Bydgoszcz
10C
Mgła
100% wilgotność
Wiatr: 2km/h WNW
H 12 • L 8
16C
Czw
16C
Pt
15C
Sob
8C
Nd
8C
Pon
Relacja na żywo z dróg w Bydgoszczy i regionie w naszej nowej usłudze TRAFFIC. Kliknij, aby zobaczyć więcej.
Metropolia BydgoskaBydgoszczSportNajsłynniejsze derby w historii. Jak Astoria walczyła z Toruniem o I ligę
astoria bydgoszcz
03.10.2019 | 14:20

Najsłynniejsze derby w historii. Jak Astoria walczyła z Toruniem o I ligę

Na zdjęciu: W 1991 roku derby Astorii z AZS-em Toruń decydowały o grze w I lidze.

Fot. fragment nagrania z meczu

Już w sobotę w Bydgoszczy rozegrany zostanie pierwszy od trzynastu lat mecz ekstraklasy koszykarzy. W II kolejce Energa Basket Ligi Enea Astoria zmierzy się z Polskim Cukrem Toruń. Niespełna trzydzieści lat temu derbowa rywalizacja odbywała się na zakończenie sezonu. I decydowała o miejscu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Najpierw był spadek

W 1989 roku Astoria po raz pierwszy w swojej historii wywalczyła awans do I ligi koszykarzy. Zderzenie, bo tak należy nazwać to spotkanie z krajową czołówką, zakończyło się szybkim spadkiem. Jeszcze przed sezonem drużynę opuścili czołowi zawodnicy – Jacek Robak, Andrzej Raczkiewicz (przenieśli się do Lublina) i Jarosław Klimaszewski (zakończył karierę). Z drużyną pożegnał się też dotychczasowy trener Maciej Mackiewicz, który na fali rozkwitu prywatnych interesów postanowił otworzyć zakład tapicerski.

W I lidze Astoria wygrała tylko trzy z dwudziestu dwóch spotkań (przedostatni Spartakus Jelenie Góra triumfował osiem razy) i szybko wróciła do drugiej klasy rozgrywkowej. – W wielu meczach powalczyliśmy, ale rzeczywiście wtedy zobaczyliśmy, gdzie było nasze miejsce w szeregu. Budżet był wówczas jaki był i nastroje po spadku nie były najlepsze – wspomina Grzegorz Skiba, w tamtych latach kluczowy koszykarz Astorii. Był to czas, gdy przyszłość basketu w klubie stawiano pod znakiem zapytania.

Krótko po spadku wspomniany przez Skibę budżet… osiągnął niespotykane wcześniej rozmiary. A to wszystko przez firmę Weltinex, która w 1990 roku została sponsorem koszykarzy Astorii (w tym samym czasie wspierała piłkarzy Chemika). Awans do najwyższej klasy rozgrywkowej miał być dopiero początkiem sukcesów Asty.  Na ławkę trenerską wrócił Mackiewicz, który miał pomagać Aureliuszowi Gościniakowi w prowadzeniu zespołu.

Z takimi pieniędzmi nigdy wcześniej się nie spotkałem. I nie chodzi tylko o pensje. Przedstawiciel Weltineksu błyskawiczne podejmował też decyzje nazwijmy to inwestycyjne. Mówił, tu będzie wanna do odnowy i na drugi dzień pojawiała się ekipa remontowa – wspominał Mackiewicz przed dwoma laty na łamach Expressu Bydgoskiego. W 1990 roku dziennik donosił, że na szybko powstałej fali entuzjazmu działacze zwrócili się do Janusza Stajszczaka z propozycją objęcia funkcji honorowego prezesa klubu.

Trener pod choinkę

Drużynę adekwatnie do zakładanych celów wzmocniono, pozyskując Romana Olszewskiego, Wojciecha Puściona i Mirosława Wiśniewskiego. Zespół rozpoczął sezon od trzech wygranych, ale w czwartej kolejce przytrafiła się porażka w Łodzi ze zdecydowanie najsłabszym w lidze Startem, co znacznie pogorszyło atmosferę. Później było zwycięstwo z Pogonią Szczecin, ale w kolejnym tygodniu – porażka z faworytem rozgrywek Polonią Warszawa.

