Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]

Bydgoski kolarz wygrał pierwszy Tour de Pologne. Niezwykła historia Feliksa Więcka

Dodano: 03.08.2018 | 14:33

Na zdjęciu: Feliks Więcek podczas Wyścigu kolarskiego llustrowanego Kuriera Codziennego na trasie Kraków - Katowice – Kraków w 1932 roku.

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Okazało się, iż nie wiedząc nic o tem, posiadaliśmy kolarza szosowego o prawdziwie pierwszorzędnych walorach, mierząc nawet skalą międzynarodową” – takim zdaniem redaktor Przeglądu Sportowego podsumował występ Feliksa Więcka w Tour de Pologne w 1928 roku. Zawodnik Bydgoskiego Klubu Kolarskiego sensacyjnie wygrał pierwszą edycję wyścigu dookoła Polski.

Feliks Więcek przyszedł na świat 24 lata wcześniej w wielkopolskim Ignacowie. Czy już w dzieciństwie namiętnie jeździł rowerem? Tego nie wiadomo, ale kiedy w 1923 roku wyjechał do Brześcia nad Bugiem, gdzie mieszkał jego brat, kupił jednoślad z fabryki należącej do Bronisława Wahrena i wówczas wystartował w swoich pierwszych zawodach kolarskich. Wyścig na 5 kilometrów ukończył na drugim miejscu, ulegając tylko Serafinowi Ziembickiemu. Możliwe nawet, że po zakończeniu zmagań mówiono o zdolnym kolarzu, który wkrótce pokaże się krajowej publiczności. Za takiego bowiem uchodził Ziembicki.

Dwa lata później, w sierpniu 1925 roku, 42 zawodników, a wśród nich dwóch wspomnianych kolarzy z Brześcia, stanęło na starcie pierwszego drogowego wieloetapowego wyścigu kolarskiego w Polsce – Biegu Dookoła Województwa Warszawskiego. Na Tour de Pologne było wtedy jeszcze za wcześnie. Co prawda właśnie w tym roku pojawiły się pierwsze doniesienia o możliwości organizacji ogólnopolskiego biegu (tak wówczas mówiono na wyścigi kolarskie), ale brakowało wtedy środków finansowych i obycia w przygotowaniu takich imprez. – Mimo wszystko zapał i chęć zebrania na przyszłość doświadczenia spowodowały, że niecały miesiąc od podjęcia przymiarki co do zorganizowania w Polsce kolarskiej imprezy wieloetapowej postanowiono zmobilizować środowisko i zdobyć niezbędne praktyki podczas trzyetapowego wyścigu – wspominał Tadeusz Murzyn w  publikacji na temat zawodów.

Dla kolarzy z Brześcia wyjątkowo udany był drugi etap tamtej imprezy. Więcek zajął piąte miejsce, a Ziembicki wygrał i został liderem wyścigu – Młody ten (21 lat), od roku zajmujący się kolarstwem, zawodnik posiada wiele danych na pierwszorzędnego kolarza. Mocno zbudowany, niesłychanie wytrzymały, posiada już wiele rutyny i rozumu w wyścigach szosowych – pisano o Ziembickim w Przeglądzie Sportowym, przewidując, że wkrótce może stać się zawodnikiem „nie do pobicia na długodystansowych wyścigach”.

Na trzecim, ostatnim etapie Ziembicki złapał gumę i musiał zadowolić się trzecią lokatą w klasyfikacji generalnej. Wygrał Józef Lange, olimpijczyk z Paryża i później z Amsterdamu. Więcek nie ukończył zmagań, ale za to stał się uczestnikiem „najbardziej przykrego zgrzytu”. W Kołbieli późniejszy zwycięzca TdP zsiadł z roweru, „dobity zbyt częstym popijaniem napojów w szczególności zimnej wody”. Wyrwał butelkę z herbatą z rąk swojego opiekuna i ze łzami w oczach mówił, że jest osłabiony, bo z samochodu wiozącego części podano mu „jakiś płyn z proszkiem”. – Panie sędzio, truciznę mi dali – miał mówić Więcek, na co sędzia kontroler z…  Brześcia, będący zarazem opiekunem Ziembickiego i Więcka, miał odpowiedzieć: Z tego warszawskiego auta? To jest całkiem możliwe. Za rzucanie takich podejrzeń, w obecności miejscowych organizatorów i kibiców, redaktor PS poważnie skarcił arbitra.

