Bydgoszcz
16C
Niebo częściowo zachmurzone
100% wilgotność
Wiatr: 5km/h ENE
H 17 • L 16
15C
Nd
14C
Pon
16C
Wt
15C
Sr
13C
Czw
Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]
Metropolia BydgoskaBydgoszczMiastoWielka ucieczka. Niezwykła historia buntu w bydgoskim areszcie śledczym
Areszt śledczy Bydgoszcz - Wały Jagiellońskie_ SF
17.01.2020 | 21:21

Wielka ucieczka. Niezwykła historia buntu w bydgoskim areszcie śledczym

Sebastian Torzewsk | i s.torzewski@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Bydgoski areszt śledczy był w 1981 roku miejscem największej w czasach PRL ucieczki.

Fot. Szymon Fiałkowski

To była największa ucieczka więźniów w czasach PRL. We wrześniu 1981 roku doszło do buntu w areszcie śledczym na Wałach Jagiellońskich, w rezultacie którego uciekło 188 osób.

Jacek Cieślewicz trafił na Wały Jagiellońskie w maju 1981 roku. Zarzucano mu kradzież przedmiotów liturgicznych z kościoła przy ul. Fredry. Przyznał się, dzięki czemu większość łupu odnaleziono. W areszcie skarżył się na wykluczenie i agresję ze strony współwięźniów. W czerwcu podjął próbę samopodpalenia, a w lipcu chciał uciec. Dopominał się o przeniesienie do innej celi. Gdy się doczekał, trafił do celi nr 72,w której siedział już m.in. Andrzej K., zatrzymany za usiłowanie zabójstwa dwóch osób z broni palnej.

Być może był to błąd, który przeważył szalę. Ponoć K. miał zmusić młodszego współwięźnia do ucieczki. Może Cieślewicza sprowokował kamień, którym podczas spaceru miał w niego rzucić jeden ze strażników, jak przekonywał ojciec 17-latka. Faktem jest, że w sobotę, 5 września ok. godz. 15:00, po kilku minutach na spacerniaku, Cieślewicz zerwał się do ucieczki. Pobiegł po stromym, betonowym podmurowaniu, wspiął się na siatkę, dostał się na dach budynku gospodarczego i pobiegł w kierunku muru zewnętrznego. W końcu dotarł na sąsiadujący z aresztem teren ogrodu sądu. Wtedy został trafiony w plecy na wysokości jedenastego kręgu piersiowego.

Chwilę wcześniej strażnik z wieżyczki ostrzegał Cieślewicza i oddał serię strzałów ostrzegawczych. Karetka pojawiła się szybko. Nastolatek przeżył, choć lekarz stwierdził trwałe kalectwo. Pozostali osadzeni, którzy głośno dopingowali zbiega, nie widzieli finału, ale słyszeli. Strzał, karetka. Nie udało się. To był jednak dopiero prolog wydarzeń tego dnia.


WYWIAD POCHODZI ZE SPECJALNEGO WYDANIA CZASOPISMA METROPOLIABYDGOSKA.PL. POBIERZ PDF


Bunt

Na wieść o niepowodzeniu ucieczki więźniowie zaczęli krzyczeć w kierunku funkcjonariuszy i demolować areszt. Przybyły na miejsce naczelnik ppłk. Bogdan Jasiecki zarządził alarm i wprowadził stan ostrego pogotowia, ale osadzeni obrzucili go różnymi dostępnymi przedmiotami.  Próbowali się też kontaktować z ludzmi na ulicach przed aresztem.

Tłum szybko się gromadził, początkowo uzbierało się około 300 osób – głównie młodych ludzi, często byłych więźniów. Niektórzy zaczęli kierować kamienie w stronę aresztu, a o godz. 16:30 spróbowali zaatakować areszt, dobijając się do bramy głównej. Milicji nadal nie było. Zjawili się za to członkowie Solidarności, którzy zdołali zapanować nad tłumem. Nie pozwolono im jednak porozmawiać z więźniami, którzy zaczęli uwalniać się z cel.

Godzinę później, liczący już około 500 osób tłum, ponownie spróbował zaatakować areszt. Milicjantów nadal nie było widać. Wewnątrz niewielka grupa wyposażona w pałki, tarcze i hełmy zrezygnowała z siłowego powstrzymania buntu. Przedstawicielom Solidarności znowu nie zezwolono na rozmowę z osadzonymi.

Ucieczka

Gdy funkcjonariusze służby więziennej czekali na instrukcje, aresztanci barykadowali się, wyważali drzwi i uwalniali kolegów. Na wieści o próbie siłowego rozwiązania sporu reagowali zapowiedziami okaleczeń, samobójstw i podpaleń. Zażądali rozmowy z udziałem przedstawicieli episkopatu, Solidarności, prokuratury i sądownictwa. Gdy ok. godz. 19:00 na miejscu pojawił się mały oddział milicjantów, aresztanci byli już w magazynie mundurowym, z którego uciekali dzięki prędko związanym prześcieradłom. Niektórzy zdobyli cywilne ubrania, inni przebrali się w znalezione mundury służby więziennej, a jeszcze inni dostali przebranie od zebranych przed aresztem.