Gdy w 10. kolejce bydgoszczanie przegrali ze Spójnią Stargard Szczeciński, działacze uznali, że potrzebna jest zmiana. W okresie świąteczno-noworocznym, podczas przerwy w rozgrywkach, trenerem Astorii został Roman Haber. Wcześniej przedstawiciele Asty spotkali się z nim kilka razy, a szkoleniowiec obejrzał niektóre mecze zespołu nagrane na kasetę wideo. Z drużyną poznał się 2 stycznia podczas wyjazdu na turniej towarzyski do Warszawy.

To właśnie w stolicy szkoleniowiec zaliczył też ligowy debiut w roli trenera Astorii. Wyjazd miał dramatyczny przebieg i wcale nie chodzi o wydarzenia na parkiecie. Kilkanaście kilometrów za Sierpcem na nieoświetlonym przystanku PKS pod autokar, którym jechali koszykarze, wpadł nietrzeźwy mężczyzna. Kierowca zdążył skręcić i „jedynie” uderzyć mężczyznę prawą stroną pojazdu. Potrącony odzyskał przytomność po kilkunastu minutach i trafił do szpitala. Oczekiwanie na policję i badanie krwi kierowcy trwały w sumie trzy godziny, a w dalszej drodze prawa przednia szyba, która została wybita, była prowizorycznie zasłonięta kocem. W porównaniu z dojazdem sam mecz ze Skrą Warszawa przebiegł już spokojnie. Asta wygrała 86:78.

Haber miał za sobą pracę w Norwegii, a do Astorii wprowadził nowinki szkoleniowe. Potrafił też rządzić twardą ręką. – Był bardzo charyzmatyczny i wymagający. To przyniosło efekt – wspomina Skiba. Jeden z ówczesnych zawodników, podczas prywatnej rozmowy po zatrudnieniu trenera, miał stwierdzić, że z Haberem na ławce bydgoszczanie nie przegrają. I praktycznie się nie pomylił.

W rundzie rewanżowej, począwszy od spotkania ze Skrą,  Astoria była nie do pokonania. Przegrała tylko raz – w ostatniej kolejce w Zgorzelcu, gdy układ tabeli i tak był już znany. Wcześniej w hali przy ul. Królowej Jadwigi pokonała m.in. stołeczną Polonię, dla której była to jedyna porażka w rozgrywkach. Czarne Koszule wywalczyły bezpośredni awans do I ligi, a bydgoskim koszykarzom pozostała gra w barażach. Los skojarzył ich z rywalem zza miedzy – AZS Toruń.

W Toruniu zrobili swoje

Baraże rozgrywane były do trzech zwycięstw, w identycznym systemie jak obecnie – dwa mecze w Toruniu, dwa mecze w Bydgoszczy, ewentualny piąty znowu w grodzie Kopernika. – Na pewno zespół z Torunia był faworytem. Był od nas silniejszy fizycznie, miał doświadczenie z gry w I lidze. Ale to nie były duże różnice, bo my też mieliśmy silny, stabilny skład i mocnego sponsora – wspomina Skiba. Inny koszykarz tamtej Astorii, Zbigniew Próchnicki, dodaje – Mecze derbowe zawsze wyzwalały dodatkową adrenalinę. Jeśli nawet ktoś był mocniejszy na papierze, to stawka takich spotkań zawsze niwelowała różnice.

Kilka dni przed pierwszymi meczami barażowymi zespół spędził w Jeleniej Górze, gdzie trener Haber zrezygnował z zajęć z piłką, polecając bieganie po górach. Od wtorku (rywalizacja rozpoczynała się w sobotę) drużyna trenowała we własnej hali w Bydgoszczy. Na drugą stronę Wisły bydgoszczanie jechali z jasno określonym założeniem – wygrać choć jedno spotkanie. To gwarantowałoby rozegranie dwóch meczów przed niezawodną publicznością w Bydgoszczy.

