Bydgoszcz
7C
Niebo częściowo zachmurzone
75% wilgotność
Wiatr: 4km/h N
H 7 • L 6
16C
Sob
17C
Nd
20C
Pon
21C
Wt
20C
Sr
Lista odwołanych wydarzeń i zamkniętych miejsc [AKTUALIZACJE NA BIEŻĄCO]
Metropolia BydgoskaBydgoszczMiastoBartosz Fiałek: Mówią, że z naszych działań czerpią inne kraje. To jest parodia. To jest Korea Północna [STUDIO METROPOLIA]
Bartosz Fiałek - SF
20.03.2020 | 13:01

Bartosz Fiałek: Mówią, że z naszych działań czerpią inne kraje. To jest parodia. To jest Korea Północna [STUDIO METROPOLIA]

rozmawiał Eryk Dominiczak | e.dominiczak@metropoliabydgoska.pl

Na zdjęciu: Bartosz Fiałek, lekarz reumatolog, przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Fot. Szymon Fiałkowski

Bartosz Fiałek, na co dzień lekarz, ale także działacz związkowy w rozmowie z MetropoliaBydgoska.PL opowiada o niedoborach w ochronie zdrowia, nierównej walce z koronawirusem, ale także o tym, dlaczego warto sięgać po szybkie testy na SARS-CoV-2 i dlaczego po epidemiach dopada nas zbiorowa amnezja.

Ilu pana kolegów skorzystało ze słynnej zachęty „Niech jadą!” i wyjechało w ostatnich latach z kraju?
Trudno powiedzieć, ilu generalnie. Jeśli chodzi o liczbę zaświadczeń wydawanych przez Naczelną Izbę Lekarską, które pozwalają realizować się w innych krajach, to mówimy tutaj o 800-1000 osobach rocznie. Warto jednak dodać, że w tym samym czasie studia kończyło od czterech do pięciu tysięcy ludzi rocznie. A i wszyscy, którzy zaświadczenie otrzymali, na pewno nie wyjechali.

A teraz – dosłownie i w przenośni – wchodzicie cali na biało.
Dokładnie. Ale problem z kadrami jest ogromny. Jak szacuje Naczelna Izba Lekarska, brakuje od 50 do nawet 68 tysięcy osób. Taka jest skala. Braki były widoczne w newralgicznych punktach – chociażby na SOR-ach – już w czasach pokoju. Był problem z obsadzaniem dyżurów. A w czasie epidemii on się tylko pogłębi. Będą wypadali kolejni lekarze. We Włoszech personel stanowi 10 procent zakażonych. W Portugalii – 20 procent. Pamiętajmy, że jeśli kwarantannie będzie musiał poddać się lekarz ze szpitala powiatowego, to może to oznaczać zamknięcie albo oddziału, albo nawet całego szpitala. Bo szpitale powiatowe już teraz pracują na ostatnich oparach.

Kilka dni temu właśnie Naczelna Izba Lekarska postulowała zabezpieczenie części testów na wyłączną potrzebę pracowników ochrony zdrowia. A już trzeba było zamknąć chociażby laboratorium przy Państwowym Zakładzie Higieny, bo u jednego z pracowników potwierdzono obecność koronawirusa. Problem będzie narastał?
Ja uważam, że tak. Dopóki nie będziemy stosowali wystarczającej liczby środków ochrony indywidualnej, to pracownicy ochrony zdrowia – lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni czy diagności będą wypadali. Potrzebne jest maksymalne zabezpieczenie – maseczki, gogle, kombinezony. To są podstawowe rzeczy, ale doskonale wiemy, że mamy braki. A jak będą zbyt duże, to może dojść do tragedii, bo zabraknie obsady.