Zobacz również:

Dwa miasta stały się jednym. Jak przyłączono Fordon do Bydgoszczy?

W ten sposób wydostało się około 70 osób. Funkcjonariusze w końcu dostali się do budynku i przecięli szlak ucieczki, ale wtedy więźniowie dostali się na dach przylegający do zewnętrznego muru ochronnego. Ucieczka trwała od 19:00. W Dzienniku Telewizyjnym poinformowano o buncie i agresywnym tłumie szturmującym bramy aresztu, co było wyraźną manipulacją. Dopiero około godz. 21:00, gdy tłum przed aresztem liczył już prawie dwa tysiące osób, na miejsce przybyły silniejsze oddziały milicji i ZOMO. Po namowach działaczki Solidarności Grażyny Kozimińskiej mundurowi wycofali się.

Uspokojenie

– Przybycie sił milicyjnych oznaczało koniec ucieczki więźniów, żaden aresztant nie odważyłby się przebijać przez kordon wokół aresztu – pisze dr Tomasz Kozłowski, autor książki Bunt w bydgoskim areszcie śledczym w 1981 roku.

Czemu jednak milicjanci, którzy zgodnie z procedurami mieli zabezpieczyć sytuacje na zewnątrz, zwlekali tak długo? Kozłowski przedstawia dwie hipotezy – pierwszą zakładającą świadome działanie w celu chwilowej destabilizacji sytuacji w mieście do uwiarygodnienia tezy o niestabilnej sytuacji w kraju i drugą – jego zdaniem bardziej prawdopodobną – przedstawiającą prawdopodobne wahanie władz przed podjęciem decyzji z obawy o ewentualne konsekwencji wyprowadzenia uzbrojonych oddziałów przeciwko tłumowi, zwłaszcza pamiętając o niedawnych wydarzeniach marcowych.

Po godz. 21 przedstawiciele władz miasta, regionu i sił porządkowych spotkali się z grupą wysłanników Solidarności, której delegaci ostatecznie zostali dopuszczeni do rozmowy z więźniami. Tłum sprzed aresztu zaczął rozchodzić się dopiero około godziny 2:00, gdy więźniowie uspokoili zgromadzonych. Niebezpieczeństwo zamieszek zostało zażegnane.

Negocjacje

W nocy na miejsce dotarli z Warszawy członkowie specjalnie powołanej komisji ministerstwa sprawiedliwości, a nad ranem komitet protestacyjny przedstawił 28 postulatów sformułowanych przy pomocy Solidarności. Dotyczyły one zarówno bieżącej sytuacji, jak i poprawy warunków odbywania kary, zmian przepisów prawa penitencjarnego oraz Kodeksu karnego. Lista nie zawierała zgłaszanego wcześniej żądania wyjaśnienia wydarzeń marcowych. Prawdopodobnie obawiano się, że bunt zostanie wówczas wykorzystany do spraw politycznych.

Rozmowy prowadzono do godz. 16:00. Bez skutku. Władze jako warunek konieczny do kontynuowania negocjacji przedstawiły zmianę miejsca. Nie chciały jednak udzielić osadzonym żądanych gwarancji. Zdaniem Kozłowskiego, była to udana próba przedstawienia warunków nie do zaakceptowania. Rozmowy zostały zakończone. Można była realizować zamiary gen. Stanisława Jabłonowskiego z Warszawy, który chciał siłą powstrzymać bunt, czemu sprzeciwiały się władze lokalne. Zapowiedziano podjęcie szturmu, o czym poinformowano protestujących. Po dłuższych namowach więźniowie zdecydowali się skapitulować. Bunt zakończył się 7 września około godziny 19:00, gdy ostatni aresztanci zostali przewiezieni do zakładów w Inowrocławiu i Koronowie.

Na ulicach miasta doszło jeszcze do rozruchów. Łącznie podczas starć z milicją zatrzymano siedem osób, a wśród nich – jednego z więźniów, który kilka godzin wcześniej brał udział w ucieczce. Do późnego popołudnia 8 września oddało się w ręce organów ścigania lub zostało złapanych ponad 80 zbiegów. Po kolejnych pięciu dniach – 144. Jeden z aresztantów stawił się na swojej rozprawie w sądzie, w momencie, gdy ta miała zostać odroczona… z powodu jego ucieczki.

*Korzystałem z książki Bunt w bydgoskim areszcie śledczym w 1981 roku autorstwa dr. Tomasza Kozłowskiego oraz publikacji w magazynie Pamięć.pl.

Specjalny serwis na stulecie powrotu miasta do Polski – TUTAJ

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane treści