Pierwsze spotkanie w hali Spożywczaka początkowo układało się po myśli miejscowych. Po pierwszej połowie (grano wówczas 2×20 minut) akademicy mieli osiem punktów przewagi. Później jednak Asta odrobiła straty, a na niespełna dwie minuty przed końcem wyszła na prowadzenie po rzucie wolnym Krzysztofa Liberackiego. Później w podobny sposób do kosza trafiali Mirosław Wiśniewski i Roman Olszewski, który ustalił wynik na 74:71 dla bydgoszczan. Rzuty osobiste stały się później kluczowe dla tej rywalizacji. A należy przypomnieć, że wtedy zasady były nieco inne i w przypadku pudła w pierwszym rzucie, drugiej szansy nie było.

W drugim meczu torunianie nie pozwolili Astorii na wiele. Bydgoszczanie, którzy swój cel minimum zrealizowali, tym razem byli tylko tłem dla rywali. AZS wygrał 99:71 i doprowadził do remisu. – Może to trochę uspokoiło torunian, którzy mogli pomyśleć, że pierwszy mecz to był tylko wypadek przy pracy i teraz już pójdzie gładko – zastanawia się dziś Skiba.

Wyłączył emocje

Sprzedaż biletów na sobotni, trzeci mecz rozpoczęto w środę. Klub ostrzegał kibiców, że z powodu prac budowlanych niedostępny będzie parking przy hali. Spotkanie miało zacząć się o godz. 17:00, a wejście otwarto o 15:30. Hala zapełniła się w stu procentach.

Gra od początku przebiegała wyrównanie, z lekkim wskazaniem na Astorię. Sytuację bydgoszczan nieco komplikował jednak fakt, że od 12 minuty gry trener Haber nie mógł korzystać z Wojciecha Puściona, który musiał opuścić parkiet po popełnieniu pięciu przewinień. W drugiej połowie torunianie spisywali się lepiej. W 35. minucie gry prowadzili już sześcioma punktami (62:56). Wtedy Astoria się poderwała. Na nieco ponad dwie minuty przed końcem, po długiej akcji rozpoczętej nieudanym rzutem osobistym Wadima Czeczuro, Mirosław Wiśniewski, stojąc tuż przy linii bocznej boiska, zdecydował się na rzut za trzy punkty. Trafił wyprowadzając Astorię na prowadzenie 63:62. W kolejnych akcjach obie drużyny nie potrafiły zmienić wyniku. Torunianie mylili się przy ogłuszających gwizdach bydgoskich kibiców, ale miejscowi także nie mogli postawić kropki nad i. Aż w ostatniej minucie Maciej Marciniak zdobył dwa punkty i AZS wrócił na prowadzenie. Wtedy zaczął się jeden z najsłynniejszych momentów w historii klubu.

Na szesnaście sekund przed końcem meczu goście przerywają faulem akcję Grzegorza Skiby. Trener Roman Haber podczas przerwy na żądanie przekazuje swoim podopiecznym ostatnie wskazówki, a kibice – choć Asta wciąż przegrywa – skandują „II liga, II liga, AZS!”. Skiba ustawia się na linii osobistych, wykonuje kilka skłonów, ocierając dłońmi o parkiet i otrzymuje piłkę od sędziego. Wykonuje siedem kozłów, spogląda na kosz i rzuca.

Mogłem się tylko skoncentrować na tym, co trzeba było wykonać. Umiałem już wyłączyć całą tę otoczkę z głowy – wspomina dziś rozgrywający Asty, wtedy 23-latek.

Ułamek sekundy po rzucie publiczność odpowiada doniosłym okrzykiem radości. Po chwili piłka wraca do Skiby. On kozłuje sześć razy, spogląda na kosz i rzuca. I znowu okrzyk radości. 65:64. Torunianie ruszają z akcją ostatniej szansy. Piłka trafia pod kosz Astorii. I w tym momencie kończy się nagranie z meczu, które można znaleźć w Internecie. Brakuje na nim trzeciego okrzyku radości – gdy Marciniak nie trafił.