W drodze do Bydgoszczy

W tamtym roku Serafin Ziembicki pojawił się w Warszawie także na Kolarskim Biegu na Przełaj Rzeczypospolitej w Warszawie. Zajął czwarte miejsce. Więcka co prawda próżno szukać w czołówce, ale możliwe, że znalazł się w licznym gronie zawodników, którzy nie ukończyli zawodów, gdyż w następnych latach regularnie rywalizował w przełajowej odmianie kolarstwa. Ówczesny cyclocross zdecydowanie różnił się od obecnego. Dziś zawodnicy rywalizują na kilkukilometrowych pętlach, zaś wówczas oddano do ich dyspozycji 25 kilometrową trasę, na której trzeba było pokonać na przykład odnogę wiślaną. Rok później, Więcek już nie jako zawodnik niestowarzyszony, a zarejestrowany w Brzeskim Towarzystwie Cyklistów, zajął w tym wyścigu 7. miejsce. Zyskał właśnie podczas przeprawy przez wodę, gdy wziął rower na plecy i biegł z nim, a wielu innych nieskutecznie próbowało sforsować przeszkodę z rozpędu. W jeszcze kolejnym roku Więcek w warszawskich zawodach przełajowych był już drugi. Wówczas też został mistrzem województwa poleskiego.

feliks wiecek 1
Feliks Więcek w drodze po zwycięstwo w Wyścigu kolarskim llustrowanego Kuriera Codziennego na trasie Kraków – Katowice – Kraków w 1932 roku. / fot. NAC

Kalendarz startów ówczesnych kolarzy składał się głównie z kilku wyścigów ogólnokrajowych jak Bieg Dookoła Województwa Warszawskiego czy Bieg Expressu Porannego oraz licznych imprez lokalnych, wśród których prym wiodły wojewódzkie czempionaty. Więcek jako mistrz swojego regionu nie mógł jednak w Brześciu liczyć na dalszy rozwój. Po zakończeniu służby wojskowej szukał pracy. W 1928 roku próbował w Warszawie, Toruniu i w Poznaniu. Bez powodzenia. W Wielkopolsce poznał jednak Sierpińskiego, który akurat jechał na zawody do Bydgoszczy. Panowie wyruszyli w drogę razem i choć rower Więcka po trudach podróży nie był należycie przygotowany i z powodu awarii tylnego koła nie ukończył on wyścigu, to 24-latek poznał prezesa Kołakowskiego, który zaproponował mu jazdę w Bydgoskim Klubie Kolarskim. Do tego Więcka zatrudniono w masarni. Kolarz pracował od godz. 6:00 do 19:00, nie miał zbyt wiele czasu na trening i startował w lokalnych wyścigach w Inowrocławiu i Pakości, gdzie wygrał na 100 kilometrów. Pojawił się też na mistrzostwach województwa poznańskiego, zaś 1 sierpnia po dłuższej przerwie ponownie zagościł na łamach Przeglądu Sportowego: „Otwiera listę Więcek z Bydgoskiego Klubu Kolarzy, znany szosowiec, który w 1925 roku brał udział w biegu dookoła województwa warszawskiego. Zgłosił się na samym początku” – donosił redaktor. Przygotowania do I wyścigu dookoła Polski były w toku.

Co w bidonie, a po czym nogi rdzewieją?

Redakcja „PS” w czerwcu 1928 zadała czytelnikom pytanie, czy urządzić  Tour de Pologne. Zbliżały się igrzyska w Amsterdamie i uznano, że kolarstwo szosowe potrzebuje koła zamachowego. Wspominano o sukcesie Tour de France, tłumacząc, że organizacja podobnej imprezy nad Wisłę da narodowi energię. „Trzeba stworzyć taką imprezę szosową, któraby zwróciła na siebie oczy wszystkich, któraby umiała zelektryzować tłumy, któraby umiała napełnić młode, ambitne i gorące głowy wielkiemi marzeniami” – pisano. Już tydzień później w gazecie zamieszczono informację, że zawody odbędą się we wrześniu.