We wtorek – zaledwie kilka godzin po potwierdzeniu pierwszych siedmiu przypadków zakażenia wirusem SARS-CoV-2 w regionie – bydgoski szpital zakaźny zaapelował o przekazywanie środków ochrony osobistej. Dyrektor Grażyna Welter pisała o tym, że szpital jest „zmuszony do przygotowania tego apelu” i „dziękuje za zrozumienie bardzo trudnej sytuacji”. W tym samym czasie wojewoda odpowiada, że dziękuje tym, którzy „racjonalnie gospodarują środkami”, a stwierdzeń pani dyrektor komentował nie będzie.
Wojewoda ma kompletny brak kompetencji do oceny wykonywania i realizacji świadczeń zdrowotnych. I mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Nie wie tego z racji wykształcenia, nie jest osobą, która ma jakiekolwiek pojęcie, jak funkcjonuje szpital, jak lekarz musi się ubrać i kiedy musi to zrobić. Ja nie mam pojęcia o zaawansowanej ekonomii i tak samo pan Bogdanowicz nie ma pojęcia o zaawansowanej medycynie. Bo z taką mamy teraz styczność. Pracujemy na najwyższych obrotach, z najbardziej specyficzną i szczegółową medycyną. Pan wojewoda tego nie rozumie i dlatego mówi o racjonalnym wykorzystywaniu środków. A problem jest taki, że środków brakuje, więc nie można mówić o racjonalnym bądź nie ich dystrybuowaniu. Z Grudziądza dochodzą do nas sygnały, że otrzymują zbyt mało środków ochrony indywidualnej. Mam bardzo dużo pretensji do polityków o to. Oglądałem wystąpienie kanclerz Merkel, która mówi, że pomimo wydania 2 bilionów euro (a my takich pieniędzy nigdy nie zobaczymy), sytuacja jest zła. Powiedziała to spokojnym tonem, żeby nie nakręcać, ale powiedziała prawdę. A my mówimy nieprawdę. Opowiadamy, że jest dobrze, podczas gdy Niemcy pod względem opieki zdrowotnej biją nas na głowę. U nas mówią, że z naszych działań czerpią inne kraje. To jest parodia. To jest Korea Północna. Z nas nikt nie czerpie. A przekaz musi być taki, żeby nie było paniki, ale żeby był prawdziwy.

Ale to zrozumiałe, że najbardziej obawiamy się instynktu stadnego, że zacznie się panika, wykupowanie wszystkiego ze sklepów i szykowanie się jak na wojnę atomową.
Oczywiście, ale jeszcze raz powtarzam – prawdę trzeba mówić uspokajającym tonem. Szpital w Grudziądzu nie jest, jak mówi pan wojewoda, gotowy do działania. Rozmawiałem w środę przez dwie godziny z lekarzem, który mówił, że nie ma procedur, że nikt nic nie wie, a wszystko ustalane jest z dnia na dzień. Mają w szpitalu jednego specjalistę chorób zakaźnych, w dodatku z pierwszym stopniem specjalizacji, który od 25 lat jeździ karetką. Strefa czysta miesza się z brudną, zakaźną. To nie ich wina, że nie znają zasad, bo skąd je mają znać? Jeżeli ktoś jest laryngologiem czy okulistą, to nie musi znać procedur alarmowych. Ja jako przyszły reumatolog ich nie znam. I nie muszę, bo państwo powinno nam pomóc. A państwo powiedziało – jesteście szpitalem jednoimiennym zakaźnym i sobie radźcie. Oczywiście – damy sprzęt, dołożymy trochę pieniędzy. Ale życia to nie uratuje, jeśli nie będzie ludzi.

Kto i kiedy zatem, bo nie wiem, które z tych pytań jest ważniejsze, powinien pojawić się w szpitalach przekonwertowanych na zakaźne? To przecież 19 szpitali w całym kraju.
W momencie, gdy zapadła decyzja, czy to o przekształceniu szpitala w Grudziądzu czy w Łomży, gdzie pracowała była posłanka Prawa i Sprawiedliwości Bernadeta Krynicka, to ona akurat powiedziała prawdę: Nie jesteśmy przygotowani. To tak, jak byśmy wysłali żołnierzy z pięściami na czołgi. Tam powinni jechać epidemiolodzy. A nawet wojsko, bo ma bardzo dobre procedury, jeśli chodzi o sytuacje alarmowe. Tym biednym lekarzom na miejscu trzeba pokazać, jak mają zorganizować miejsce pracy w tych nowych, trudnych warunkach. Do tych szpitali powinni być też skierowani lekarze chorób zakaźnych, wirusolodzy i odpowiadać na pytania. A teraz w Grudziądzu jest tak, że pytania są, ale nie ma kto na nie odpowiadać.