Siedem sekund. Razy osiem

Czwarte spotkanie nie było ani trochę spokojniejsze dla kibiców Astorii, choć zaczęło się nieźle dla gospodarzy.  Po sześciu minutach było 15:4. W II połowie akademicy zdołali odrobić straty, a nawet na chwilę objąć prowadzenie. Na pół minuty przed końcem spotkania torunianie dzięki akcji 2+1 wyrównali na 66:66. Ostatnią akcję gospodarzy wyprowadzał Mirosław Wiśniewski, którego pilnował Jarosław Zawadka. Wiśniewski wymienił podania z kolegami, a gdy piłka wróciła do niego – Zawadka, dobrze blokowany przez innego z bydgoszczan, sfaulował. Do końca zostało siedem sekund. Trener Haber ponownie przekazał swoim zawodnikom ostatnie wskazówki. Kibice ponownie skandowali nieprzychylną torunianom przyśpiewkę. Wiśniewski ustawił się na linii rzutów wolnych. Dostał piłkę, dwa razy odbił ją od parkietu i trafił do kosza. Po chwili tak samo – dwa kozły i celny rzut. 68:66.

Do końca meczu pozostawało 7 sekund. Ile może trwać 7 sekund w koszykówce? Zdecydowanie dłużej. Wtedy było to osiem razy dłużej. Torunianie ruszyli do ataku, który za chwilę został przerwany faulem. Zbigniew Majcherek nie trafił pierwszego rzutu, więc piłkę zebrał Wadim Czeczuro. Od razu został sfaulowany i gra przeniosła się na drugą stronę boiska. Ze świętujących już trybun dobiegały okrzyki „Dobij!”, ale Czeczuro nie trafił. Piłkę zebrał Sinielnikow i mając tylko dwie sekundy zdecydował się na rzut przez całe boisko. Ten mecz także można obejrzeć w Internecie, ale i w tym przypadku nie zobaczymy efektów ostatniego rzutu. Jednak nie przez problemy techniczne. Tym razem wszystko zasłaniają ręce radujących się kibiców. Nie trzeba sprawdzać wyniku, wystarczy ich reakcja, żeby wiedzieć – Sinielnikow nie trafił.

Po meczu było świętowanie – szampany, śpiewy, łzy radości. Działacze spotkali się z koszykarzami w restauracji. Były przemowy, wzajemne podziękowania, wyrazy wdzięczności dla Janusza Stajszczaka i Weltinexu oraz zapowiedzi walki o podium I ligi w następnym sezonie.

Myślę, że kluczem do sukcesu był ten pierwszy mecz w Toruniu, który wygraliśmy. Grało się ciężko z tego względu, że przejąłem drużynę w styczniu i nie miałem zbyt wielu informacji. Postawiłem na doświadczenie trenerskie. Na pewno są braki w drużynie. Myślę, że ławka powinna być lepsza i dłuższa, bo w zasadzie pięciu ludzi walczyło wczoraj i dzisiaj na parkiecie. Na pewno był zmęczenie po długim sezonie ligowym. Wiadomo, że stawka zawsze paraliżuje. Wierzyłem, że wygramy, ale przyszło to z dużym trudem. Myślałem, że będzie łatwiej. Dziękuję drużynie. Myślę, że więcej porozmawiamy w środę. Teraz wypada życzyć zadowolenia z tego sukcesu, tylko w taki świadomy sposób, pełna kontrola – powiedział do zespołu trener Roman Haber. W następnym sezonie poprowadził drużynę do wysokiego, siódmego miejsca.

 
Baraże o miejsce w I lidze koszykówki – 3 mecz
Weltinex Astoria Bydgoszcz – AZS Toruń 65:64 (42:37)
Punkty dla Weltinex Astorii: Olszewski 21, Skiba 16, Wiśniewski 15, Prusak 11, Czeczuro 2.

Baraże o miejsce w I lidze koszykówki – 4 mecz
Weltinex Astoria Bydgoszcz – AZS Toruń 68:66 (40:35)
Punkty dla Weltinex Astorii: Olszewski 18, Puścion 17, Prusak 11, Wiśniewski 11, Skiba 9, Próchnicki 2.

Wynik rywalizacji (do trzech zwycięstw): 3:1 dla Weltinex Astorii

Korzystałem z informacji zawartych na stronie Astorii Bydgoszcz, a także z archiwalnych wydań Expressu Bydgoskiego.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane treści