Przegląd Sportowy, będący organizatorem wyścigu (podobnie jak Tour de France był organizowany przez  L’Auto, protoplastę L’Equipe), zapewniał zawodnikom wyżywienie i nocleg. Drobne naprawy kolarze mieli wykonywać  sami, zaś przy poważniejszych pomagał „lotny magazyn operacyjny” znajdujący się w aucie zamykającym bieg. Zapisy ruszyły 18 lipca i właśnie Więcek był pierwszym zawodnikiem, którego zgłoszenie dotarło do organizatorów.  Dlatego też wystartował z niejako proroczym numerem 1. Do rywalizacji nie dopuszczono zawodników spoza Polski. „Chcieliśmy, by tytuł najlepszego kolarza Polski otrzymał  Polak, a nie przybysz, który nasz kraj poznał jedynie w czasie biegu i który być może nie umiałby sprostać wielkim moralnym obowiązkom, jakie tytuł ten nakłada”  – tłumaczono w obliczu czterech zgłoszeń z zagranicy.

Oprócz Więcka pierwszego dnia zapisał się też Stanisław Gronczewski z Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów.  Wielokrotny triumfator najcięższych prób długodystansowych – jak określali go ówcześni dziennikarze – kilka tygodni później udzielił nawet wywiadu, w którym opowiadał o przygotowaniach do wyścigu. Polecał najlepiej raz w tygodniu przejechać sobie 200 kilometrów i odpocząć. Jeździć dosyć szybko, ale nie przesadzać („Swoją miarę trzeba znać!”), a na dwa tygodnie przed wyścigiem zaprzestać treningów w ogóle. W jednym bidonie woził herbatę, a w drugim kawę. Wbrew dzisiejszym trendom, zdecydowanie odradzał moczenia nóg w zimnej wodzie – wówczas uważano, że od takiej formy regeneracji nogi „rdzewieją”. W gronie faworytów 40-latek nie wymienił Więcka. Znalazł za to miejsce dla jego dawnego kolegi z Brześcia, Ziembickiego.

Pierwszy raz dookoła Polski

7 września na starcie w Warszawie stanęło 70 zawodników. Więcek, podobnie jak ośmiu innych, jechał na Wahrenie. Według niektórych relacji, tym samym, na którym zaczynał karierę kilka lat feliks wiecek 2wcześniej. Według innych sprawozdań – na pożyczonym. Najliczniejszą grupę stanowili zawodnicy startujący na Ormonde (dwunastu), od których jednego przedstawiciela mniej mieli użytkownicy jednośladów z fabryki Franciszka Zawadzkiego.

Zawodnicy wystartowali na warszawskich brukach i szybko doszło do pierwszych kraks i awarii. Więcek od razu ustawił się w pierwszej grupie, po czym załapał się do kilkuosobowego odjazdu. Z upływem kolejnych kilometrów uciekinierów było coraz mniej, aż zostali tylko Więcek i Eugeniusz Michalak, olimpijczyk reprezentujący Legię. Jak relacjonował Przegląd Sportowy, w pewnym momencie między zawodnikami wywiązała się ostra wymiana zdań, gdyż Michalak unikał wychodzenia na zmianę. Siły odzyskał tuż przed metą w Lublinie i o pół koła pokonał Więcka, którego postawę uważano za niespodziewaną, a nawet szczęśliwą. Po zakończeniu zmagań zawodnicy dostali rosół z makaronem. Niektórzy byli tak głodni, że jedli po trzy porcje.