Gdy o wypowiedź Krynickiej zapytano wicepremiera Jarosława Gowina, to na antenie TVN24 powiedział, że jest to dowód, że nie należy traktować jej poważnie.
Wyciszamy wszystkich ludzi, którzy mówią prawdę niekorzystną dla rządu. To się dzieje od wielu lat, nie tylko zresztą za obecnego rządu. Ale cenzura wyciszająca osoby nieprzychylne jest teraz bardzo mocno widoczna. Kiedyś tego nie dostrzegałem, na studiach nie miałem możliwości działać, jak obecnie, nie miałem instrumentów. Natomiast nigdy nie widziałem takiej obrony własnych przekonań – wszystko robimy idealnie, mówimy tylko o sukcesach. Jest na to dobre powiedzenie: Pycha kroczy przed upadkiem. Pan Gowin nigdy nie zarządzał żadnym szpitalem, a Krynicka miała z nim jednak styczność. To kto wie lepiej, co tam się dzieje? Powiedziała rzeczy niewygodne, więc na drugi dzień zawieszono ją w prawach członka Prawa i Sprawiedliwości.


ZOBACZ TAKŻE: WIĘCEJ WYWIADÓW Z CYKLU STUDIO METROPOLIA


Czy podziela pan opinię, że minister zdrowia Łukasz Szumowski wykonuje obecnie dobrą pracę? Aż dziwne, że dla nas novum jest spokój i opanowanie.
Moim zdaniem wykonuje bardzo dobrą pracę, choć nie raz spotykaliśmy się po dwóch stronach barykady, gdy negocjowaliśmy i nie dawali nam tego, o co postulowaliśmy. Ten człowiek robi, co może. A możliwości mamy takie, jakie mamy. Z jednej strony winię go, ale też tłumaczę – mówiliśmy o tym, że trzeba zwiększyć nakłady, zmienić politykę kadrową, zacząć radzić sobie z biurokracją. Gdybyśmy zmienili system, to do epidemii też bylibyśmy lepiej przygotowani. Skoro tego nie zrealizowaliśmy, to mam żal, ale w tej sytuacji pracę wykonuje dobrze.

Robi, co może. Czyli może za mało?
Tak, bo minister zdrowia w Polsce czy nawet cały resort to nie jest resort decyzyjny. Takim jest najczęściej, co zrozumiałe, ministerstwo finansów. Od niego zależy, dokąd pójdą pieniądze. Minister Szumowski, jestem przekonany, doskonale znał problemy ochrony zdrowia i wiedział, że trzeba zwiększyć nakłady. Ale nie miał mocy, którą ma minister finansów, żeby przesunąć środki na ochronę zdrowia. Jako minister mało może. Nie może powiedzieć, że chce 10 miliardów i rząd to przyjmie, sejm to przyjmie, a prezydent podpisze. Musi liczyć na dobrą wolę premiera, wicepremierów, ministra finansów, wreszcie – prezydenta.

Tylko patrząc z dłuższej perspektywy – to jest problem systemowy i wieloletni. Pojawiła się dyskusja o wspólnych zamówieniach, chociażby na testy na koronawirusa, i okazało się, że do tego mechanizmu nie chciał przystąpić rząd z Bartoszem Arłukowiczem.
Uważam, że każdy rząd – a mówiłem to zawsze – w nowej Polsce, czyli po 1989 roku popełnił zaniedbania. A rządzili już wszyscy od lewej strony do prawej – AWS, SLD, PO z PSL czy PiS. I każdy miał możliwość przeprowadzenia reformy, i każdy ochronę zdrowia zlekceważył tak bardzo, jak mógł. Nie jest to tylko wina PiS-u. Epidemia trafiła na rządy PiS, ale oni też rządzą już piąty rok. Reforma ochrony zdrowia jest długa, ale gdybyśmy zaczęli ją pięć lat temu, to efekty byłyby już widoczne.

