowe to dziś pierwszy kanał kontaktu.
W sprawie budżetu macie dyscyplinę i zawsze głosujcie przeciwko jego przyjęciu. Prezydent Rafał Bruski komentuje to słowami, że nie chcecie brać odpowiedzialności i jesteście przeciwko rozwojowi Bydgoszczy. Proszę wyjaśnić, dlaczego co roku podejmujecie taką decyzję?
Ja bym zapytał pana prezydenta, czy kiedy w Polsce rządziło PiS posłowie z jego ugrupowania głosowali za przyjęciem budżetu państwa? W tym dokumencie znajdują się ważne rozwiązania dla miasta i regionu. Nie lubię określenia “totalna opozycja” i radykalnego języka, ale sądzę, że ich radykalizm na arenie ogólnopolskiej był dużo większy niż nasze lokalne opinie. Staramy się proponować konstruktywne rozwiązania.
Czemu nie głosujemy za budżetem miasta? Po pierwsze – jesteśmy totalnie marginalizowani przez pana prezydenta. Pełnię funkcję radnego od 2016 roku i od tego czasu ani jeden nasz, nawet najdrobniejszy wniosek nie został przyjęty. Nigdy koalicja KO-Lewica nie wykazała jakiejkolwiek woli współpracy ani nawet dyskusji nad naszym pomysłem, by wspólnie coś przeforsować. Jeśli zawsze składamy wnioski budżetowe i one z góry są odrzucane, to nie możemy podpisywać się pod budżetem.
Moim zdaniem, sprytniejszym ruchem prezydenta Rafała Bruskiego byłoby przyjęcie któregoś z naszych wniosków budżetowych i pokazać: “ja chcę z wami rozmawiać, a wy zawsze jesteście przeciw”. On jednak nigdy nie podjął takiej próby.
Prezydent pewnie odpowiedziałby, że PiS nie uwzględniał poprawek parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej dotyczących spraw bydgoskich. I to jest fakt.
Ale to łatwo sprawdzić – w zeszłej kadencji uwzględniono część wniosków opozycji. Nie pamiętam budżetu państwa, w którym wszystkie poprawki byłyby odrzucane z klucza partyjnego. Oczywiście niektóre wnioski budziły kontrowersje i były blokowo przegłosowywane, ale te przyjmowane nigdy nie przebijały się do opinii publicznej. Ta proporcja jest inna niż w Bydgoszczy – żaden nasz wniosek nie przechodzi.
To jaka jest Pana ocena mijającej kadencji rady miasta? Jej posiedzenia są raczej dość przewidywalne i nudne.
Zdaję sobie sprawę, że nasze obrady śledzą najwytrwalsi. Mijającą kadencję oceniam negatywnie – nie mogę wyrazić innej opinii. Nie będę oceniać poszczególnych radnych – są ci bardzo zaangażowani, a są tacy, którzy rękawów sobie nie wyrywają. Chodzi mi bardziej o ogólną atmosferę sesji – nigdy nie było super, ale w ostatniej kadencji wszystko zostało podostrzone. Myślałem, że wraz ze zmianą pokoleniową na kluczowych stanowiskach nastąpi jakieś porozumienie, obrady będą miały inną jakość, a dyskusje będą miały inny style – niestety jest jeszcze gorzej niż było.
Kadencja zaczęła się od nieposzanowania przez koalicję jakichkolwiek parytetów. Coś, co było standardem – równy podział przewodniczących komisji – zostało złamane. Komisjami szefują radni Koalicji Obywatelskiej, a opozycja nie ma swojego przedstawiciela w prezydium rady. Jego obecność ułatwiłaby pracę i przebieg samych obrad i byłaby dobrym argumentem dla opcji rządzącej: “przecież ustaliliśmy porządek, a wy teraz to kwestionujecie”. Oni nie próbują takich zabiegów. To mnie bardzo dziwi i smuci, podobnie jak sam styl prowadzenia sesji.
Ocena Moniki Matowskiej jako przewodniczącej rady nie będzie pozytywna?
Oczywiście. Jest to przewodnicząca całkowicie zależna od prezydenta. Jakkolwiek byśmy nie oceniali jej poprzedników, to były to charyzmatyczne osoby z dorobkiem, które często traciły na tym, że potrafiły się postawić. Wtedy miało się wrażenie, że przewodniczący jest ponad radnymi i czuwa nad porządkiem obrad – teraz pani Matowska nadużywa swoich kompetencji, jeśli chodzi o zabieranie głosu. Rozumiem, że może to uczynić w każdym momencie, ale powinna to robić w sprawach stricte porządkowych.
Mamy zatem do czynienia z “budką suflera”?
Przewodnicząca komentuje każdą wypowiedź. Warto poinformować Czytelników, że radny może zabrać głos na trzy minuty, a potem ma minutę na odpowiedź. Pani przewodnicząca komentuje na swój sposób wystąpienie każdego radnego…
Zazwyczaj jednak zabiera głos po wypowiedziach radnych PiS.