Drugi etap, prowadzący z Lublina do Lwowa, zgromadził na trasie sporą publiczność. „W jakiejś małej wiosczyźnie pod Fajsłowicami  stara wieśniaczka częstuje bez powodzenia przejeżdżających olbrzymią pajdą chleba i pięknym kęsem kiełbasy; pod Krasnymstawem jakieś  małe bobo sypiące kwiatki cudem  wydostaje się z pomiędzy pędzących zawodników” – relacjonował Przegląd Sportowy. W Izbicy wykrystalizowała się ucieczka, w której znalazł się Więcek.  Następnie, za Zamościem, bydgoszczanin odjechał wraz z Matlakiem i Jednaszewskim, po czym podyktował takie tempo, że ostatni z wymienionych zdecydował się odpuścić.  Tym razem współpraca między dwójką uciekinierów układała się dobrze i do 13 kilometrów przed metą obaj sumiennie dawali zmiany. Potem „Więcek tak świeży, jakby co dopiero bieg rozpoczął, poklepał Matlaka po przyjacielsku po ramieniu i zarwał tempo, które na tak krótkim odcinku zdołało mu zapewnić aż trzy kilometry przewagi”.  Michalak był na tym etapie dziewiąty, dzięki czemu Więcek miał już dziewięć minut przewagi w klasyfikacji generalnej. Uciekającego z nim Matlaka zdążyła niemal dogonić duża grupa zawodników, a sam zawodnik na tyle odczuł skutki jazdy sam na sam z Więckiem, że w kolejnych dniach był już cieniem kolarza z drugiego etapu.

Do  trzeciego etapu, z Lwowa do Rzeszowa, lider wystartował ze specjalną szarfę na piersi. Co prawda o aerodynamice nikt wówczas nie myślał tak jak dzisiaj, ale taki atrybut i tak okazał się dla kolarza skrajnie niewygodny, więc po pewnym czasie Więcek zdjął wyróżnienie. – Lepiej tak.  Przeszkadza mi pracować – stwierdził, oddając szarfę do przechowania. Na dalszych kilometrach pracował na tyle dobrze, że razem z Michalakiem jako pierwsi wpadli na metę.  Tym razem o pół koła lepszy był Więcek. Dzień później Michalak odpadł z walki o zwycięstwo, łamiąc ramę i tracąc czas na wymianę sprzętu. Dodatkowo, jak się później okazało, nie mogąc się doczekać wozu technicznego, przejechał kawałek sanitarką, za co dostał karę 30 minut.

Chwilę przed awarią roweru Michalaka Więcek odjechał od głównej grupy. Co prawda w Bochni upadł na bruk i musiał wyprostować pedał, ale na metę w Krakowie i tak wpadł z czterokilometrową przewagę nad następnym zawodnikiem. Dzień później rywale zaczęli jednak uważać, że liderowi zaczyna brakować sił. W  Sosnowcu, Będzinie i Siewierzu zorganizowano lotne finisze połączone ze strefami bufetowymi, na których czekały szklanki herbaty i kotlety. Więcek nie walczył na premiach, więc niektórzy zaczęli mówić towarzyszącym wyścigowi reporterom, że „się skończył”. – A ja głupi, lecieć na finisze i marnować siły? Ja idę na ogólne zwycięstwo. A prowadzić nie będę i nie mam zamiaru brać na siebie cały wyścig, po to, by mi który uciekły później świeży z kółka – odpowiedział dziennikarzom Więcek, nauczony być może doświadczeniami z inauguracyjnego etapu.

Kolejny lotny finisz zaplanowano w Częstochowie, ale tam jakość dróg była tak fatalna, że „trzeba było uważać, żeby koła  na drodze nie zostały”. Zawodnicy w ramach protestu zwolnili i zrezygnowali z walki na premii. Chwilowe spuszczenie z tonu tak niektórych uśpiło, że gdy już po finiszu Więcek, Michalak i Wisznicki zaatakowali, część zawodników nie zorientowała się, że odjechała ucieczka. Taki błąd drogo kosztował, bo grupa śmiałków dojechała do mety w Wieluniu, gdzie ponownie najszybszy był Więcek. W nagrodę dostał – niezbyt zgodną z promowaniem zdrowego stylu życia – srebrną kasetę na papierosy.

Kolejnego dnia Więcek, który – jak relacjonowano – na tym etapie rywalizacji był wesoły, żartował, czasem coś krzyknął – wygrał sprinterski finisz w Poznaniu. Dzień później kolarze