Teraz rząd, w ramach pakietu zwanego tarczą antykryzysową, zapowiada 7,5 miliarda złotych dla ochrony zdrowia.
Trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza po tym, jak widziałem negocjacje z nami. Pytanie – skąd wziąć te pieniądze? Ustawa budżetowa jest przyjęta. Przecież tych pieniędzy nie dodrukują, muszą je skądś przesunąć. Czy są w rezerwach? Nie wiem, ale nie sądzę, byśmy kiedykolwiek mieli takie rezerwy. Myślę, że takie pieniądze i tak miały trafić do ochrony zdrowia, bo większe nakłady wynikają ze wzrostu pensji minimalnej i składek na ubezpieczenie zdrowotne. Rząd mówi o skokowym wzroście nakładów, ja uważam, że następuje to stopniowo. Co nie znaczy, że pieniądze są wystarczające. Ale rząd nie dokłada, rośnie ściągalność i wysokość składki. Kwotowo jest więcej, ale nic poza tym.

Ja już prawie zapomniałem, a minęło zaledwie kilka dni, o Funduszu Medycznym zapowiedzianym kilka dni temu. W jego przypadku padła kwota 3 miliardów złotych.
Z tego, co pamiętam, dla onkologii. To była odpowiedź na środkowy palec posłanki Lichockiej, gdy zwycięskie okazało się głosowanie nad rekompensatą abonamentową dla mediów państwowych. Partia rządząca przekazała dla nich dwa miliardy złotych i zrobiło się larum. Stwierdzono, że opinię publiczną trzeba udobruchać, więc damy 3 mld złotych na onkologię, żeby nie płakała, że daliśmy 2 mld zł na TVP. To typowa zagrywka, zwłaszcza w kampanii prezydenckiej, żeby odciągnąć uwagę od czegoś, co może budzić społeczny opór. Tak samo jak nie wiem, skąd wezmą 7,5 mld zł, tak samo nie wiem, skąd wezmą te 3 mld zł. Dla mnie to taka wrzutka na odczepne.

Podczas środowej konferencji prezydent Andrzej Duda zapowiedział rozmowę z prezydentem Chin Xi Jinpingiem, aby Chiny przekazały nam więcej środków ochrony osobistej.
Dostałem zdjęcia od osoby, która była w Chinach służbowo i widziała, jak wyglądają ich szpitale. Chiny są takim potentatem gospodarczym, że przy nich jesteśmy bardzo mali, więc nie wiem, co ta rozmowa może wnieść. Oni mają chociażby tomografy na kółkach sterowane elektronicznie. Zobaczyłem zdjęcie z oddziału intensywnej terapii – 70 czy 80 łóżek, pełna automatyzacja, inny świat. My nigdy nie będziemy mogli w promilu zrealizować tego, co w przypadku Chin. Nie mamy ani zasobów ludzkich, a tym bardziej sprzętowych.

Ale ta dostawa środków pana zdaniem jest realna? Bo brakuje ich, nie oszukujmy się, wszystkim.
W Chinach, jak wiadomo, panuje reżim, ale jest to bardzo pomocny i spokojny naród. Z wieloma ludźmi rozmawiałem, gdy – miałem takie marzenie – chciałem tam jechać. Rozmowa prezydentów może sprawić, że nam pomogą. Jako przykład można wskazać zapasy, które Chiny przekazały Włochom. Oni wiedzą, że epidemia zaczęła się u nich, mają trochę poczucia winy albo sprawstwa, że epidemia pojawiła się w innych krajach, więc będą chcieli pomóc. I jestem prawie pewny, że zrobią wszystko, żeby wysłać środki ochrony indywidualnej. Z tego, co czytałem, to nawet chcą to zrobić, ale jest jakiś opór po stronie polskiej. Ale to na razie informacja nie do końca pewna, więc nie wiem, jaki jest problem, żebyśmy przyjęli kombinezony czy inny sprzęt.

Zobacz również:

Dr Paweł Rajewski: Dzięki koronawirusowi wracamy do podstaw. Do zasady wody z mydłem

A ile jest pana zdaniem prawdy w doniesieniach, że w poznańskim sanepidzie skończyły się testy na koronawirusa? Przecież minister Szumowski mówił, że mamy ich 40 tysięcy, a wykonaliśmy – stan na czwartek rano – nieco ponad 11 tysięcy.
Tutaj trudno mi powiedzieć, bo byłaby to wyłącznie moja opinia, która nie do końca musi być zgodna z prawdą. Wszedłbym w rolę osoby podejrzewającej. Nie mam 100-procentowych informacji. Nie byłbym więc w pełni uczciwy. Skoro minister mówił o 40 tysiącach, to czemu mu nie wierzyć?