Tak, i w dodatku radni nie mogą się do tego odnieść. A to idzie w eter. Zadajemy pytanie prezydentowi, a przewodnicząca wychodzi ze swoimi opiniami. To jest jedna z rzeczy, które wpływają na jej ocenę. Druga to zależność od prezydenta Bruskiego i tego, co on narzuca. Obrady są prowadzone stronniczo.
Podam jako ciekawostkę, że opozycja ma prawo złożenia projektu uchwały, która w teorii musi być ujęta w porządku obrad. Przewodnicząca Matowska traktuje regulamin bardzo literalnie – w porządku znajdzie się nasz punkt, ale na sesji zarządza głosowanie i radni Platformy i Lewicy go zdejmują. Nie ma nawet nad nim dyskusji. Zdarzyło się także, że koalicja wniosła identyczny projekt uchwały, co nasz. To są małe rzeczy, ale fatalnie wpływają na atmosferę podczas sesji.
Z tematów politycznych przejdźmy na te, które bardziej interesują bydgoszczan. Nie sposób zacząć od Pana wystąpienia na ostatniej sesji, które dotyczyło realizacji zbiorników retencyjnych i przywrócenia przejezdności ulic. Zwrócił Pan uwagę, że odpowiedzi z ratusza są sprzeczne ze sobą, co wywołało reakcję Rafała Bruskiego. Co zdaniem Pawła Bokieja zawiodło w realizacji tej wielkiej inwestycji?
Zawiodło jej fatalne zaplanowanie i nadzór nad nią. Rozpoczęła się pięć lat temu – wyłoniono wykonawcę, który sobie z tym nie poradził. Miasto bardzo długo zwlekało z zerwaniem z nim umowy. Potem trzeba było zinwentaryzować roboty, rozpisać nowe przetargi – prezydent miał do wyboru albo zwrot pieniędzy z UE, albo podjęcie kolejnej próby. Podjął ją – tylko czasu na realizację było mało. Roboty się skumulowały – mieliśmy prawie 100 miejsc, które były naraz rozkopane. To się nie mogło udać.
Miasto wciąż utrzymuje, że inwestycja zakończyła się 11 grudnia, bo została rozliczona część kanalizacyjna. Bydgoszczanie widzą jednak, że roboty wciąż trwają.
Widać to m.in. na Mickiewicza, Staszica czy Skorupki, Podgórnej czy Pięknej – jako reprezentant Szwederowa szczególnie zwracał Pan uwagę na te ostatnie ulice.
Nie mam za złe prezydentowi, że powalczył, ale mam za złe, że obudził się zbyt późno i od początku należycie nie nadzorował tej inwestycji. Teraz za to manipuluje informacjami i nie potrafi wziąć winy na siebie. Irytuję mnie narracja “musimy się przemęczyć, by potem było lepiej”, bo nie musieliśmy się tak męczyć. Ten projekt nie wypalił jak należy – nie kwestionuję jego zasadności, ale w ostatnich miesiącach powstał wielki bałagan.
Jak zatem radny zaplanowałby realizację budowy i przebudowy kanalizacji deszczowej?
W ostatnim roku ciężko byłoby zrobić coś inaczej. Można było jedynie zrezygnować z części pieniędzy i odpuścić część zadań. Ten projekt nie był już do uratowania. Czas na to był pięć lat temu, teraz moglibyśmy co najwyżej złagodzić skutki i “wziąć to na klatę” – wytłumaczyć bydgoszczanom, czemu tak to wygląda, że miasto ratuje w ten sposób pieniądze z Unii. Można też było przeprowadzić konsultacje – na osiedlach wystarczyłoby zrobić drobne ruchy, by ułatwić życie mieszkańcom. Na przykład: inaczej sytuując przejście dla pieszych czy wprowadzić ręczne sterowanie ruchem. Mam wrażenie, że urzędnicy sami nie wychodzą z inicjatywą, a potem działają reakcyjnie, jak już się zrobi wielka afera. Ratusz powinien słuchać rad mieszkańców, a nie traktować ich jak atak na siebie.
Realizacja “retencji” uwidoczniła też problemy w informowaniu mieszkańców. MWiK i ZDMiKP zrzucają z siebie odpowiedzialność, a kierowcy nie interesuje, kto jest za to odpowiedzialny, tylko kiedy przestanie stać w korkach.
Prezydent Bruski dopytywał się mnie na ostatniej sesji o to, kto podpisał się pod odpowiedzią na moją interpelację. Ja uparcie twierdzę, że prezydent – nie jest on asystentem prezesa Drzewieckiego, a jego zwierzchnikiem. Jeśli przesyła mi jego odpowiedź, to znaczy, że się z nią zgadza.