Bo politycy w ogóle bardzo alergicznie reagują na liczby. Gdy w Bydgoszczy nie działało jeszcze laboratorium, to do ubiegłej środy zbadanych było zaledwie 38 próbek mieszkańców z województwa kujawsko-pomorskiego, a później te dane nie były już aktualizowane. Czy liczba próbek to jest trochę fetysz czy jednak lepiej wykonać o wiele testów za dużo niż jeden za mało?
Jako lekarz opierający się stricte na wiedzy medycznej, powtarzam to, co powiedział dyrektor Światowej Organizacji Zdrowia (Tedros Adhanom – dod. red.). A powiedział: kluczowe jest testowanie. Powtórzył: test, test, test. I ja będę powtarzał za nim. Podał zresztą też bardzo logiczny argument – musimy mieć zbadanych jak najwięcej osób tylko dlatego, żeby mieć wskazaną grupę osób zakażonych, ale które przechodzą to bezobjawowo. Bo oni mogą zarażać innych i dlatego są niebezpieczni. Trzeba wyselekcjonować wszystkich, którzy mogą być źródłem transmisji wirusa. Bez badań tego nie ocenimy. Dlatego testujmy jak najszerzej, nie tylko tych, którzy mają objawy. Zwłaszcza że 80 procent osób przechodzi zakażenie łagodnie lub bez objawów.

Najbardziej wiarygodne są testy z krwi – RT PCR. Pytanie – czy jesteśmy w stanie znacząco zwiększyć ich liczbę. Pan postuluje wprowadzenie rozwiązania z USA – czyli laboratoryjnego McDrive’a.
Osobiście uważam, że z powodu braków kadrowych szybkie testy są potrzebne. Bo testy RT PCR mogą zrobić tylko diagności. Ale mam świadomość, że te szybkie testy są mniej wiarygodne – czytałem, że dają prawidłowy wynik w 73 procentach przypadków.

Nie za mało? Jedna czwarta wyników może okazać się błędna.
Najczęściej chodzi o wyniki fałszywie ujemne. Jednak i tak wykonując testy całej populacji będziemy mieli zbadane trzy czwarte wszystkich osób w sposób prawidłowy. Oczywiście, najlepiej robić standardowe testy. Ale nie mamy takich zasobów kadrowych i tylu laboratoriów. Więc róbmy chociaż coś, bo więcej pacjentów będziemy mieli zdiagnozowanych. Jeśli mamy do wyboru – testy RT PCR albo nic albo RT PCR i szybkie testy, to wolę to drugie rozwiązanie. Zwłaszcza że nasze możliwości przerobowe dla testów genetycznych są zbyt małe. Dzisiaj dziennie możemy wykonać 3000 próbek.

A za ostatnią dobę wykonaliśmy ich 1600. Czy 3000 próbek na dobę to nasz sufit?
Powinniśmy wykonywać ich zdecydowanie więcej. To kolejny przykład zaniedbania. We Włoszech tylko wczoraj wykryto 4200 przypadków zakażenia koronawirusem. Czyli oni mają więcej wykrytych przypadków, a trzeba pamiętać o badaniach z wynikiem ujemnym, niż my wszystkich. To jest śmiech na sali, śmiech przez łzy.

Pojawił się temat zdalnej autoryzacji badań. Pisze pan, że jest to założenie szkodliwe i sztuczne. Wyjaśnijmy więc, o co chodzi.
Najprościej jak potrafię. Mamy diagnostów laboratoryjnych, najlepiej wykształconych, mamy też techników i biologów. Zdalna autoryzacja polega na tym, że ci najlepiej wykształceni mają zatwierdzać badania pozostałych, ale właśnie zdalnie. Czyli – pan jako technik wykonuje badanie w szpitalu zakaźnym, a ja jako diagnosta w szpitalu Biziela miałbym autoryzować, czyli potwierdzić, że wynik jest zgodny z prawdą. Nie widząc ani pana, ani badania.

Protestuje przeciwko temu Krajowa Rada Diagnostów Laboratoryjnych…
…a ja razem z nimi.

Czy oni protestują dlatego, że ma być to wprowadzone na czas epidemii czy dlatego, że może to zostać kuchennymi drzwiami wprowadzone bezterminowo?
Epidemia minie, wszystko minie, a rozwiązanie zostanie. Tak samo, jak nam zostawiono określanie poziomu refundacji na recepcie. A przecież do 2012 roku tak nie było. Zapisywaliśmy Relanium, pacjent szedł do apteki i kupował Relanium. Refundacją nie zajmowali się lekarze. A potem zrzucono to na nas z bocznego toru. No i diagności boją się podobnego scenariusza. Będą musieli robić więcej niż do tej pory. I to rzeczy, których nie powinni.

W czwartek w nocy dr Paweł Grzesiowski napisał na Twitterze: „Rośnie liczba pacjentów, na wyniki badań czeka się 1-2 dni, są pierwsze przypadki zakażeń wśród personelu. Emocje. Pierwsze oznaki chaosu. Potrzeba koordynacji medycznej”. A pan odpisał: „Doskonała informacja. Tego potrzeba w placówkach medycznych”. Albo nie zrozumiałem ironii, albo całej pana odpowiedzi.
Chodziło mi o to, że chwalę dr. Grzesiowskiego za to, że mówi prawdę, że nie boi się jej powiedzieć. W placówkach medycznych ludzie muszą się dowiedzieć, że jest problem. Pisałem chociażby o tym na Facebooku, podawałem przykład Grudziądza. O tym trzeba informować. Nie wszyscy wiedzą, że w czasie pracy mogą się zarazić. To znaczy boją się, ale myślą raczej, że ich to nie dotknie. Środki ochronne – są potrzebne. Muszą wiedzieć o pierwszych zakażeniach personelu. A dr Grzesiowski dobrze zobrazował sytuację. Że jest chaos, że jest źle…

Kilka dni temu napisał pan, że dopada nas po epidemiach zbiorowa amnezja.
Dopadnie nas i teraz, bo ogólnie tak jest po epidemiach. Przeczytałem tę ciekawostkę u profesora Merkela z Uniwersytetu Michigan i wydało mi się to logiczne. Po rozmowach z koleżankami i kolegami wyszło na to, że nie pamiętamy, co się działo 10 lat temu. A więc nie mówimy o hiszpance z lat 1918-1919. Nikt nie pamięta, jak było na świecie dekadę temu. Teraz jesteśmy na etapie, że WHO ciągle podaje nowe przypadki, a wtedy – po 3-4 miesiącach trwania epidemii – WHO ogłosiła, że generalnie nie będzie podawała nowych przypadków, bo jest to zbyt szybko rozprzestrzeniająca się pandemia. Według danych zachorowało wtedy 24 procent populacji, zmarło pół miliona ludzi. Śmiertelność więc była niewielka. W Polsce zmarły wtedy 182 osoby, obecnie mamy pięcioro zmarłych. Świńska grypa, czyli wirus A/H1N1 dał nam się bardziej we znaki. A zapomnieliśmy o tym.

Właśnie nie przypominam sobie, aby było wtedy takie i medialne, i faktyczne poruszenie, zbiorowa kwarantanna. Coś się jednak zmieniło.
To na pewno. Przeczytałem bardzo dużo o świńskiej grypie i wiem, że było wtedy wiele działań. Trwała walka o szczepionki, które – za kilkaset milionów euro – kupili Niemcy czy Holendrzy, a później zaszczepiło się zaledwie 5 procent populacji. Granice też były zamykane, choć akurat nie w Unii Europejskiej, bo pandemia miała miejsce głównie w Ameryce Północnej – Meksyku, USA. Teraz patrząc na przykład na Kanadę nie widać wielkiego strachu. Podobnie jak w Ameryce Południowej, gdzie przecież do niedawna grano tam w piłkę, w lidze argentyńskiej czy brazylijskiej. Epicentrum jest po prostu teraz u nas. Świńska grypa miała je na innej półkuli, innym kontynencie. Ale przypomnijmy sobie, jaka była debata wokół zakupu szczepionek i naciski w tej sprawie na ówczesną minister zdrowia, a późniejszą premier Ewę Kopacz.

Tygodnik „Polityka” zaprezentował opracowane przez naukowców modele matematyczne, z których wynika, że – choć z różnym natężeniem – walka z koronawirusem może trwać nawet 18 miesięcy. Mało optymistyczny scenariusz, choć trzeba oddać, że pojawiło się ich już wiele.
Faktycznie tak wynika z modeli, ale gdyby tak miało być, to czy Chiny czy Korea Południowa by sobie tak szybko poradziły z koronawirusem? To nie jest też tak, że ta choroba przyszła i pójdzie, ona będzie działała, będzie aktywna, ale zapewne nie będzie już fali pandemicznej. Gdy większość osób przechoruje ją, jak planują w Wielkiej Brytanii czy Szwecji, to nastanie odporność stadna. Wirus przestanie być dla nas groźny jak świńska grypa. Teraz nikt nie mówi o pandemii grypy, a w Polsce tylko w lutym zachorowało na nią więcej osób niż na koronawirusa na całym świecie. Wirus może z nami zostać, ale nie będzie tak groźny, jak nam się obecnie wydaje.

Ale z drugiej strony Brytyjczycy już wycofują się z pierwotnego pomysłu i od piątku zamykają szkoły.
I ja się temu nie dziwię, bo ich założenia były bardzo ryzykowne. Bazując na obecnych wyliczeniach, choć nie wiadomo, jaka dokładnie jest śmiertelność, przyjmując od 2 do 4 procent, to wyobraźmy sobie – pozbawiamy życia cztery procent mieszkańców Wielkiej Brytanii. To niehumanitarne. Z punktu widzenia lekarskiego mam obowiązek chronienia zdrowia i życia oraz przeciwdziałania epidemii, a nie jej rozszerzania. Nie mogę więc mówić, że rozwiązanie brytyjskie jest dobre. Co nie znaczy, że neguję je jako człowiek. Zobaczymy, czy rozwiązanie polegające na otwarciu się ma szanse powodzenia. W moim powołaniu leży jednak zamykanie się na epidemię.

Skoro już mówiliśmy o zapominaniu, to trochę już zapomnieliśmy o filmie z Krotoszyna, gdy potencjalna pierwsza nosicielka koronawirusa na filmie zaprezentowała problemy tamtejszego szpitala, a chyba i całej ochrony zdrowia.
Zapominamy bardzo szybko. Wtedy też rządzący odpowiedzieli na film tej dziewczyny, że to nieprawda. Jako społeczeństwo nie umiemy przyznać się do błędu czy niemocy. I to nas wykańcza. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć: Tak, siedziała tam, ma rację. Spokojny komunikat, stało się, potwierdzamy, ale musimy ulepszyć procedury. Politycy oczywiście będą twierdzić, że to niewiarygodne. I to nas zgubi. Powinniśmy powiedzieć, że ona miała rację. Byłby wtedy czas na wypracowanie jakichś procedur. A tak to podobne informacje przekazują już inni – że ktoś wchodzi, czeka, że nikt do niego nie podchodzi, nie ma wyniku, brakuje kontaktu czy sanepid nie jest przygotowany. Sygnały, które napływają, są emocjonalne, trudne, ale prawdziwe. A są lekceważone.

Wczoraj o zapominaniu rozmawiałem też z jednym ze znajomych ratowników medycznych. Powiedział, co będzie chyba smutną konstatacją, że dzisiaj są akcje pomocy dla personelu medycznego, a jutro ludzie o tym zapomną.
Mnie też tak mówią, ale ja akurat uważam inaczej. Mówię to dlatego, że jestem bardziej optymistą niż realistą. Część ludzi dalej będzie uważała, że konowały, kamasze i „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Ale generalnie gros społeczeństwa będą to osoby, które – po opanowaniu pandemii – będą wdzięczne i wzrośnie ich zaufanie do nas. Liczę, że nastroje społeczne się zmienią, choć jest to trochę myślenie życzeniowe. Ale sporo osób dostrzeże, że się narażamy, działamy na pierwszej linii frontu. To zostanie docenione. Choć nie przez wszystkich. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane treści